Aleixandre D. RSCJ, Poszukiwacze studni i dróg. Dwa obrazy – wzory dla samarytańskiego życia zakonnego

W małym muzeum w Nazarecie zachował się dziwny kapitel pochodzący z pewnego bardzo starego kościoła – kobieca postać (Wiara?) w królewskiej koronie kroczy, trzymając w dłoni pastorał zwieńczony krzyżem i ściskając za rękę drugą postać (Piotra? Apostoła?), który wyraźnie ociągając się, popychany jest ku swemu niezadowoleniu w kierunku, w którym nie ma ochoty się udawać.

Każda z tych postaci przywołuje na myśl zupełnie odmienne zachowania: „przewodniczka” wydaje się całkowicie pewna, wspiera się na krzyżu niczym na pastorale i, czerpiąc zeń siłę, decyduje się pochwycić dłoń drugiej postaci, by pociągnąć ją za sobą. Postawa zaś tej drugiej to wycofanie, opór i obawa: jej prawa dłoń podtrzymywana przez lewą rękę pierwszej postaci utraciła swą władzę społeczną i teraz podąża ta postać za Wiarą, ciągnięta przez nią. Lewą ręką przytrzymuje płaszcz, jakby bała się, że stanie naga przed innymi. To nie ona obejmuje Wiarę, to Wiara pochwyciła ją niby ofiarę i nie chce puścić[i]. W kapitelu odnajdujemy jeszcze jeden interesujący szczegół – twarz postaci „prowadzonej” można z łatwością rozpoznać, natomiast oblicze „przewodniczki” pozostaje nieodgadnione. Możemy domyślić się, co jest za nimi, ale miejsce, do którego zdążają, można sobie zaledwie wyobrażać.

Ten obraz przypomniał mi się, gdy zagłębiałam się w rozmyślaniach nad ikoną Samarytanki (J 4,1-42) i Samarytanina (Łk 10,25-37), i chciałabym zaproponować wam, by to właśnie oni użyczyli konkretnej twarzy postaci bez oblicza, trzymającej drugą za rękę, oraz byśmy spróbowali utożsamić się z tą drugą. Możemy czuć się wszyscy w niej reprezentowani, mężczyźni i kobiety, którzy wybraliśmy w Kościele tę szczególną formę miłości, jaką Ojciec pozwala odkryć tylko niektórym, a którą nazywamy „Życiem Konsekrowanym”. Kolejny raz czeka nas niespodzianka, kiedy odkryjemy, że pójście drogą Pana prowadzi w kierunku bardzo różnych spełnień[a].

Pozwólmy, by te dwie postaci z Ewangelii, pozostające bezimiennymi także w tekstach (być może dlatego, że przyglądając im się z bliska, możemy nadać im nasze imiona), wzięły nas za rękę i poprowadziły niby mistagogowie śladami Chrystusa zmartwychwstałego. Słowo, które w nich pobrzmiewa, ma bowiem moc otoczenia nas i przeniesienia poza miejsca, w których dziś, na początku tego tysiąclecia, możemy się znajdować. Nie jest nam dane wiedzieć z całą pewnością, dokąd nas zaprowadzą – naszą rolą ma być poddanie się ich namowom i pójście tam, dokąd prowadzą, nie żądając, by wyjawiły nam cel podróży. Per tuas semitas duc nos quo tendimus: „Twoimi ścieżkami prowadź nas tam, gdzie zdążamy”, głoszą słowa starego hymnu kościelnego. Unikajmy już na samym początku niebezpieczeństwa, by jako punkt wyjścia potraktować siebie i naszą odpowiedź – to będąca źródłem życia miłość Boga, bezgranicznie nas kochającego, może oddziaływać na nas swoją wielką zdolnością przyciągania poprzez te dwie ikony. Na naszą rolę przyjdzie czas później, „w gorącym umiłowaniu Chrystusa, w gorącym umiłowaniu ludzkości” i jako odpowiedź na tę miłość.

Jak w opowieści o dziele stworzenia, w Księdze Rodzaju, będziemy obserwować dramat w trzech aktach – wychodząc z początkowego stanu braku, chaosu i pustki, będziemy kontemplować stwórcze działanie Pana i zobaczymy jego przemienienie pod koniec opowieści. Mimo że nasza uwaga skupi się na dwóch ikonach, Samarytanki i Samarytanina, pozwolimy, by głos zabrała także trzecia postać – Uczony w Prawie,  który rozmawia z Jezusem w opowieści Łukasza, a który jawi się pod znakiem niejednoznaczności: czy nauczy się, jak odnaleźć „życie wieczne” tam, gdzie odnalazł je Samarytanin z przypowieści? Czy pozwoli ukształtować się „na Jego obraz i podobieństwo”, według propozycji Jezusa? Łukasz nie wyjawia, jaka była jego ostateczna reakcja, i owo niezdecydowanie pozostawia finał otwartym, przez co także dzisiaj możemy odnajdować w nim odbicie nas samych, z naszą wolnością wyboru, której wyzwanie rzuca to samo zaproszenie płynące z ust Jezusa: „Idź, i ty czyń podobnie”.

Nasz wzrok skierujemy też na inne, drugoplanowe postaci obu scen – faryzeuszy, przedstawianych przez Jana jako ci, którzy wpłynęli na decyzję Jezusa o opuszczeniu Judei i udaniu się do Galilei przez Samarię; uczniów, którzy przynoszą Jezusowi jedzenie i dziwią się, widząc Go rozmawiającego z kobietą[ii]; człowieka napadniętego przez zbójców i pozostawionego na pół umarłym; kapłana i lewitę, którzy minęli rannego; gospodarza, który zgodził się nim zająć i opiekować.

Żadnej z tych postaci nie będziemy przyglądać się jak widzowie, lecz spojrzymy na nie tak, jak gdyby były nam współczesne, ze świadomością, że ich historia, ich zachowania i reakcje mogłyby być naszymi.

Przyjmiemy także dobrą nowinę, że dzieło stworzenia, które w nich kontemplujemy, jest dla nas dzisiaj zaproszeniem, byśmy i my dali ukształtować się rękom Tego, który spełnił w nich swoje dzieło przemienienia[iii].

1. „Na początku” była nicość

Tak jak w opowieści o stworzeniu, również w obu przywołanych scenach z Ewangelii punktem wyjścia jest pewien stan „chaosu”, braku i pustki[iv], a postaci charakteryzują się swoistą nie-wiedzą i niemocą – kobieta, która spotyka Jezusa przy studni i człowiek, który ratuje rannego, to Samarytanie: ludzie traktowani jako dysydenci, cieszący się złą sławą, podejrzani. Kobieta jawi się pod znakiem tego, czego nie posiada: „nie ma” męża, a ten, którego ma, „nie jest jej mężem”. Poczuwa się do obowiązku, by codziennie chodzić do studni i czerpać wodę, jest niewolnicą konwencjonalizmów etnicznych i religijnych i daje im wyraz otwarcie w rozmowie z Jezusem. Jej późniejsze zachowanie (z własnej inicjatywy przystępuje do „ewangelizacji” swego ludu) jest aktem odwagi, który nie przystoi kobiecie.

Jeżeli zaś idzie o Uczonego w Prawie, nie wie on, jak osiągnąć „życie wieczne”, brakuje mu czegoś, czego szuka: chce czuć się usprawiedliwiony. Między nim a niewiastą wydaje się być przepaść, w rzeczywistości jednak łączy ich ta sama sytuacja tymczasowości i poszukiwania życia: kobieta pragnie „wody żywej”, o której mówi Jezus, a mężczyzna pragnie posiąść „życie wieczne”. Ów brak życia sprawia, że oboje w pewnym sensie uczestniczą w sytuacji rannego z przypowieści, który był „na pół  umarły”.

Również Jezus znajduje się w potrzebie i zdany jest na łaskę innych: jest tu obcy, jest spragniony, nie ma dzbana i woda w studni jest dla niego niedostępna. Także podczas spotkania z uczonym w Prawie Jego sytuacja jest niekorzystna: staje przed Nim znawca Prawa, który „powstaje” po to, by „wystawić Go na próbę”. Czy ów Galilejczyk z Nazaretu będzie potrafił sprostać argumentom przytaczanym przez uczonego?

Droga, którą wybrał (prowadząca przez Samarię), jest niezwykła i niebezpieczna. Jego prośba o wodę skierowana do kobiety zmienia konwencjonalne schematy stosunków między Żydami a Samarytanami, między mężczyznami a kobietami i jest przykładem zachowania zasługującego na naganę, naruszającego obowiązujące obyczaje. W rozmowie z niewiastą jest tym, który „nie ma”, co w Ewangelii według św. Jana zawsze wiązało się z opisem sytuacji pewnego braku i ryzyka pozostania poza życiem: nie mają już wina (2,3); nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki (5,7); czy macie co na posiłek? … Nie. (21,5)[v].

Jeszcze bardziej zaskakujące jest jednak to, że Ojciec w pewnym sensie sam uczestniczy w tej sytuacji braku – Jezus powie o Nim, że „szuka” („il Padre cerca tali adoratori…” – wg przekładu Biblii Tysiąclecia „takich to czcicieli chce mieć Ojciec…”, J 4,23), a w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, w której nie przywołuje ani w żaden inny sposób nie czyni wzmianki o Ojcu, stwierdzamy obecność „stopnia zerowego”.

Jednak, podobnie jak Bóg Stworzyciel dokonał dzieła w chaosie i prochu ziemi, narratorzy obu scen „wykorzystują” bardziej braki swoich postaci aniżeli ich elementy pozytywne – ani początkowa nieufność kobiety i jej „pięciu mężów”, ani pragnienie uczonego w Prawie, żeby się usprawiedliwić, nie będą przeszkodą dla spotkania z Jezusem. Tym bardziej taką przeszkodą nie będzie heterodoksja ludu samarytańskiego czy uprzedzenia natury etnicznej lub innej, żywione przez uczniów – pierwsi zostaną nawróceni przez świadectwo niewiasty, drugim Jezus wyjawi, iż Jego pokarmem jest spełnianie woli Ojca, a spotkanie z kobietą i ludem samarytańskim to część upragnionego żniwa.

Przeciwnie, postaci, które przedstawione są jako te, które przestrzegają ustalonego porządku i których autorytetu nikt nie podważa, pozostają poza wszelką zmianą czy przekształceniem:  faryzeusze na początku Ewangelii według św. Jana, tak pewni w swoim osądzie rywalizacji między Jezusem a Janem, kapłan i lewita z przypowieści, przekonani, że uniknęli skalania omijając prawdopodobne zwłoki. Cieniem na obie sceny kładą się też inne postaci z kręgów ortodoksyjnych – w rozdziale poprzedzającym spotkanie Jezusa z Samarytanką pojawia się Nikodem, opisywany jako „faryzeusz i znawca prawa” (J 3,1), ale naprzeciwko niego pokazana jest heterodoksyjna Samarytanka, która zaakceptowała Jezusa[vi] (co Nikodem uczyni dopiero na końcu Ewangelii, por. J 19,39). Natomiast bezpośrednio przed rozmową z Uczonym w Prawie św. Łukasz wprowadza scenę, w której Jezus wysławia Ojca za to, iż zakrył pewne rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom (Łk 10,21). W myśl tego stwierdzenia to właśnie „ignorant” Samarytanin, a nie uczony prawnik, przyjmie właściwą postawę.

Przypowieść wydaje się jednakże jeszcze bardziej polemiczna ze względu na niezwykłą perspektywę, jaką przyjmuje: w jej centrum znajduje się człowiek na pół umarły, a wszystkie inne postaci umieszczone są w odniesieniu do niego. Nie wychodzi się więc od góry, od teoretycznych dyskusji na temat tożsamości bliźniego, lecz od dołu, od nieszczęścia, w jakim znalazł się człowiek ranny[vii].

Wszystkie te elementy przełamujące, naruszające logikę i zmieniające przyjęte schematy są przez narratorów używane do zdestabilizowania, zdezorientowania czytelnika, są próbą zmuszenia go do wyjścia poza normalne wzorce – nieprzewidywalne zastępuje tu to, co typowe, a zaskoczenie zajmuje miejsce normalności. Wszystko, do czego było się przyzwyczajonym, ustępuje nowości, a czytelnik, który zdążył już przyjąć punkt widzenia kobiety i zastanowić się nad zmartwieniem Uczonego w Prawie, zaraz potem skonfrontowany zostaje z reakcją Jezusa, jakiej się nie spodziewał. Ten „efekt zaskoczenia” poddaje pod dyskusję ustalone wartości, sądy, zwyczaje i role[viii].

Te początkowe wieloznaczności i fałszywe pozory jednak odkrywają w końcu swoją prawdę – owe świeckie i pełne niebezpieczeństw miejsca, w jakich rozgrywają się obie sceny (studnia w środku wsi, niebezpieczna droga…), położone poza dającym bezpieczne schronienie miastem lub świątynią, okazują się ostatecznie miejscami spotkania z Bogiem. Z trzech postaci przypowieści, wcale nie te, które noszą znamiona godności (kapłan i lewita), zachowają się w sposób właściwy, lecz człowiek należący do ludu heretyków i schizmatyków. Spragniony i bezbronny podróżny, na wrogiej ziemi, działa jako Syn Boży, który daje wodę żywą i objawia się jako prawdziwy znawca tego, jak osiąga się życie wieczne.

2.  „Rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam (…)

Wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia” (Rdz 1,26; 2,7)

W obu opowieściach słuchamy słów Jezusa, które kieruje do postaci, i obserwujemy, jak Jego działanie jest dla nich twórcze i odbudowujące. To On jest prawdziwym bohaterem i tym, który prowadzi obie sceny, tym, który „planuje” strategię spotkania:

Jako zręczny garncarz, powtarza to samo działanie, które narrator Księgi Rodzaju przypisuje Bogu: Samarytanka, niby pierwotna glina, jest stopniowo i cierpliwie kształtowana i, podobnie jak Adam otrzymał od Boga tchnienie życia, przez co stał się istotą żywą (Rdz 2,7), tak i ona otrzymuje wodę życia. Samarytanin z przypowieści, uczyniony „na wzór i podobieństwo” Boże, przedstawiony zostaje Uczonemu w Prawie jako wzór – „idź i bądź podobny temu Samarytaninowi, bowiem teraz on jest ikoną miłosiernego ducha Boga”[ix].  Tak jak w ziemskim raju każda stworzona istota otrzymała imię, tak i ci, którzy pojawiają się na scenie bez imienia, zdobywają nową tożsamość, którą obdarowywani są wszyscy: „poszukiwani przez Ojca”, „nagrodzeni Jego darem”, „wezwani do tego, by czynić tak, jak Samarytanin”(…).

Jako zręczny rybak, Jezus zarzuca sieci i przynęty, aby wyłowić tych, z którymi rozmawia (Samarytankę i Uczonego), z podstępnych wód pospolitości i pragnienia samousprawiedliwienia, w których są zanurzeni.

Jako dobry pasterz, który zna swoje owce, wyprowadza je z pustyni powierzchowności i intelektualizmu, prowadzi je powoli w stronę głębi i autentyzmu, wyciąga z ciemnych gardeł wymówek i usprawiedliwień, i prowadzi ku ziemi Daru: otrzymanego (daru wody żywej) i tego, którego należy udzielić (uratować życie człowieka bliskiego śmierci). Przynosząc „zaszczyt Jego imieniu”[x], Jego słowo niesie im pewność, że, niezależnie od tego, w jak złym położeniu się znajdą, On ma moc otwarcia przed nimi drogi wyjścia: „Gdybym znał dar Boga…”, „A Samarytanin zobaczył go i zbliżył się do niego…”. Tym właśnie są: „źródło wód spokojnych” i „łąki świeżej trawy”, na których pozwoli im odpocząć.

Jako mistrz mądrości i umiejętny rozmówca, wykorzystuje wszelkie atuty słowa i wymyśla strategie zbliżenia się do rozmówcy – pyta, prowadzi dialog, argumentuje, próbuje przekonać, opowiada, podpowiada, stwierdza. Rozumie stanowisko drugiej osoby, prowokuje reakcję utożsamienia się lub odrzucenia, a nawet formułuje pewne imperatywy. Idzie tokiem rozumowania kobiety i uczonego, gdy tłumaczą się swymi wymówkami, i wykorzystuje je po to, by doprowadzić ich do miejsca, z którego nie będzie drogi ucieczki i będą zmuszeni stanąć twarzą w twarz z prawdą i własną niewiedzą: „Nie mam męża…”, „A kto jest moim bliźnim?”. Najpierw przyjmuje ich punkt widzenia, aby następnie poprowadzić ich w stronę, którą sam im wskaże, nie wycofuje się wobec obrony, za którą chce schować się jak za tarczą niewiasta, ani wobec podjętej przez uczonego próby zepchnięcia rozmowy na tory czysto teoretyczne – Jezus „zmęczony” na początku lub świadomy tego, że Uczony chce „wystawić Go na próbę”, nie męczy się w zetknięciu z oporem i pułapkami, jakie zastawiają Jego rozmówcy, lecz wykorzystuje coraz to nowe sposoby nawiązania kontaktu. W rozmowie z kobietą rozwiewa stopniowo jej wątpliwości: ona brała Go jedynie za człowieka, który bierze swoją wodę, On zaś odkrywa jej, że sam jest dawcą, a kiedy ona zamyka się w sobie i broni, nie pyta jej o to, co robi, lecz o to, kim jest. Niejasne i prowokacyjne odpowiedzi, jakich jej udziela, prowadzą ją wprost do Niego, a w efekcie także do Ojca.

Jako przyjaciel, który chce nawiązać kontakt osobisty, w żadnym momencie nie wypowiada osądów moralnych, w których potępiałby lub czynił wyrzuty swoim rozmówcom – zamiast oskarżać woli nawiązać dialog i proponować, używa języka, który trafia wprost do serc tych, z którymi rozmawia, i korzysta ze strategii tak zwanej „pustej przestrzeni”[xi]:

–        w rozmowie z kobietą zdanie „gdybyś wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi…” wywołuje efekt dystansu i sprawia, że między rozmawiającymi tworzy się przestrzeń, w której kobieta może poczuć się rozpoznana i zacząć zadawać pytania – tożsamość Jezusa („Judejczyk”), tak jasna na początku spotkania, zostaje podana w wątpliwość. Kierując tą przestrzenią, Jezus działa powoli, nie spieszy się, by postawić siebie w centrum uwagi, lecz posuwa się ruchem „spiralnym”, stopniowo budząc zainteresowanie kobiety tym, jak może uzyskać dostęp do źródła „innej” wody.

–        w rozmowie z uczonym w Prawie nie odpowiada na jego pytania wykładem ani argumentami opartymi na znanych mu kodeksach. Także i tu tworzy „pustą przestrzeń”, dając mu szansę znalezienia samemu odpowiedzi na postawione pytanie. Uciekając się do przypowieści, odwraca pojęcie „bliźniego” właściwe Uczonemu chętnie poruszającemu się na gruncie subtelnych argumentacji teologicznych i przyzwyczajonemu do zadawania pytań, dowodzenia i dyskutowania na płaszczyźnie teoretycznej. Nie oszuka to ani nie zbije z tropu Jezusa, przeciwnie, pozwoli Mu przenieść się na inny poziom, gdzie ekspertem nie jest już „ten, który wie”, lecz „ten, który czyni[xii].

Jako doskonały artysta i malarz, kreśli portret Samarytanina, będący jednocześnie – czy nieświadomie? – własnym autoportretem: w obrazie człowieka, który powodowany współczuciem zbliżył się do rannego, odnajdujemy wartości, przekonania i preferencje samego Jezusa, Jego teologię i katechezę, Jego wizerunek Królestwa, Jego proroczą krytykę, to, czemu przypisuje znaczenie i to, czemu go nie przypisuje (kult, świątynia, obserwacja…), to, co uznaje za grzech, zaniechanie lub cnotę, Jego propozycję postawy. Ikona Samarytanina przekształca się w ten sposób w malarską wersję błogosławieństw.

Jako znawca człowieka, jawi się głęboko wrażliwy i zainteresowany wnętrzem swych rozmówców – czyta w sercu uczonego jego zamiar, by wystawić Go na próbę, a potem, by się usprawiedliwić; u Samarytanina podkreśla wzruszenie, które powodowało jego zachowaniem wobec rannego; kobiecie wyjawia źródło, które może tryskać z wnętrza, w sprzeczności ze starym prawem i zewnętrznymi przykazaniami, oraz odkrywa przed nią także wnętrze Ojca i Jego pragnienia.

Jako prorok, owładnięty ogniem Boskiego Absolutu i rozkochany w Jego sprawiedliwości, podważa, rozbija i dezawuuje wszelkie preteksty i kompromisy, które mogą oddalać lub odwracać uwagę od pierwotnej i ostatecznej prawdy: Boga jako Ojca i ludzi jako bliźnich.

3.  „Bóg im błogosławił (…)” (Rdz 1,28). „(…) wskutek czego stał się człowiek istotą żywą

(Rdz 2,7)

Postaci z obu scen (Samarytanka, Uczony…) wezwane są do „nowego stworzenia” i mają dokonać pewnego wyboru: albo pozostaną przy swoich starych przekonaniach i wiedzy i dalej będą szukać wody żywej i usprawiedliwienia w wyschniętych studniach sanktuariów, prawa i zwyczajów, albo też wybiorą „życie wieczne” i pozwolą przyciągnąć się Jezusowej propozycji przekształcenia i „przemienienia”.

3.1. Proces paschalny

W obu tekstach obserwujemy przejście od pewnego sposobu myślenia i sądzenia do innego, od określonych zwyczajów, struktur i przekonań do innych i w tym „procesie paschalnym” jesteśmy świadkami „śmierci”. To, co wydawało się ostateczne, okazało się teraz ulotne, a główne podpory i gwarancje bezpieczeństwa, obowiązujące jeszcze na początku każdego z tych tekstów, odsłaniają swą niezdolność do przekazania „wody żywej” i „życia wiecznego”, a na ich miejsce pojawia się nowość zachowania i słów Jezusa:

–        słowo prawa, na które powoływał się Uczony, aby się usprawiedliwić, okazuje się środkiem niezdolnym dać mu życie i odpowiedzieć na jego pytanie o bliźniego. O ile kobieta reprezentuje tych, którzy próbują zaspokoić swe pragnienie w ramach tradycji przodków, uczony zna bliźniego jedynie poprzez erudycję. Jezus natomiast nie proponuje żadnego zewnętrznego ideału, lecz zachęca rozmówców do przyjęcia bezinteresownego daru i nieskupiania się na sobie i własnej doskonałości, lecz na relacjach z innymi, sobie podobnymi[xiii].  Abstrahuje on od scholastycznych rozważań i przykładów i kieruje się na poziom podstawowy – istoty ludzkiej w potrzebie, wspólny wszystkim i ponad wszelką ideologią i religią, i tym, którzy rozpoznają się jako bliźni poprzez zaangażowanie. Dawne instytucje zastępuje „nowa droga” Jego ciała (por. Hbr 10,20), a Jego kruche człowieczeństwo przekształca się w miejsce spotkania – początkowe zmęczenie i pragnienie umożliwiają wymianę i dwukierunkowość rozmowy; Jego umiejętności narracyjne sprawiają, że ten, kto poruszał się na gruncie teorii, wchodzi w relację z rzeczywistymi ludźmi i uczy się od Niego, że prawdziwa mądrość polega na okazaniu człowieczeństwa.

–         sama „wiedza” ukazywana jest jako coś jałowego – zarówno Samarytanka, jak i Uczony zwracają się do Jezusa w formie pytającej, oczekując od Niego wejścia na grunt wiedzy („Jakżeż Ty prosisz mnie…?”, „Skądże weźmiesz…”, „Czy Ty jesteś większy…?”, „Co mam czynić…”, „A kto jest moim bliźnim?”). Słowa niewiasty, odzwierciedlające przekonania jej ludu, potwierdzają istnienie różnic między narodami, opiniami i teologiami, dzielą ludzi i uniemożliwiają nawiązanie kontaktu między nimi, pomniejszają oczekiwania związane z Mesjaszem, który mógłby dać im dostęp do wiedzy („objawi nam wszystko”)[xiv].  Jeżeli zaś chodzi o Uczonego, nawet to, co „wie”, nie wystarczy, by dać mu „życie wieczne” i mimo że zna dobrze prawo, nie wie, kim jest bliźni, którego powinien kochać. Jezus proponuje obojgu „wiedzę alternatywną” i zachęca ich do porzucenia „wielorakiej wiedzy”, aby dojść do prawdy, do której droga prowadzi nie poprzez ogólność, lecz poprzez namacalną, konkretną rzeczywistość. Jego słowa nie dążą do poszerzenia ich wiedzy, lecz do wywołania zmiany w ich życiu. Zarówno „studnia Jakuba”, symbol wiedzy, którą daje prawo [xv], jak i „to, co jest w nim napisane” (Łk 10,26), tracą ważność, zastąpione „wodą żywą” i zaproszeniem, by nie czytać, lecz patrzeć na rzeczywistych ludzi i ich zachowania i czynić tak, jak Samarytanin. To przez uczynki, a nie wiedzę osiąga się życie. Ostateczna wiedza zastępuje wszelką tymczasową, a dostęp do tego nowego wymiaru wiedzy uzyskuje się nie w przyszłości, lecz teraz, dzięki słowu Jezusa.

–        role i stereotypy związane z płcią także ulegają odwróceniu – kobieta, nieoczekiwanie, zabiera głos i staje się świadkiem i ewangelizatorką swojego ludu, pełniąc rolę zarezerwowaną dla mężczyzn. Samarytanin natomiast opisany jest przez Jezusa jako ktoś, kto zaopiekował się człowiekiem na pół umarłym i swoim działaniem przywrócił mu życie – zbliżył się do niego, dotknął go, opatrzył, podniósł z ziemi, zaniósł na rękach, znalazł mu schronienie i zatroszczył się, by nadal ktoś się nim opiekował i karmił go. Wszystko to są funkcje postrzegane zwykle jako kobiece i matczyne.

3.2. Postaci przemienione

Samarytanka pojawia się na scenie jako „kobieta z Samarii”, a schodzi z niej jako znawczyni źródła „wody żywej”, świadoma, że Ojciec chce, by została Jego czcicielką. Jej przemieniona tożsamość sprawia, że staje się ewangelizatorką i dzięki swemu świadectwu przekonuje wielu, by zbliżyli się do Jezusa i uwierzyli w Niego. Ta, która mówiła o „czerpaniu ze studni” jako o zajęciu wymagającym wysiłku i pracy, pozostawia teraz swój dzban – Jezus objawił jej dar, który nie żąda niczego w zamian, który ofiarowany jest jej bezinteresownie.

Samarytanin, który także pojawił się w Ewangelii jako postać anonimowa, określona jedynie co do pochodzenia etnicznego, odkrywa w końcu swoją tożsamość – miłosierdzie, które w nim jest, sprawia, że zachowuje się jak bliźni wobec człowieka, który potrzebował jego pomocy, by pozostać przy życiu. Otrzymuje od Jezusa nowe imię: „ten, który okazał miłosierdzie”. Co do Uczonego, który wyrażał swoje pragnienie życia wiecznego w wymiarze posiadania („ereditare” – polski przekład „osiągnąć”), to stawia się przed nim wyzwanie, by dokonał zmiany poprzez gest zrzeczenia się na wzór Samarytanina.

Tak jak woda, „która stanie się źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu”, przez oba teksty przepływa motyw bezinteresowności, która przemienia postaci. Kobieta, po przyprowadzeniu swoich ludzi do Jezusa, wycofuje się i pozwala, by sami odkryli Go i uwierzyli bez jej świadectwa. Została doprowadzona do swego wnętrza cierpliwie drogą od rozproszenia do zjednoczenia i teraz ona, uczennica tego Nauczyciela, przyciąga i prowadzi do Niego swój lud. Także Samarytanin wycofuje się i pozostawia drugiego wolnym w akcie „sublimacji”[xvi], niczym matka, która wydaje dziecko na świat i odcina pępowinę, by uniezależnić je od siebie.

Bliźni”, który w słowach Uczonego był pewnym niejasnym odniesieniem, bez konkretnej twarzy, trudnym do rozpoznania, wykracza poza dysputy teoretyków prawa i staje się konkretem z krwi i kości. Nie można go już określić ze względu na większą lub mniejszą bliskość w stosunku do innej osoby. Wydaje się teraz „zamieszkiwać” w sercu każdego człowieka, który wchodzi w bezpośrednią relację z drugą osobą i staje się każdym, kto bezinteresownie troszczy się o innych i pozwala im żyć.

Jezus, o którym na początku wiedzieliśmy tylko tyle, że jest zmęczonym i spragnionym wędrowcem z Judei, pod koniec objawia się jako źródło wody żywej, Pan, Prorok, Mesjasz, Zbawiciel świata, Syn, który wypełnia wolę Ojca. Sam siebie określa ze względu na swą umiejętność nawiązywania kontaktów z ludźmi: „ten, który ci mówi” i – jako Pan pierwszego Przymierza – prowadzi kobietę na nową „pustynię”, aby „przemówić do jej serca” i w niej spełnia się obietnica dana Izraelowi: „i poznasz Pana” (Oz 2,22). Rozmawiając, posiada autorytet, który pozwala Mu wypowiadać się imperatywnym językiem Boskich rozkazów: „wierz mi, kobieto”, mówi; „tak czyń, a będziesz żył”…, „idź, i ty czyń podobnie”, zwraca się do Uczonego.

Także obraz Boga ulega zmianie. Nie jest to już Bóg nieustraszony i odległy, przebywający w sanktuariach zbudowanych ludzką ręką i tam dyktujący prawa, ani też odwieczny biorca, który żąda hołdów, darów i ofiar w Świątyni. Poprzez Jezusa objawia się jako Bóg – twórca życia, który daje i szuka, którego można nazywać „Ojcem” i który nie pozwala się zamknąć w żadnych granicach ani posiąść, gdyż jest Duchem. Jeżeli szuka nas, to po to, by wzbogacić nasze życie i napełnić nas radością i pełnią. Aby Go spotkać, nie trzeba patrzeć ku górze, aby Ten, który zszedł na pustynię, trysnął niczym źródło z głębi każdego serca i objawił swoją obecność w ludziach zranionych, porzuconych w rowach. „Cześć w Duchu i prawdzie”, której pragnie, według najlepszej tradycji prorockiej, jest w zasięgu każdego, kto zbliża się do innego człowieka, by nieść mu pomoc. Kapłan i lewita minęli rannego, by się nie skalać, tylko Samarytanin, pozostający poza światem sakralnym, nie potrzebował szukać ofiary na zewnątrz, ponieważ wewnątrz nosił tę jedyną rzecz, której żąda od nas Pan Bóg: miłosierdzie i współczucie (por. Mi 6,8).

Nie mamy tu do czynienia z „normalnym”, typowym dla swych czasów zakończeniem (kobieta wraca do swych ludzi z dzbanem napełnionym wodą ze studni; Uczony pozostaje usatysfakcjonowany po wyrecytowaniu Prawa i uzyskaniu odpowiedzi na poziomie teoretycznym…), lecz obojgu proponowany jest odmienny horyzont, stanowiący wyzwanie, nieprzewidywalną i zaskakującą drogę wyjścia prowadzącą ku dającej życie relacji („źródło wody wytryskającej ku życiu wiecznemu”…; „tak czyń, a będziesz żył”…). W obu wypadkach zmiana początkowych zamysłów (zaczerpnięcie wody, uzyskanie odpowiedzi na pytanie lub dalsza podróż w przypadku postaci z przypowieści…) stanowi warunek dopuszczenia do planu dużo większego (otrzymanie „wody żywej”, stanie się „bliźnim” i pełnienie „miłosierdzia”). Dzban, porzucony i pusty, a także gesty Samarytanina, który wyjmuje i oddaje to, co do niego należy (oliwę, wino, denary…), świadczą, iż poprzez „utratę” i oddanie zyskuje się życie (por. Mk 8,35).

3. 3. Otwarte zakończenie

A jednak epilog obu tekstów jest inny – droga, którą przebyła kobieta, zaprowadziła ją do pewnej nowej sytuacji w relacjach z ludźmi, w której pod wpływem słów Jezusa poszerza krąg osób, które mogą się do Niego zbliżyć. Uczony natomiast postawiony jest przed pewnym wyborem. Nie wiemy, czy nadal pozostanie więźniem kanonów, czy „minie rannego”, czy też, jak Samarytanin, poszuka życia wiecznego tam, gdzie ono rzeczywiście jest – w ludziach pozbawionych życia. Głębokie dzieło nawrócenia, które podjął Jezus wobec niego, pozostaje otwarte – podobnie jak w rozmowie ze ślepcem Bartymeuszem, Jezus zapytał go w sposób subliminalny: „Cóż chcesz, żebym ci uczynił?”, i zaproponował mu inną perspektywę, odmienny od własnego „ja” punkt zaczepienia – osobę drugiego człowieka. Uczony – ślepiec przekonany był, że pojęcie bliźniego należy określać w odniesieniu do siebie samego, i chciał dowiedzieć się, gdzie przebiega granica między tymi, którzy są jego bliźnimi, a tymi, którzy już nimi nie są. Jezus proponuje całkowicie odmienne spojrzenie: „Nie do ciebie należy decyzja, kto jest twoim bliźnim. To ty masz okazać się bliźnim każdej istoty ludzkiej, która znalazła się w potrzebie. Ośrodkiem nie jesteś ty, lecz drugi człowiek, do którego winieneś się zwracać. Przyjrzyj się Samarytaninowi – to ikona altruizmu i bezinteresowności, stworzona na wzór i podobieństwo samego Boga. Od niego ucz się sprawiedliwości, która daje dostęp do życia wiecznego: kiedy napotkał kogoś, kto sam nie potrafił ocalić swego życia, wybrał życie w jego imieniu i jedynym śladem, jaki po sobie zostawił, było to właśnie uratowane życie”.

Po tej kontemplacyjnej przechadzce po tekstach Ewangelii możemy pójść krok dalej i zastanowić się, dokąd „ciągną” nas ich bohaterowie, w którą stronę chcą nas poprowadzić.

4. Wzięci za rękę przez Samarytankę

Gdyby kobieta z Samarii wzięła nas za rękę, co powiedziałaby i dokąd nas zaprowadziła? Z pewnością zaproponowałaby, byśmy towarzyszyli jej do studni Jakuba, i opowiedziałaby, jak przyszła tu z dzbanem wypełnionym pustką braków i wątpliwości. Ale powiedziałaby także, że nie stanowiły one żadnej przeszkody, aby człowiek, który tu na nią czekał, wypełnił w niej swe dzieło. Poza tym rzekłaby, że nauczyła się od Jezusa, iż On nigdy nie poddaje się, napotykając na nasz opór i przyzwyczajenia, ale jako Syn, który działa tak, jak widział czyniącego Ojca (por. J 5,19), szuka w nas owego „punktu przełomu”, z którego rodzi się nasze najgłębsze pragnienie, jakby będąc przekonanym, że tylko pragnienie większe może zrelatywizować mniejsze. Być może dlatego pozwolił, by niewiasta wypowiedziała przed Nim swoje przesądy, obawy i wątpliwości, aż wyłoniło się z niej owo tchnienie życia, które chowała głęboko w sercu, i wówczas „zaczerpnął” z tego pragnienia: „Gdybyś znała dar Boży…”. Bez tego, co zdarzyło się wcześniej, kobieta nie mogłaby rozpoznać swego niezaspokojenia. Bez drugiej części natomiast odeszłaby ze swoim dzbanem wypełnionym wodą, która nie ugasiłaby jej pragnienia[b].

Gdybyśmy spytali ją o przemianę jej pragnienia, prosiłaby nas, byśmy nigdy nie pozwolili, by cokolwiek lub ktokolwiek stłumił czy też przeszkodził temu, co dało początek naszej drodze za Jezusem w życiu zakonnym, lecz byśmy utrzymywali to zawsze przy życiu, niezaspokojone, bowiem tam kryje się nasza najlepsza „rezerwa człowieczeństwa” i to, co pozwala nam pozostawać otwartymi i oczekującymi wobec Daru, którego nigdy nie poznamy w pełni.

Co do misji, jakiej podjęła się wśród swego ludu, mogłaby opowiedzieć nam, jakich strategii użyła, by doprowadzić swych braci do Jezusa. Nauczyła się od Niego, jak osiągać pełnię człowieczeństwa, jak połączyć pragnienia ukryte we wnętrzu każdego człowieka i jak znaleźć owe „punkty przełomu”, przez które może przeniknąć łaska, bowiem tam już pracuje Pan. Powiedziałaby, że w tej misji lepiej odsunąć na bok „jednostki-zawodowo-spełnione” i „zajęte-zadaniami-duchowo-niegroźnymi”[xvii], bowiem tylko „poszukiwacze studni”, potrafiący zbliżyć się i „dotknąć”, poświęcić czas, by wyjść poza rzeczywistość pozorną, mogą pomóc innym w oświetleniu źródła, które w nich tkwi.

Starałaby się przekonać nas, o tym, jak ważne jest wzajemne towarzyszenie i wspieranie się w wierze, poprzez naukę tego, jak wspólnie odczytywać życie na nowo, tak aby każdy mógł dzielić z innymi wodę swojego doświadczenia; prawdopodobnie okazałaby ciekawość i zapytała, w którą stronę skierujemy wodę strumienia naszych uczuć i czy śluby nadają naszej głębokiej energii kierunek apostolski, właściwy dla życia Jezusa[c]. Być może nawet zapytałaby nas o imiona naszych mężów – owych rzeczywistości, z którymi zawieramy kompromis i które oddalają nas od naszego Środka:

–        mąż w postaci „niedoinformowanej i konformistycznej głupoty”, który każe nam wierzyć, że na sytuację, w jakiej znalazł się świat, nie ma lekarstwa („takie są prawa wolnego rynku…”, „to cena postępu technologicznego…”) i że najrozsądniejsze rozwiązanie to dostosować się do tego, jak jest.

–        mąż w postaci „neoliberalizmu i konsumpcjonizmu”, który ciągnie nas w stronę złudnego dążenia, by być takimi „jak reszta świata”, wywołuje coraz większą potrzebę komfortu i sprawia, że normalne wydaje nam się przebywanie w jakimś wygodnym miejscu, z dala od wszelkich niebezpieczeństw i skrywanie pod maską „ostrożności” niechęci do tego wszystkiego, co może nam zagrozić[xviii]. W wyniku takiego stylu życia „iskra szaleństwa”, która popchnęła nas do pójścia za Jezusem, gaśnie, nasz wzrok mętnieje, a miejsca, gdzie mieszkają ubodzy, których winniśmy odwiedzać, stają się stopniowo niewidoczne.

–        mąż w postaci „indywidualizmu”, który zaciemnia źródła altruizmu, uwodzi łatwością życia pospolitego i nieuważnego, w którym cierpienie innych, znaczenie obecności Boga czy niebezpieczne wspomnienie Jego Ewangelii nie mogą nas dosięgnąć.

–        mąż w postaci „pseudo-terapeutyzmu”, który narzuca psychologizm jako najlepsze wytłumaczenie wszelkich rzeczy, zawsze podejrzewa nasze pragnienia, systematycznie neguje jakiekolwiek ich transcendentne źródło i stawia nas na płaszczyźnie hermetycznego pozytywizmu: wszystko ma swój początek w naszej psychice, reszta to iluzoryczne projekcje. W ten sposób neguje możliwość, by nasza wolność dążyła dalej, ponad nas samych.

–        mąż w postaci „zeświecczenia”, które oddala nas od studni spotkania z Panem i od doświadczenia mistycznego, a pozwala przeżywać wszystko wyłącznie na poziomie imperatywów etycznych, „sekularyzuje” nasze serce i sprawia, że stajemy się niezdolni do wyrażania doświadczenia duchowego. Stąd bierze się nieumiejętność znalezienia słów, by opisać to, co najwznioślejsze, stąd obawa przed tajemnicą i symbolem, skamieniałe liturgie i ów aktywizm apostolski, w którym nie ma miejsca ani czasu na modlitwę bogatą w treści, modlitwę cichą, zatrzymaną w biegu i ustawiczną[xix].

–        mąż w postaci „spirytualizmu” , który popycha nas wciąż do wznoszenia nowych sanktuariów i uciekania do kolejnych uświęceń i restauracjonizmu o cechach mglistego new age, bez żadnego związku z namacalną stroną rzeczywistego, codziennego życia.

–        mąż w postaci „bałwochwalstwa”, które każe nam oddawać cześć narzędziom i środkom, instytucjom, rytuałom i prawu, czyniąc coraz trudniejszą tę adorację, której pragnie od nas Ojciec, a które nie ma nic wspólnego z „powrotem” do religijności.

–        mąż w postaci „tysiąca zajęć”, które działają na znanej od zawsze zasadzie szukania usprawiedliwienia dla tego, co się robi, czyniąc z nas bardziej dawców niż biorców, a nasze upadki apostolskie lub starość przekształcając w prawdziwe traumy, ponieważ w takich momentach nasza praca traci prawo do roszczenia sobie rangi absolutu [d].

Samarytanka jednak, wyzwolona z wszelkich idolatrii, powiedziałaby nam przede wszystkim:

„Bądźcie cierpliwi, powoli dokonując tego, co zamierzyliście, powoli zrywając z owymi mężami, bądźcie pewni, że w życiu każdego z was istnieje studnia, przy której czeka na was Nauczyciel. Zawierzcie Jego mocy przyciągania, Jego cierpliwości w burzeniu waszych murów obronnych, Jego pragnieniu, by zaprowadzić was do głębi waszego życia, do najskrytszych i najniżej położonych jego źródeł, ponieważ On potrafi sprowadzić was tam, nie spiesząc się i nie denerwując. Kiedy ja usłyszałam dwukrotnie: „woda, którą Ja dam”, zrozumiałam, że jest przepełniony pragnieniem, by wszystkich nas zanurzyć w jej nurcie.

Nie zadowalajcie się jedynie tym, co już o Nim wiecie – odbądźcie tę intymną podróż, do której będziecie mieć szczęście być zaproszonymi. Na początku ja widziałam w Nim tylko Żyda, lecz On stopniowo poprowadził mnie, abym mogła odkryć w Nim Pana, Proroka i Mesjasza, Tego, na którego zawsze czekałam, nie wiedząc o tym. Miejcie odwagę nazwać Go nowymi imionami, tymi, które nigdy nie pojawią się w jałowych księgach z waszych zbiorów.

Nie bójcie się przyznać do pragnienia, które w was tkwi, i nie oszukujcie się, sądząc, że wasz konsekrowany stan będzie waszym zabezpieczeniem przed tymczasowością i słabością, jakie właściwe są każdej istocie ludzkiej – zmieńcie swoją postawę wiecznych „darczyńców” i poczujcie się wędrowcami wraz z tymi, którzy idą, i poszukiwaczami wraz z tymi, którzy szukają. Dopiero wówczas przeżyjecie radosną niespodziankę, że oto Ewangelia została wam objawiona przez tych, którym chcieliście ją głosić. Nauczcie się lepiej słuchać zamiast wciąż wygłaszać kazania i kierować, stańcie się ekspertami w stawianiu pytań, rozmowie i dzieleniu się z innymi tym ubóstwem, które sprawia, że wszyscy jesteśmy sobie równi. Dopiero bowiem, gdy doświadczycie własnego pragnienia, będziecie mogli wejść do gry, której nauczyłam się przy studni – spragniony człowiek, który poprosił mnie o wodę, okazał się Tym, który ugasił moje pragnienie i to przekonało mnie, żebym opowiadała o Nim swym ludziom. Właśnie dlatego, iż wiedziałam, że potrzebuję zbawienia, mogłam głosić innym, że spotkałam kogoś, kto przyjął mnie, nie osądzając, ani nie potępiając. Chodźcie i wraz ze mną uczcijcie przy studni to, że prawdziwe ubóstwo, uznane i postawione w relacji z Jezusem, nie jest przeszkodą, by otrzymać dar wody żywej, lecz najlepszą okazją, by ją przyjąć i pozwolić, by popłynęła ku życiu wiecznemu.

Jednak ostrzegam was, bądźcie gotowi. On może czekać na was w każdym miejscu, w jakimkolwiek dniu waszego codziennego życia, właśnie wtedy, gdy będziecie oddawać się drobnym zmartwieniom, wzajemnym kłótniom czy starym wiarom w tytuły i przywileje. Jeśli zatrzymacie się, by Go wysłuchać, przepadniecie na zawsze: na początku poprosi was o coś prostego („daj Mi pić!”, „Idź, zawołaj swego męża”), ale w końcu wrócicie do domu bez wody, bez dzbana, za to wypełnieni pragnieniem, wcześniej nieznanym, by przyciągnąć do Niego całe miasto.

Dowiecie się zaskakującej nowiny, że Ojciec was szuka i pragnie od was odpowiedzi w postaci waszej adoracji. Nie bójcie się tego słowa, tak dziwnego w uszach świata, ponieważ, jak Abraham, zostaliście wezwani do „innej ziemi”. Pozostawcie w tyle dawne grunty, które was podtrzymywały i zagłębcie się w tej bezgranicznej miłości do Pana i Jego Królestwa, w którym, jak pragnął Benedykt z Nursji, nic nie stoi przed Jego miłością; a formą istnienia staje się to, co głosił psalmista: „łaska Twoja lepsza jest od życia!” (Ps 63,4).

5. Wzięci za rękę przez Samarytanina

Gdyby Samarytanin wziął nas za rękę, co powiedziałby i dokąd nas zaprowadził? Bardziej niż wsłuchiwać się w jego słowa (wydaje się człowiekiem, który nie mówi dużo), warto może spokojnie przyjrzeć się scenie opisanej przez Jezusa, przypominając, że ikona nie jest odzwierciedleniem tego, co przeżywamy i czym jesteśmy, lecz ukazuje nam Drugą Stronę, to, czym jeszcze nie jesteśmy, dystans, który dzieli nas od nawrócenia i który mamy do przejścia, a także kieruje na nas spojrzenie, które przenika do naszego wnętrza i pozwala dojrzeć prawdziwą twarz bliźniego.

Czy ikona ta nie ujawnia nam także tego, co kryło się w sercu Jezusa, który wymyślił tę historię i, nieświadomie, „namalował” w niej swoje własne cechy? Czyż to nie mistrzowska opowieść, obraz, za który mógłby wejść do historii i być pamiętanym, gdyby nie to, że zasłużył na to już z innych powodów?

Zacznijmy od obejrzenia tej sceny tak, jakbyśmy byli tam obecni:

Po pierwsze zaskoczy nas trzeźwy realizm autora, który nie żałuje ciemnych barw – napaść zbójców, człowiek bez odzienia, pobity i pozostawiony na pół umarłym, następnie dwóch „czcigodnych” przechodniów, którzy mijają rannego (samo nasuwa się porównanie z bandytyzmem naszych czasów, ich ofiarami opuszczonymi na marginesie społeczeństwa, obojętnością tych, którzy przechodzą, lub nas, którzy przechodzimy zatroskani własnymi sprawami…).

I kiedy opowieść utwierdza nas w przekonaniu, że zło weźmie górę i sytuacji nie można zaradzić, na horyzoncie pojawia się kolejna postać, wprowadzona przez delikatny zabieg stylistyczny, który pozostawia nas w zawieszeniu: „Pewien zaś Samarytanin…”. Skąd się wziął i co miał podkreślać ten „kontrast” uzyskany poprzez słowo „zaś”? Zadajmy sobie pytanie: jakąż to siłę sprzeciwu może okazać w świecie, który, jak się wydaje, zdominowany jest obsesją posiadania, przesadną dbałością o siebie i zadowoloną nieświadomością, podczas gdy całe narody upadają w ciszy? Czy to drobne „zaś” nie mówi nam przypadkiem o tym, jak na tę historię patrzy Jezus, i o Jego upartej nadziei, która widzi w niej potężną, choć z pozoru słabą, siłę oporu?[e]

Wobec tak licznych znaków śmierci, pojawiający się na scenie Samarytanin wydaje się nie mieć zbyt wielu środków, nie należy przecież do żadnego ośrodka władzy, która by go wspierała i dawała prestiż bądź wpływy. Jest cudzoziemcem, podróżuje samotnie i nie ma nic poza torbą i siodłem, a jednak zwraca wzrok ku miejscu napaści i tam jego serce zaczyna bić rytmem drugiego człowieka.

Wówczas spełnia drobny i największy zarazem gest zbliżenia się do leżącego. Kiedy inni minęli rannego, unikając wzięcia go ze sobą, on poczuł się wzruszony losem nieszczęśnika i odpowiedzialny za jego opuszczenie. Pragnienie podania ręki komuś, kto tego potrzebuje, sprawia, że odłożył swe plany i przerwał podróż. Zatroskanie o życie narażone na niebezpieczeństwo przeważa nad jego planami i ukazuje najlepszą część jego człowieczeństwa – „ja”, które pozbyło się siebie samego. Jest cudzoziemcem, którego żadne związki rodzinne czy solidarności z własnym narodem nie obligują do zajęcia się drugim człowiekiem, a jednak zatrzymał się, by mu pomóc. Wędrowiec, który zsiadł ze swego konia, zmienił swoje plany, ukląkł obok innego człowieka. Schizmatyk, który jednak zachował się jak strażnik swego brata i w przykazaniu: „Nie zabijaj” odczytał także: „Uczynisz wszystko, by drugi mógł żyć”[f].

A jeśli w tym geście czystego altruizmu kryje się tajemnica naszej najgłębszej tożsamości i jeśli Samarytanin pokazuje nam, dokąd prowadzi adoracja, do której zachęca nas Samarytanka?: bycie na świecie znakiem stanowiącym odpowiedź na wzrost posiadania, znakiem tak nędznym, jak żłóbek czy pusty grób, obecnością, która potwierdza wartość i godność tych najmniejszych[g]; maleńkim kamyczkiem rzuconym na pole logiki neoliberalnej[xx], bycie marzycielami stąpającymi po ziemi, dbającymi o utrzymanie kontaktu z rzeczywistością – ufnego, ale nie biernie ją akceptującego, umiejący odkrywać rozmaite możliwości wprowadzania zmian i wyobrazić sobie „inny możliwy świat”. Również w czasach Samarytanina, podobnie jak dzisiaj, obowiązywała pewna dominująca logika: „Jeśli zatrzymasz się, by zaopiekować się nieznajomym, na pół martwym człowiekiem, narażasz się na to, że nie spełnią się twoje plany, możesz stracić spokój, czas, oliwę, wino i pieniądze”. A jednak w jego reakcji widać upartą logikę Jezusa: „Nie przeliczaj, nie kalkuluj, pozwól, by wywłaszczyła cię miłość – inni oddadzą ci twoją tożsamość wtedy, kiedy sam będziesz miał uczucie, że oto tracisz życie”[h].

Zatrzymajmy się, by przyjrzeć się też człowiekowi na pół umarłemu. Ten, który zajmuje centralne miejsce w tym obrazie, sugeruje, że dla Jezusa naturalnym punktem widzenia było spojrzenie z dołu, oczami ludzi, którzy przeżywają najgorsze sytuacje. Ten, który urodził się na wsi, na obrzeżach Betlejem i umrze poza murami Jerozolimy, „przenosi się” i rozstawia namiot tam, gdzie nikt się go nie spodziewa – wśród wydziedziczonych, ubogich i odrzuconych, właśnie tam, gdzie wydawało się, że umarła już wszelka nadzieja. Spotkamy go zawsze na zewnątrz, z tymi, których świat odrzucił daleko od siebie[xxi].

„Pielęgnował go”, czytamy w tekście. „Miej o nim staranie”, powie później do gospodarza. To czasownik „kobiecy”, powolny, troskliwy, stający w konfrontacji z naszym pośpiechem i niecierpliwością, by jak najszybciej osiągnąć wynik. Ten ludzki wymiar „zatroszczenia się” może udzielić swego ciepła także naszym relacjom wewnątrz wspólnoty, może obalić nasze mury obronne, może skruszyć tę twardość, która czyni celibat smutnym i pozwolić nam traktować się serdecznie i obdarzać gestami pełnymi czułości[i].

Spójrzmy ponownie na człowieka „na pół umarłego”, nie uciekając od pytania, które niekiedy nas dopada, czyli tego, czy czasem to nie samo życie zakonne jest odpowiedzialne za fakt, że niektórzy z jego członków są „na pół umarli”. Uczciwość każe nam przyznać, że istnieją ludzie, żyjący niejako „w połowie”, ani z tego nie są dumni, ani szczęśliwi, podporządkowani działaniu instytucji, przygwożdżeni inercją nienaruszalnego porządku i niepodważalnych tradycji, puści w środku, ze stłumioną inicjatywą i spontanicznością, rzadko zachęcani do tego, by myśleć samodzielnie, by swobodnie wyrażać swoje opinie, swoją niezgodę, swoje pragnienia czy też swoje marzenia. Z pewnością należałoby określić mianem „nie-życia-nie-zakonnego” to, w którego jałowym łonie rodzą się takie „zmartwiałe jednostki”, kiedy ci, którzy do niego przystąpili, uczynili to szukając życia w pełni, obiecanego przez Boga Żywego.

Obserwujmy nadal człowieka na pół umarłego, pocieszeni pewnością, że ktoś stanie po stronie żywej połowy jego osoby i wybierze życie w jego imieniu. Zdamy sobie wówczas ze zdziwieniem sprawę, że to właśnie on poprzez swoją niemoc daje Samarytaninowi możliwość odkrycia jego umiejętności współczucia, która sprawia, że jest podobny do Boga.

I być może właśnie ta część nas i naszych instytucji, którą widzimy jako „na pół umarłą”, ma tę misję, by pozwolić nam odkryć nieznany dotąd wymiar naszego istnienia? A gdyby to sytuacje coraz większej kruchości, kryzysu i utraty miały być „posłańcami” mającymi przynieść nam nowość, która dotknie naszego życia? Sami nigdy nie wybralibyśmy takich sytuacji, przeciwnie, wciąż narzekamy, że nie jest nas wielu, nie jesteśmy silni, młodzi i wpływowi – w wielu przypadkach jest wręcz odwrotnie, a nasz opór przed zubożeniem przeradza się w źródło zbiorowej duchowej depresji, która blokuje nasze plany i uniemożliwia nam szczęśliwe życie i kreatywność. Nasza nadzieja wobec przyszłości Boga w życiu zakonnym jest „na pół umarła”, zawarliśmy kompromis ze swoistą „emocjonalną herezją”[xxii], która w tej chwili jest dużo groźniejsza od wszelkiej innej herezji – Pan Bóg miałby nie móc już dokonać niczego na tym świecie, w tym Kościele, w tym Ciele apostolskim. Nie moglibyśmy się już spodziewać po Nim żadnej nowiny. Nie ujmujemy tego w taki sposób, ale tak to czujemy, i to uczucie powoli przenika do naszego wnętrza i odbiera nam spokój i nadzieję. A kiedy kryzys dotyka nadziei, zaczynają umierać miłość i wiara[j].

Czy nie potrzebujemy czasem, by wielki Samarytanin, którym jest Jezus, zbliżył się do nas, opatrzył nasze rany i zalał je oliwą swego pocieszenia i winem swej siły? Czy to nie do nas należy kairós odkrycia w naszej kruchości „nowej drogi”, w której siła przejawia się w słabości, a życie w śmierci? Czyż nie nadeszła godzina, w której powinniśmy bezwarunkowo zaufać Bogu, który czyni nowe rzeczy z naszego ubóstwa, a nawet z naszej straty, i zaakceptować, że jesteśmy w Kościele „noszącymi znak Jezusa”[xxiii], społecznością słabą, wciąż kruchą, co wcale nie znaczy, że kończącą się?[xxiv]

Jeżeli nie zdecydujemy się przeżywać do końca śmierci, do których jesteśmy doprowadzeni, jeśli nie uda nam się poczuć ich „smaku”, nie będziemy potrafili pozwolić, by powstało z nich życie. To zaproszenie, by skupić się wokół tego, co najistotniejsze, zaproszenie do nowego ukształtowania relacji między nami, wspierania się pomiędzy kongregacjami, pozostawienia miejsca dla świeckich, nauczenia się wzajemności i współdziałania.

Czy potrafimy wyobrazić sobie Kongregację (zaczynamy już obserwować cenne tego przykłady), która porzuca wszelki niepokój o swą przyszłość i wyłącznie Panu Bogu pozostawia troskę o cenny klejnot swego charyzmatu? Nie dlatego, by przestać się nim interesować i proponować go innym, lecz powodowani chęcią poszukiwania Królestwa, a nie zapewnienia sobie za wszelką cenę przetrwania. Czy potrafimy marzyć, spożytkowując energię, jaką takie zawierzenie przyniosłoby, i przyjmując nowość, w wyniku której przestalibyśmy obwiniać się i zadręczać upadkiem i przemijaniem? Bowiem dopiero wówczas te ostatnie ukazałyby swe jasne oblicze i objawiły się nie jako nieszczęście czy dramat, lecz jako szansa, jednocześnie bolesna i obfitująca w możliwości, by zaufać mądrości Ewangelii, która mówi o utracie i pozostawieniu[k].

Czy dziś nie znaleźliśmy się może w najlepszej sytuacji, aby przeżyć to w pełni? Bezpośrednią reakcją byłoby, abyśmy w miejscach, w których doświadczamy zestarzenia życia zakonnego, pomogli sobie nawzajem poszerzyć horyzonty naszego spojrzenia i umysłu i uradowali się faktem, że inne kongregacje, w innych krajach, przeżywają chwile wzrostu i rozwoju. To „pomocnicze pocieszenie”, ten gest bezinteresowności i szlachetności z pewnością wpisałby się w najlepszą tradycję naszych założycieli i mógł stanowić jeden z tych znaków nowości, których wypatrujemy, a który polega na tym, by porzucić wąski zasięg naszych celów i pozwolić, aby nasze serce zaczęło bić rytmem Kościoła powszechnego!

Trudno jest reagować, wychodząc od tej wiary? Z pewnością. Ale czy, kiedy decydowaliśmy się, by radykalnie pójść za Jezusem Chrystusem, zapewniano nas, że czeka nas łatwa przyszłość?

Dochodzimy wreszcie do gospody. I to miejsce także nacechowane jest opieką, ale teraz wszystko odbywa się wewnątrz budynku, w jego murach (my od razu pomyślimy o instytucji).

Jak sprawić, by budowle, które stworzyliśmy, stały się „gospodami” służącymi życiu, miejscami, gdzie będziemy czuli się chętnie przyjmowanymi, miejscami, które dadzą poczucie bezpieczeństwa i stałości i pozwolą nam zebrać siły, by wrócić na naszą drogę? Jak nie zapomnieć, że ich racją bytu jest tworzenie, rodzenie (kolejny „kobiecy” czasownik) „spajających przynależności” i budowanie możliwości i miejsc spotkania? Jak zachować pamięć tego, z jakiego powodu się zrodziły, kiedy w twórczym zamyśle ich założycieli przybierały formę elastyczną, ukształtowaną z wyobraźnią, by nie pozostały zaczepione w stałych punktach, lecz były otwarte na zmieniające się marzenia?[xxv]

Wewnątrz gospody, i nieważne, czy jesteśmy „w pierwszym rzędzie”, czy tylko robimy sandały po to, by inni mogli wyjść na spotkanie tym, którzy nas potrzebują, czy też tłoczymy oliwki lub zgniatamy winogrona, by było co wylać na ich rany. Niektórzy będą musieli zająć się denuncjowaniem bandytów, którzy napadają na słabszych, tworzeniem „samarytańskich siatek informacji”, które budziłyby sumienia, protestowały, kontaktowały się z innymi „towarzyszami w dysydencji”, którzy na całym świecie walczą z fatalizmem ekonomicznym, obmyślają modele ekonomii solidarnej i wykorzystują wszelki swój potencjał i środki, by stworzyć taki porządek ludzki, w którym możliwe byłoby współistnienie wszystkich[xxvi]. Inni poczują potrzebę poświęcenia się opiece nad tą „na pół umarłą” planetą i obrony jej przed łupieżcami. Inni jeszcze poświęcą swój czas i uwagę młodym i tym, którzy szukając sensu, pukają do naszych drzwi. I podczas gdy jedni poczują wezwanie do dialogu z innymi religiami, drudzy będą głosić imię Jezusa.

Misją naszej gospody jest nie tylko zachowanie w pamięci naszej spuścizny i wzmocnienie naszych więzów, ale przede wszystkim sprawienie, by odezwała się w nas pełnym głosem sprawa człowieczeństwa jako sprawa Boga, i doprowadzenie do tego, byśmy poczuli się jednym, połączonym ciałem, w służbie rannemu światu.

6. Wzięci za rękę przez Uczonego

Gdyby Uczony wziął nas za rękę, co powiedziałby i dokąd nas zaprowadził?

Być może umówiłby się z nami w swym gabinecie, siedząc przy biurku, zapełnionym zwojami rękopisów i komentarzy do Tory, i opowiedział, jak to przyzwyczaił się od dziecka wiernie przestrzegać Prawa i nie naruszać świadomie żadnego z jego przepisów. Jego stałą troską było to, by dowiedzieć się, jak osiągnąć życie „wieczne”, czyli „prawdziwe”, ponad granicami czasu, kruchości i ułomności relacji, życie głębokie, pełne, obfite… Aby je odnaleźć, poświęcił swoje lata na czytanie i studiowanie i dlatego spotykał się z innymi uczonymi, by z nimi dyskutować, a potem spisywał swe odkrycia na pergaminie, który zazdrośnie przechowywał.

Mistrz wiedzy, wpływowy i cieszący się prestiżem, najlepsze lata swej młodości spędził wertując Pismo, ale nauka, jaką zeń wyciągnął, okazała się dla niego zbyt wielkim ciężarem, przytłaczającym go i unieruchamiającym w sieci utkanej z nici skomplikowanych argumentacji i subtelnych wywodów.

Słyszał już o Galilejczyku, który podróżuje w towarzystwie grupy uczniów i pozostawia za sobą ślad radości i wolności. Postanowił zwrócić się do Niego – może istnieje jakiś fragment Tory, którego on nie zna, ale który komentują uczeni w jakiejś synagodze w Galilei i tam właśnie znajdzie odpowiedź na nurtujące go pytanie o prawdziwe życie. Z mieszaniną ciekawości i arogancji („Czyż może być co dobrego z Nazaretu?”) zadał Mu swe pytanie i z rozczarowaniem stwierdził, że Jezus odesłał go do znanej mu już odpowiedzi z prawa. Zacytował tekst Shema znudzonym tonem kogoś, kto powtarzał go już tysiąc razy i zna na pamięć: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem,…a bliźniego swego jak siebie samego”. Ale, zirytowany prostotą obrazu, który przedstawił, postanowił wystawić na próbę wiedzę Galilejczyka i zapytał: „A kto jest moim bliźnim?”

„I wówczas nastąpił wstrząs”, wyznał. Zamiast nadal poruszać się po znajomych mi tekstach przepisów, ten dziwny nauczyciel zaczął opowiadać mi zaskakującą historię, która nie miała nic wspólnego z tym, czego się nauczyłem. W opowieści tej wszystko było odwrotnie: postaci, które ja szanowałem i podziwiałem, kapłan i lewita, zostały zdeprecjonowane; imię Boże nie padło w żadnym momencie, a jedyna, daleka aluzja do Jego Prawa (zakaz dotykania trupa) została jawnie złamana. Jednak przede wszystkim zakończenie historii wydało mi się zdecydowanie nie do przyjęcia – jako wzór zachowania, od którego miałem uczyć się postawy bliźniego, zaproponował mi samarytańskiego heretyka i schizmatyka.

Chciałem uciec, ale ręka owego nieznajomego przytrzymała moją i wyciągnęła mnie na zewnątrz, na rozdroże, gdzie znajduję się obecnie. Zachęca mnie, bym pozostawił w tyle drogi, którymi już chodziłem, i udał się tą, której wcale nie znam i która kryje wiele niespodzianek. Nie żąda ode mnie, bym wyrzekł się otrzymanej spuścizny, ale bym uwierzył, wychodząc od niej, w coś nowego, dotąd nieznanego.

Moja dawna wiedza i poczucie bezpieczeństwa wydają mi się teraz bezużyteczne i mam zamęt w głowie. Martwię się, ponieważ, chcąc nie chcąc, porównuję postać Samarytanina z kapłanem i lewitą, symbolami postawy, którą przez lata żywiłem swe przekonania, i ze zdziwieniem zdaję sobie sprawę, że zaczynają oni zmieniać w moich oczach znaczenie – ich życie wydaje mi się przestarzałe i jałowe, wypowiadają się martwym językiem, który nic już nie mówi, dostrzegam w nich ofiary obumarłych i zimnych obyczajów, jako pasujących do zewnętrznych osądów i konwencjonalizmów, handlujących pustą mową, ateistycznych zawodowców od dyskursu o Bogu. Zrozumiałem, dlaczego w opowieści Jezusa minęli człowieka na pół umarłego: ich serca były obumarłe i nieczułe, niezdolne do reakcji na nieoczekiwane i wyzwolenia się z mechanizmów przyzwyczajenia i rutyny. Znali na pamięć jak ja przykazanie o miłości bliźniego, ale ich umysł nie był połączony z sercem i uciekli od prawdziwego bliźniego, który swą konkretnością rzucił im wyzwanie[l].

Stopniowo rośnie we mnie przeczucie, że życie, którego szukam, nie jest związane z prawem, świątyniami, rytami, budowlami czy obyczajami, lecz z tym słowem Jezusa, w które włożył całą moc swego opowiadania – współczuciem. Imperatyw, z którym się do mnie zwrócił, „i ty czyń podobnie” ciąży na mnie i miotam się między powrotem do znanego mi świata pewności zaczerpniętych z ksiąg a nawiązaniem kontaktu z ludźmi z krwi i kości i odkryciem, że dopiero wśród ludzi najbardziej poniżonych można nauczyć się życia wiecznego”.

Gdybyśmy tak mieli odwagę rozpoznać się, niczym w lustrze, w postaci Uczonego? Gdyby jego słowa dały imię naszemu przyzwyczajeniu do szukania schronienia w jałowym świecie teorii, w spełnianiu kategorycznych deklaracji, w spokoju życia uporządkowanego, posłusznego i zobojętniałego, w ochronie niezmiennych rytmów i czasem nawet niewidocznych murów, z dala od hałasu życia, przepływającego gdzieś poza nami, z dala od łez, krzyków, śmiechu i nadziei tych, którzy żyją i umierają na peryferiach naszego świata?

Jak uniknąć tego, by przygoda, którą podjęliśmy kiedyś, z pełnej pasji miłości do Pana i jego Królestwa, nie przerodziła się w letnie umiarkowanie i nudne wypełnianie przepisów i powinności[m]?

Naszą frustrację budzi to, że nie utrafiliśmy z poszukiwaniem życia pełnego i obfitego, w które to poszukiwanie zaangażowaliśmy nasze życie – czujemy się zmęczeni słowami bez znaczenia i pragniemy zobaczyć, dotknąć i poczuć. Dość już mamy deklaracji, dokumentów i teorii o specyficznej naturze naszej tożsamości, kiedy tym, co najważniejsze, nie jest to, co głosimy, lecz to, co przeżywamy. Czy nie tracimy czasem naszej energii na zachowanie i utrzymanie pewnej postaci życia zakonnego i jego historycznych form, które przecież powstały jako podległe krytyce i tymczasowe[xxvii]? Czy nie nadszedł już czas, by przestać powtarzać to, co robiliśmy wcześniej, i otworzyć się na to, co przed nami, na nowość, którą tworzy Duch?

Prawdopodobnie potrzebujemy kilku rad Uczonego:

– Porzućcie świat wirtualnej rzeczywistości, tak jak ja strzepuję pył z moich sznurowadeł; wyłączcie, chociaż na chwilę, komputery, w których zazdrośnie trzymacie schematy, regulaminy, projekty społeczne lub plany duszpasterskie, i wyjdźcie na ulice i place, posłuchajcie hałasu prawdziwych ludzi, rozszerzcie swoją płaszczyznę kontaktu z nimi. Nie unikajcie dróg niebezpiecznych, ponieważ nowe wyłania się zawsze poza miejscami bezpiecznymi, chronionymi i konwencjonalnymi.

– Otwórzcie się na duchowość gwałtownej pogody i znieście trudy, nie stając w defensywie, podejmijcie ryzyko oduczenia się wielu dawnych praktyk i powróćcie do cichej praktyki miłości konkretnej, ponieważ to ona, a nie jej monotonne obwieszczanie, przyda nowego blasku waszemu życiu. Wykażcie więcej zainteresowania odkrywaniem potrzeb niż przechowywaniem narzędzi, wyszukiwaniem odpowiedzi niż powtarzaniem gotowych formuł, przynieście ze sobą do domu podstawowe kwestie, które ludzie noszą w swoim wnętrzu: życia, śmierci, miłości, prawdy, pokoju, przyszłości ziemi. Nie trudźcie się udzielaniem odpowiedzi z góry przygotowanych, gdyż ich czas już przeminął, nie dajcie się sparaliżować zniechęceniu: „właśnie dlatego, że sprawy tak bardzo się skomplikowały, wolno mieć nadzieję”[xxviii].

– Nie narzekajcie na niedostateczność waszych wysiłków, by „przemienić” wasze życie – mnie także samemu nie udało się osiągnąć życia, którego szukałem. Nie martwcie się, jeśli brakuje wam znaczących słów, by określić waszą tożsamość – Samarytanin nie musiał wypowiadać słów, by zbliżyć się do rannego i zaopiekować się nim. Po prostu to uczynił.

– Nie próbujcie uciekać, kiedy życie stawia przed wami sytuacje destabilizacji, kryzysu, rozdarcia i przełomu, a teologiczne przywileje, które was wspierały, zostają zawieszone, ponieważ dopiero, gdy przestaniecie określać siebie poprzez porównanie z innymi, wyłoni się najbardziej autentyczna cząstka was samych.

– Życie, które przyjęliście, nie jest modelem etycznym ani też budującą opowieścią, lecz przygodą, pasją, ryzykiem, drogą, którą należy kroczyć, mając oczy i uszy otwarte, i na której jedynym kompasem prowadzącym do celu jest miłosierdzie i czułość.

Pozwólcie, by imperatyw: „Idź, i ty czyń podobnie” wstrząsnął wami tak, jak wstrząsnął mną. Otworem stoją przed wami wielkie drogi adoracji i współczucia, które prowadzą do „życia wiecznego” . Błogosławieni będziecie, jeśli zdecydujecie się nimi kroczyć.

Wzięci za rękę przez Pierwszego Garncarza

Jak w kapitelu z nazaretańskiego kościoła, Ktoś bierze nas dziś za rękę, by pomóc nam kroczyć Jego drogą, uczynić z nas swych uczniów i uczennice, z pasją miłujących Jego samego i Jego świat.

Przybywa do nas wraz z wodą wytryskającą ku życiu wiecznemu i chce skierować nas ku tej czci, której pragnie od nas Ojciec, aby całe nasze życie objęte zostało Jego miłością, a pierwszeństwo Królestwa zepchnęło wszystko inne na dalszy plan.

Zbliża się do każdego z nas, by uleczyć nasze rany i zdjąć z nas ograniczenia, zaprasza, byśmy udali się wraz z Nim do miejsc, gdzie życie znalazło się w niebezpieczeństwie, i byśmy zawierzyli tajemnej sile współczucia i upartej nadziei. To przecież On, który w ziarnie zakopanym w ziemi widzi już kłos i słyszy płacz dziecka, gdy kobieta jeszcze krzyczy w bólu rodzenia (J 16,21), objawia nam możliwości życia kryjące się tam, gdzie – wydawałoby się – śmierć powiedziała już ostatnie słowo.

On jest Dawcą wody żywej, Samarytaninem, który leczy nasze rany, Zwycięzcą śmierci, Garncarzem nowego stworzenia.

Błogosławieni będziemy, jeśli pozwolimy się przyciągnąć i poprowadzić właśnie Jemu.

Tłum.: o. Kazimierz M. Lorek, CRSP

PRZYPISY:


[a] W tekście czytelnik odnajdzie dwa rodzaje przypisów: oznaczone liczbowo, objaśnione na końcu tekstu, podające źródła cytatów i inne odniesienia, oraz oznaczone literowo, u dołu każdej strony, proponujące sugestie, propozycje do refleksji osobistej i dialogu w ramach wspólnoty.

[b] Możemy przypomnieć sobie „studnie”, przy których doświadczyliśmy głębokiego spotkania z Panem i otrzymaliśmy od Niego „wodę żywą”, poczuliśmy pragnienie, oraz „punkty przełomu” nasze i innych ludzi, upatrując w nich okazji działania łaski.

[c] Obie ikony ukazują nasze śluby w nowym świetle: wytryskującej żywej wody, która relatywizuje wszelkie inne pragnienie, współczucia wobec osób zranionych, spotkanych po drodze, które żąda, by poświęcić wszystkie siły służeniu im; odsunięcia się, które proponuje alternatywne sposoby istnienia w świecie zdominowanym przez potrzebę posiadania, przez nieład uczuciowy czy żądzę władzy.

[d] Posługując się językiem św. Jana od Krzyża, uznajmy „drobne rzeczy, które rozpraszają naszą wolę” (Droga na Górę Karmel, Księga I, Rozdział 10,1) czy też „cienką nitkę, na której uwiązany jest ptak”  (Droga na Górę Karmel, Księga I, Rozdział 11,4) oraz nasze doświadczenie Boga, który „nie pozwala, aby z Nim przebywała jakaś rzecz inna” (Droga na Górę Karmel, Księga I, Rozdział 5,8), nazywając po imieniu tysiące żmudnych zajęć, które nas rozpraszają, pośpiech, który nas znieczula, czynione po kryjomu zakupy, którymi się cieszymy, drobne zabezpieczenia, które nas uspokajają. Jednak, ponieważ nie zawsze będziemy poważni i transcendentni, możemy też przypomnieć bajkę o „siedmiu koziołkach” znaną z dzieciństwa, w której, kiedy wilk pukał do drzwi, mówiąc: „Otwórzcie dzieci, to ja, wasza mama”, koziołki odpowiadały: „Pokaż łapkę…”  A chytry wilk posypywał łapę mąką, by je oszukać. Morał, jaki powinniśmy stąd wyciągnąć, polega na tym, by być czujnymi i uważnymi, ponieważ owi „pretendenci do ręki” nieustannie nas uwodzą, pukając do naszych drzwi i musimy sobie nawzajem pomagać, by demaskować ich sztuczki i przebrania.

[e] Zachęcajmy się wzajemnie do wybierania drobnych dzieł zamiast wzniosłych planów, a jeśli ktoś oskarży nas, że w ten sposób pomniejszamy nasze ideały, na podorędziu miejmy jako właściwą ripostę zdanie, które wypowiedział papież Jan XXIII, i podeprzyjmy się przekonaniem, które przenika ten tekst: „Tkankę nadziei buduje się z materiałów tworzonych z cierpienia ofiar i ma ona zasięg uniwersalny, ponieważ skoro one mogły i potrafiły żywić nadzieję, możemy to czynić wszyscy. Prawdopodobnie nasze konkretne działanie nie położy kresu ubóstwu, nie wyrwie ludzi ze spirali przemocy, nie uczłowieczy środków produkcji i zmian…, ale być może miało zdolność wyzwolenia radości do działania. Praca nad rzeczywistością i zmienianie jej, nawet tylko odrobinę, to jedyny sposób, by dowieść, że rzeczywistość można przekształcać” (Garcia Roca, Joaquin-Rovira Ortiz, Aranival Said, Paisaje después de la catástrofe. Códigos de la esperanza, Santander 2003, s.146, wolny przekład).

[f] „Istnieje ferment świętości, który potajemnie podtrzymuje świat”, stwierdza Levinas, przywołując hebrajską tradycję 36 ukrytych sprawiedliwych, dzięki którym świat istnieje (Sukkà 45b). „Jak gdyby pokora i dobroć niektórych mogły jeszcze, nieoczekiwanie, przeciwstawić się brutalnej i egoistycznej pysze tych, którzy składają swój podpis na księgach rachunkowych istnienia. Jakby z nich i tylko z nich właśnie płynęło owo ożywiające i słodkie tchnienie, które powraca siły, by „wybierać życie” (Pwt 30,20), kiedy zło zacieśnia uścisk”(Chalier, Catherine, Levinas. La utopia de lo humano, Madryt 1995, str. 88 i 123 – wolny przekład).

Możemy przywołać doświadczenia, w których poznaliśmy siłę „wprawienia w drganie tajemnej nici, która łączy nas z dobrem” (tamże 121) w geście zalewania z czułością oliwą i winem ran naszych braci.

[g] Przypomnijmy kilka naszych postanowień kapitularnych na temat Preferencyjnego Wyboru na rzecz Ubogich (przyzwyczailiśmy się pisać to z wielkiej litery) i postarajmy się przekształcić tę niezwykłą decyzję w rzeczy drobne, małe i proste, aby słowa przemieniły się w czyny, nawet tylko skromne. Puśćmy je w obieg w naszym „wspólnotowym ciele”: poprzez nasze oczy (rzeczy, które czytamy, źródła informacji, z których korzystamy, osoby, które zwracają naszą uwagę, programy telewizyjne, które wybieramy…); poprzez nasze uszy (jakie poglądy, opinie i sądy mają największy wpływ na nas, z jakich środowisk społecznych pochodzą, o jakich doświadczeniach mówią…); nasze nogi (jakie miejsca odwiedzamy, z jakimi ludźmi się spotykamy, gdzie się zatrzymujemy, skąd uciekamy…); nasze ręce (dla kogo pracujemy, komu służymy, z jakimi sytuacjami wchodzimy w kontakt…); nasze serce (ku komu się kieruje, z czyjego powodu się wzrusza, do jakich spraw się zapala…). I na koniec drogi, zamiast pogrążać się w gnębiącym poczuciu winy, spróbujmy wspólnie odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób na mapie naszego życia mamy stać się poszukiwaczami dróg, wyjść poza mury, które są naszym schronieniem, i udać się na rozdroże, być w zasięgu tych ludzi, których odrzucenie na margines uczyniło nieokreślonymi, społecznie niemymi i uważanymi za nic niewartych, i rozpoznać te miejsca jako najlepsze miejsca komunii ze Współczującym  i „mieć z Nim udział”  (por. J 13,8).

[h] W geście zalewania ran uczynionym przez Samarytanina pojawia się „znak” obyczajów i poleceń samego Jezusa: wylewać (Łk 22,20); wydawać ( 22,19); tracić (5,37; 9,24); sprzedać (12,33; 18,22); dać, rozdać (12,33; 18,22; 19,8 ); wrzucić (21,3); opuścić (18,29); łamać i podawać (9,16; 22,19); stracić (9,24); nie gromadzić (12,21)… Możemy przyjąć przeciwkulturowy ładunek, jaki niosą te czasowniki, i pozwolić, by wykonały swe dzieło ukształtowania postawy, której żąda Ewangelia.

[i] Wyobraźmy sobie życie wspólnoty, w której każdy stara się wcielić w życie tę „troskę” i w której wszyscy udzielimy sobie nawzajem pozwolenia na takie zachowanie i doświadczenia w codziennym współżyciu, że pierwszą rzeczą, na której każdemu zależy, nie jest to, co robi, ani też, czy robi to dobrze, czy źle, lecz jego historia, to, co czuje, to, czego szuka, to, co jest w nim źródłem życia wewnętrznego. Po chwili modlitwy miejmy odwagę wyrazić to, czego nauczyliśmy się jedni od drugich we wspólnocie i podziękujmy sobie za to z całego serca. Przyzwyczailiśmy się z dziwną łatwością, że w każdej chwili gotowe mamy „listy wyrzutów”, tymczasem zadziwić nas może terapeutyczny skutek spojrzenia na innych najpierw z perspektywy podziękowania i podziwu, i umiejętności wyrażenia tych uczuć.

[j] Uznajmy to, co może być w nas z „emocjonalnych heretyków”, i nazwijmy po imieniu nasze przywiązanie do przeszłości i obawę przez jej utratą, które sprawiają, że żyjemy „w defensywie”. Spróbujmy spojrzeć na nową sytuację jak na ów wyłom w murze, poprzez który zbliża się Pan, by nas „ufundować na nowo” i pilnujmy się nawzajem, by „język nam przysechł do podniebienia”, kiedy będziemy rozmawiać o przeszłości, określając ją jako pełną chwały, o trudnej teraźniejszości i dramatycznej przyszłości. Pamiętajmy, że „twórcze momenty w historii życia zakonnego nie następowały bez głębokich przełomów. Może to właśnie jest jeden z tych krytycznych momentów w historii, w których życie zakonne może być w całości od-tworzone” (por. Palacio,Carlos, „El sacrifìcio de Isaac como parábola de la Vida Religiosa”: CLAR 3, marzec 1993, s.19-20).

[k] Thomas Merton opowiada taką oto anegdotę: „Trungpa Rimpoche, tybetański lama, musiał uciekać do Indii. Towarzyszył mu mnich, który prowadził karawanę 25 jaków objuczonych wszelkimi prowiantami. Lama zwrócił się do niego: „Nie będziemy mogli zabrać ze sobą tych jaków – będziemy przeprawiać się przez rzekę i nie możemy mieć zbyt wielu ciężarów”. Mnich odpowiedział: „Musimy je zabrać, musimy coś jeść”. Ruszyli w drogę, a kiedy chińscy komuniści zobaczyli karawanę jaków, zatrzymali ich. Lamy jednak już z nimi nie było – poszedł przodem, rzucił się do rzeki i uciekł”. (Diario de Asia, Madryt 2000, s. 300).

Moglibyśmy przeprowadzić w ramach wspólnoty grę polegającą na odgrywaniu ról, w której jedna grupa odgrywałaby rolę „lamy”, a druga „mnicha”, stopniowo nadając konkretne imiona argumentom „musimy zatrzymać…” nasze „karawany jaków” oraz gestom, które pozwoliłyby nam swobodnie odpłynąć.

[l] W Vita Consecrata pojawiają się wyrażenia, takie, jak znak, świadek, świadectwo i wzrok oraz czasowniki, jak wyrażać, czynić widocznym, czynić rozpoznawalnym, ukazywać… Jan Paweł II zachęca życie zakonne do głoszenia z elokwencją swej chwały i piękna, bowiem jest ono „odbiciem piękna Bożego” w świecie zniekształconym, ale wciąż niezmiernie wyczulonym na język znaków i symboli. Spróbujmy zastanowić się, czy plany formacji początkowej naszej Kongregacji skierowane są na to, by dać nam „wzrok samarytański” (akcent na umiejętność przyjęcia nieoczekiwanego, wzruszenia się i wejścia w relację, przeżywania wartościowych i bliskich kontaktów…), czy też na „wzrok lewicki” (nacisk na zewnętrzne oznaki odrębności, ochrony, dystansu i obserwacji…).

[m] W jednej z opowieści ojców z pustyni pewien uczeń mówi do przełożonego Józefa: – Ojcze, trochę poszczę. Modlę się i medytuję; staram się żyć w pokoju w sprawach, które zależą ode mnie; staram się oczyszczać swe myśli. Co jeszcze mogę zrobić? Józef podniósł się, wyciągnął ręce ku niebu. Jego palce zapaliły się niczym dziesięć płomieni i powiedział: Jeśli chcesz, cały możesz stać się ogniem. Przywołajmy doświadczenia z naszego życia, w których miłość do Pana i Jego Królestwa uczyniła nasze istnienie „płonącym” i wyrwała nas z letniości drobnych trosk i zmartwień, i zastanówmy się wspólnie nad tym, jak „podsycać” ten sposób życia…


[i] Kontrast między tymi dwiema postaciami wyraża się także poprzez ich głowy – postać prowadząca jest wyższa, nosi królewską koronę, potwierdzającą jej zwierzchność, natomiast postać prowadzona otoczona jest aureolą świętego właśnie dlatego, że jest poddana Wierze i podąża za nią. Jednak w porównaniu z wyprostowaną i odważną postawą postaci prowadzącej, druga wydaje się skulona w sobie, stawiająca opór.

Wokół tych dwóch postaci znajdują się też inne, które niczym zaczajeni wrogowie kierują swoje łuki na postaci centralne. Ich demoniczny wygląd wyraża pokusy, na jakie narażeni są zarówno Wiara, jak i postać podążająca za nią. Mimo że postaci te umieszczone są z boku, ich zachowanie, czujne, sprężone do ataku, przypomina, że droga podążającego za Wiarą pozostaje w dynamicznej sprzeczności z otaczającą rzeczywistością.

[ii] „Mężczyzna przysparza sobie tym więcej zła, im więcej czasu spędza rozmawiając z kobietą, oddala się od słowa Prawa, a jego przeznaczeniem będzie zrzucenie do gehenny” (por. Abot 15: wolny przekład).

[iii] Vita Consecrata, 14.

[iv] Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód (Rdz 1,2). Gdy Pan Bóg uczynił ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła – bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię, i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię (Rdz 2,4b).

[v] Por. Vignolo, Roberto, Personaggi del Quarto Vangelo. Figure della fede in San Giovanni, Mediolan 1994, s. 161.

[vi] Por. Lee, Dorothy, Flesh and glory. Symbolism, Gender and Theology in the Gospel of John, NY *97, 2002, ss. 71-87.

[vii] Nolland, Jon, Word Biblical Commentar Vol 35,B, Luke 9,21-18:34, Dallas, Texas 1993, s. 586 i kolejne.

[viii] Por. Vignolo, Roberto, o.c. s. 138.

[ix] Czasownik splaxnizomai, „kierować się współczuciem”, zawsze jako podmiot ma Boga lub Jezusa (por. LXX: Wj 34,6; Oz 11,8; Jr, 31,20; NT: Łk 1,50.54.58.72.78; 7,13; 15,20…).

[x] Hebrajski rdzeń YS’ (ratować, zbawiać) wiąże się też ze znaczeniem „być przestronnym, szerokim” i może oznaczać „zabrać w przestronne miejsce”: gdy ktoś jest zmartwiony lub strapiony i odnajdzie wyjście, wyłom w murze, doświadcza zbawczego działania Boga: “Kiedy Cię wzywam, odpowiedz mi, Boże, co sprawiedliwość mi wymierzasz. Tyś mnie wydźwignął z utrapienia” (Ps 4,2). Uwaga tłumacza: Tekst włoski nie oddaje w pełni tekstu hiszpańskiego, w którym czytamy: Odpowiedz mi, kiedy Cię wzywam, Boże, moje zbawienie, któryś w utrapieniu dał mi szeroką przestrzeń.

[xi] 12 Por. Soon-Ja Park, „L’entretien avec la Samaritane”, Sémiotique et Bible, 96, ss. 26-55.

[xii] Pronzato, Alessandro, Las paràbolas de Jesùs II, Salamanca 2000, s. 38-89

[xiii] Por. Mateos, J. y Barreto, J., El Evangelio de Juan. Anàlisis linguistico y cementarlo exegético, Madryt 1979, ss.222-248.

[xiv] Soon-Ja Park, o.c. s. 37.

[xv] Por. Jaubert, Annie, „La symbolique du puits de Jacob” en: L ‚ homme devant Dieu, Mélanges ofertes au Pére Henri de Lubac I, Paryż 1963, s. 63 i kolejne.

[xvi] Por. Dolto, Francoise, L’Evangile au risque du psychanalyse, Tom I, Paryż 197, ss.37-57.

[xvii] Sformułowanie autorstwa Miguela Matosa SJ, w niepublikowanych notatkach na temat formacji.

[xviii] Por. Sobrino, Jon, Resurrección de la verdadera Iglesia. Los pobres, lugar teològico de la eclesiologia, Santander 1981, ss. 334-335.

[xix] Por. Miguel Matos SJ o.c.

[xx] Por. XIII Zgromadzenie generalne CLAR, 1997 (Lima, 12-21 czerwca 1997).

[xxi] Por. Duquoc, C., „El desplazamiento de la cuestión de la identidad de Dios a la de su localización”: Concilium 4, 1992, s.578.

[xxii] Por. Garcia, Jose Antonio- Aleixandre, Dolores, Seis imperativos, un aviso y un deseo. Releer el Cantar de los Cantares desde la Vida Religiosa, Madryt 2000, s.21.

[xxiii] Por. Uribarri, Gabino, Portar las marcas de Jesùs : teologia y espiritualidad de la vida consagrada, Madryt – Bilbao, 2001.

[xxiv] Guy, J.C., La Vie Religieuse, mémoire évangelique de l’Eglise, Paryż 1987, s.154.

[xxv] D. O’Murchu określa mianem „ślubu wzajemnego wspierania się” ów powrót do domu i do nas samych jako istot kosmicznych żyjących na tej planecie, które wszystko zawdzięczają stworzeniu, oraz twórcze przebywanie w domu, wraz ze wszystkimi istotami ludzkimi, z którymi dzielimy ziemię. („La Vida Religiosa: un llamado a la liminalidad”: Con-spirando, nr 31/00).

[xxvi] Por. Bellet, Maurice, Un trajet vers l’essentiel, Paryż, 2004, ss. 11-31.

[xxvii] Por. Arregi, José, „Ante el futuro de la Vida religiosa”: Lumen 50 (2001), ss. 201-213.

[xxviii] Por. Bellet, Maurice, Invitation. Plaidoyer pour la gratuite et l’abstinence, Paryż, 2004, s.81.