Baroffio B.G., Zakonnicy a muzyka

o. Bonifacio Giacomo Baroffio, OSB

ZAKONNICY A MUZYKA

Tłumaczenie: O. Kazimierz M. Lorek, B.

Zagadnienie, które będziemy rozważać podlega dwom rodzajom analizy: pierwsza – dotyczy przeszłości, druga – zwrócona jest w przyszłość, i rozpatruje jednocześnie obecną sytuację. Świat muzyki i działalność z nią związana w odniesieniu do Życia Konsekrowanego – tak w pustelniach jak i we wspólnocie – są kwestiami bardzo złożonymi i zasługują na analizę w perspektywie całej swej długiej tradycji. Dopiero po długim czasie wyrównały się pewne niespójności i dysonanse – nie tylko muzyczne – aż do osiągnięcia pewnych pozycji, które są odbiciem głębokiej harmonii oraz nieuniknionych napięć wewnętrznych ludzkiego serca.

Począwszy od duchowego doświadczenia właściwego każdemu powołaniu wewnątrz Kościoła, można wyróżnić pewną szczególną cechę jaką nadano muzyce w konkretnym kontekście rodziny zakonnej. W zwięzły i przykładny sposób możemy przypomnieć najbardziej znaczące tendencje, jakie pojawiły się na tle historii w niektórych Instytutach Życia Konsekrowanego.

Na temat pierwotnej tradycji monastycznej benedyktyńskiej i przedbenedyktyńskiej, wiadomo niezwykle mało, także dlatego, że najstarsze źródła jakie przekazują nam muzyczny dorobek notacją muzyczną sięgają wieku IX. Wielka tradycja rękopiśmienna rozpoczyna się w każdym razie dopiero w wieku XI i także wówczas, trzeba przypomnieć, muzyczny przekaz pisany stanowił wydarzenie wyjątkowe, które stopniowo się rozwijało, równolegle do przekazów ustnych danych melodii. Z drugiej strony, zasadne jest przypuszczenie, że już od wieków muzyka była częścią chrześcijańskiego życia, szczególnie w jego warstwie kulturowej, przy czym nie należy zapominać o spontanicznych lub wyszukanych formach jej ekspresji, które od wieków tworzy każda z kultur, aby wyrażać to, czego zwykle słowa nie są w stanie wyrazić.

I tak, św. Benedykt zakłada istnienie określonego poziomu kultury oraz wrażliwość muzyczną u chórzystów tak, by mogli oni swym śpiewem wpływać na podbudowywanie wspólnoty. Na temat muzyki, św. Benedykt nie przytacza żadnych danych technicznych, jednak jest oczywiste, że zakłada on istnienie liturgii w większości śpiewanej, zarówno w odniesieniu do psalmodii, jak i hymnów. Jeśli chodzi o te ostatnie, znaczące jest ich wprowadzenie do nabożeństw monastycznych, jako że liturgia rzymska przejęła je dopiero pod koniec wieku XII.

Centralne miejsce liturgii w przebiegu dnia zakonnego oraz znaczenie śpiewu w nabożeństwach, miały wpływ na szczególną uwagę, jaką zakon benedyktyński przywiązywał do muzyki.

Zainteresowanie muzyką skupia się na dwóch głównych kwestiach:

  1. Tworzenie i/lub stałe doskonalenie repertuaru liturgicznego poprzez kompozycję nowych utworów bądź przejmowanie pieśni skomponowanych przez innych. Jeśli już o tym mowa, interesujący jest przebieg opracowywania oraz poszerzania nabożeństw, skomponowanych początkowo na potrzeby liturgii kościołów sekularnych. Dotyczyło to znacznej ilości nabożeństw – jak na przykład tych, które rozpowszechniał św. Mikołaj z Miry/Bari – musiały one być łączone ze względu na większą ilość antyfon oraz responsoriów podczas nocnych godzin jutrzni.
  2. Dydaktyka mająca na celu ułatwienie nauki muzyki zmierzająca do zachowania tradycji ustnej żywej i wiernej własnym wzorcom. Na tym polu działania można odnotować, na przykład, rozwój teorii muzycznej oraz wypracowanie nowych systemów pedagogicznych, których wielkim przedstawicielem był kameduła Guido d’Arezzo. Jak wielce pożyteczna była praca zakonników i jak daleki wpływ wywarła na historię muzyki, widać na przykładzie zapisu muzycznego wynalezionego (czy może jedynie opracowanego) przez mnicha Guido. Począwszy od niego, muzyka świata zachodniego zaczyna być zapisywana za pomocą układu kolorowych linii, z czego następnie powstanie aktualny (i czasem już dziś przestarzały) system muzycznej pięciolinii.

Żywotność muzycznego doświadczenia monastycznego przejawia się poprzez wieki w określonych działach. I tak, od wieku X do XII, zakony całej łacińskiej Europy wyróżniają się pod względem twórczości, która umocniła się głównie w dziedzinie tropów oraz sekwencji. Repertuary muzyczne są zwykle anonimowe; jednakże wybijają się pewne wyjątkowe osobowości – od benedyktynki Hildegardy z Bingen (+1179) po augustiankę Herradę z Hohennburga (+1195) i bernardyna Adriano Banchieri (+1634) – którzy prowadzą aktywną działalność muzyczną, zarówno w dziedzinie liturgii, jak i na poziomie społecznym, przede wszystkim w formie pracy pedagogicznej, jak i w formie rozrywki.

W zeszłym stuleciu głównie Benedyktyni ze Zgromadzenia Solesmes przyczynili się do odrodzenia śpiewu agregoriańskiego, zarówno dzięki systematycznym analizom repertuaru i najstarszych źródeł, jak i dzięki przykładom nabożeństw odprawianych w całości po gregoriańsku. Mówiąc o świecie monastycznym należałoby wspomnieć o innych szczególnych doświadczeniach, które odebrały zjawisko muzyki z różną wrażliwością, i w konsekwencji, z różnym zaangażowaniem na poziomie zastosowania. Przykładowo pustelnicy z Monte Corona, w imię surowości i prostoty swego samotnego życia, wyeliminowali ze swej liturgii śpiew gregoriański. Odwrotnie Cystersi – zachowali tradycyjny śpiew’, lecz poddali go systematycznym przeróbkom w celach praktycznych, uproszczenia melodii i udostępnienia ich w ten sposób jak największej liczbie zakonników. Niestety, nie wszystkie zasady metodologiczne stosowane w owych reformach – jakie sięgają do samego św. Bernarda i jakie następnie przeprowadziło kilku jego uczniów – są także zasadami natury muzycznej. Częstokroć przeważa dbałość o dostosowanie interwencji redakcyjnych do podstaw biblijnych, co nadało nową fizjonomię cysterskiej wersji śpiewu gregoriańskiego. Tak czy inaczej, zjawisko to jest istotne ze względu na szeroki jego zasięg – mniej lub bardziej w powiązaniu z reformą białych mnichów – ponieważ są to odmienne opracowania muzycznego dziedzictwa, na przykład przeprowadzone przez Dominikanów czy Norbertanów.

Wśród nowych zakonów żebraczych, jakie pojawiły się na scenie społecznej i kulturalnej XIII wieku, Bracia Mniejsi Franciszkanie są najaktywniejszymi, w porównaniu z innymi, popularyzatorami muzyki. Szczególnie należy tu wspomnieć o dwóch aspektach tradycji franciszkańskiej. Franciszkanie stworzyli strukturę swej liturgii biorąc za podstawę księgi rzymskie, które unowocześnili pod różnymi względami, dzięki pracy ich generalnego ministra Airnona z Faversham (+1243/44). Synowie św. Franciszka wniknęli głęboko w całą Europę mając na celu ewangeli­zację mas zarówno miejskich jak i wiejskich. Zjawisko to miało swe reperkusje dwojakiego rodzaju i wielkiej wagi w dziedzinie muzyki. Właśnie dzięki Francisz­kanom:

  1. umacnia się, już i tak praktycznie niepodważalna w świecie łacińskim, liturgia secundum consuetudinem Romanae Curiae;
  2. rozprzestrzenia się, jak plama oleju, w niektórych regionach Włoch nowy gatunek poetyczno-muzyczny – lauda, która odnosi ogólny sukces, przede wszystkim w powiązaniu z masowymi ruchami duchowymi, jakim był ruch biczowników oraz inne prądy związane z różnymi bractwami świeckimi.

Dalszy rozwój poszczególnych form muzycznych nastąpił w kolejnych stuleciach, jako przejaw postaw duszpasterskich na konkretne sytuacje społeczne i kościelne. Działalność katechetyczna św. Filipa Neri (+1595) oraz jego uczniów, oratorian, była inspiracją do kompozycji wielu laudi spirituali, zwanych filipinami, różnorakich przedstawień, oraz przede wszystkim, oratoriów, zarówno z tekstami łacińskimi, jak i w językach europejskich.

Innym bardzo aktywnym zakonem byli Jezuici. To prawda, że początkowo sam św. Ignacy wykluczył jakąkolwiek działalność muzyczną, której Konstytucje zabraniały nawet w liturgii, by nie odciągała ona zakonników od zajęć ściśle związanych z Towarzystwem Jezusowym. Jednakże, pomimo wyraźnych zakazów i nieistniejących ograniczeń, muzyka przedarła się przez mury, co znalazło swe odbicie, na przykład, w rozwoju konstrukcji organów oraz w dwóch specyficznych rodzajach działalności. Jezuitom należy zawdzięczać szczególny rozwój katechezy oraz misji poprzez redagowanie tekstów w językach poszczególnych krajów oraz rozpowszechnianie melodii pieśni „chóralnych”. Wielki sukces odniosły w Zakonie także przedstawienia teatralne, trwające od dwóch do siedmiu godzin. Jezuicki teatr muzyczny nie tylko zdobył uznanie w kolegiach i szkołach prowadzonych przez zakonników, lecz także na ziemiach misyjnych.

Pomiędzy wiekiem XVI a XVIII zaznacza się żywiołowa działalność muzyczna w klasztorach różnych zakonów, zarówno męskich, jak i żeńskich. Następuje rozpowszechnienie utworów różnego gatunku: od muzyki komponowanej dla potrzeb nabożeństw po muzykę wokalną i/lub instrumentalną natury rozrywkowej. Wśród licznych przykładów, jakie można by tu wspomnieć, najciekawszym jest twórczość siostry Urszulanki Isabelli Leonardi z Novary (wiek XVII), ostatnio odkryta na nowo i będąca obiektem zainteresowania współczesnych muzykologów.

W miarę zbliżania się do naszych czasów, muzyka w różnych ośrodkach Życia Konsekrowanego traci swój aspekt typowy dla pojedynczej rodziny zakonnej. Nie brak muzykologów, cenionych kompozytorów oraz wykonawców, jednak nie rozwija się jeden gatunek muzyki w oparciu o duszpasterską potrzebę specyficznej instytucji. Muzyka oraz style muzyczne, typu autorstwa św. Alfonsa Marii de’Liguori (+1787) czy Kardynała Giovanniego Cagliero (+1926) są doświadczeniami osobistymi nic nie mówiącymi o odnośnych praktykach muzycznych Redemptorystów czy Salezjanów.

W czasach współczesnych, w dziedzinie muzyki można zauważyć normalizację stylów oraz języków. Być może w wyniku nadużyć czy infiltracji w świat liturgii form świeckich bądź banalnych, muzyka związana z życiem zakonnym budzi coraz większe zakłopotanie i wątpliwości.

Można powiedzieć, że wrażliwość muzyczna odzwierciedla nie tyle charyzmat własnego powołania zakonnego, ile raczej kontekst społeczny, w jakim działa dany zakonnik. I tak, na przykład, abstrahując od kwestii ilości elementów, nie sposób znaleźć we Włoszech klasztor benedyktyński, który miałby w dzisiejszych czasach orkiestrę czy zespół złożony z zakonników, co natomiast w Niemczech jest rzeczą zupełnie normalną.

Dawniej – kiedy rekrutacja odbywała się głównie wśród dziewcząt i chłopców – w łonie klasztorów konieczne było zapewnienie wykształcenia muzycznego konsekrowanym w oparciu o wymogi wspólnoty oraz zgodnie z wrażliwością osób za to odpowiedzialnych. Dziś zróżnicowane pochodzenie kandydatów do życia zakonnego – w większości wstępują w nie już osoby dorosłe – odbija się na zwyczajach muzycznych większości instytucji. Częstokroć, między kandydatami nie brak osób, które uczyły się lub wykonywały muzykę na różnych poziomach, mowa szczególnie o grze na jakimś instrumencie, śpiewie lub o podstawowym wykształceniu instrumentalnym. Tak czy inaczej, są to doświadczenia okazjonalne, nie zaś solidne wykształcenie, odnoszące się do wszystkich kandydatów. Z drugiej strony byłoby to zbyt wiele wymagać by Instytuty zakonne zastąpiły w całości szkołę włoską oraz wypełniły jej braki, które dają się najbardziej odczuć w dziedzinie sztuki. W konsekwencji, obecność muzyki powinna być rozważana pod wieloma względami, które uwzględniałyby zarówno konkretne możliwości, jakimi dysponujemy, jak również różne dziedziny, w których można, bądź należałoby, rozwinąć pewne zaangażowanie muzyczne zakonników.

Mając na względzie takie tendencje, jakie pojawiły się w minionych epokach, jak i tendencje dzisiejsze, tematem naszych rozważań będą trzy dziedziny zakonnego życia muzycznego: kształcenie jednostki i całej wspólnoty, liturgię oraz duszpas­terstwo.

 

Kształcenie jednostki i całej wspólnoty

Niestety, Włochy zbliżają się wielkimi krokami do poziomu subkultury muzycznej najbardziej zacofanych społecznie państw świata. Nie ma to, dodam dla wyjaśnienia, nic wspólnego z wrodzoną muzykalnością – dziś zresztą niestety, zanikającą w szybkim tempie – naszej ludności. Jest to po prostu zgubnym wynikiem nierozsądnej polityki kulturalnej pod szyldem bylejakości. Świat muzyki jest jedną z tych dziedzin włoskiego życia, gdzie zakłada się, że sympatia jednych, zaś bezczelność innych zastąpi fachowość. A ta ostatnia, jak wiadomo od zawsze, wymaga trudu.

Jeśli chodzi o muzykę, warto zaznaczyć, iż niewiele jest dziedzin wymagających tak wiele czasu na kształcenie w porównaniu z czasem koniecznym do najskromniejszego wykształcenia sobie techniki, co poświadcza się dyplomem ukończenia konserwatorium. Zbyt wiele osób za samo pogwizdywanie czy brzdąkanie na jakimś instrumencie – in primis na biednej gitarze szarpanej w niegodny sposób przy wszelkich świętych i świeckich okazjach – uzyskuje owo uznanie zdolności technicznych.

W domach zakonnych powinno się przejść próg pewnego reduktywnego i błędnego sposobu widzenia muzyki, jakby chodziło o jakieś dziwne zjawisko, mało zaszczytne, oznakę braku powołania, które można ostatecznie tolerować z rezygnacją, lecz jednocześnie z pewną podejrzliwością. Dobrze by było chwilę zastanowić się nad podstawową funkcją muzyki, która – jak na razie – jest jednym z podstawowych języków ludzkiej istoty.

Poprzez muzykę można wyrazić te rzeczy, jakich żadne słowa nie potrafiłyby oddać. Ma to odniesienie przede wszystkim – lecz nie jedynie – do śpiewu: kiedy już się wzniesie, uwalnia z serca najbardziej głębokie i niezwykłe uczucia. Uprawianie muzyki nie jest luksusowym zbytkiem, a podstawową potrzebą, która jednakże może zostać gwałtem w osobie zagłuszona i unicestwiona. Warto również przypomnieć, jak niewiele przeżyć, na przykład tych autentycznie estetycznych, stanowi optymalną okazję utwierdzenia prawdziwej etyki.

Z pewnością, w praktyce muzycznej napotyka się wiele zagrożeń – począwszy od powierzchownego sentymentalizmu po niematerialny estetyzm, od zwykłego tracenia czasu po ucieczkę w fantazyjną nierealność. Nie przeliczono jeszcze nieodwracalnych szkód jakie niesie z sobą systematyczne eliminowanie muzyki w życiu jednostki, czy społeczeństwa. Wystarczy pomyśleć choćby o dwóch plagach, jakie dotknęły również życie zakonne, pomimo tylu pobożnych słów klepanych od rana do wieczora: mowa o przesadnym indywidualizmie oraz cynicznym braku wrażliwości. Nie tyle chodzi tu o wyolbrzymianie sytuacji; jednak dobrze byłoby dostrzec jasno całą rzeczywistość. Muzyki nie powinno się oczywiście idealizować, ani też uważać za cel sam w sobie, jakby była panaceum na wszelkie problemy. Nie można jednak też pozbyć się jej nie biorąc pod uwagę, jakie jest zaufanie, niezależnie od faktu, czy śpiewa się ładnie, czy się fałszuje.

Jedynie pewien zakorzeniony przesąd – każdy Włoch jest wystarczająco muzykalny i to wystarczy – stale sprowadza Włochów do poziomu muzycznych analfabetów: to wyjałowiona i ohydna pustynia, na której jednakże interesuje nas średnia ogólna, która dotyczy także wspólnot w całokształcie. Jest dla nas jasne, że każdy uczy się języka włoskiego, po to, by móc rozwijać i wypowiadać harmonijnie wszelkie swoje duchowe potrzeby i by w ten sposób stworzyć relację konstruktywne­go dialogu z Bogiem oraz z bliźnimi. Na razie co do tego nikt nie ma obiekcji, wręcz twierdzi się, iż konieczne jest posiadanie pewnego technicznego warsztatu, po to, by móc się swobodnie wyrazić. Z drugiej strony, mimo, że wszyscy uczymy się czytać i pisać, nikt nie żąda, byśmy wszyscy zostali poetami, mistrzami języka na poziomie twórczym, i tak szczególnie intensywnym i znaczącym, jak Leopardi czy Montale.

Zapamiętajmy tę sytuację, którą powyżej nakreśliłem i odnieśmy ją do muzyki. Nikt nie chce, aby każdy z osobna zakonnik został Mozartem, Perosim, czy choćby Toscaninim. Jednak nie sposób zawężać judzkiego życia zakonnego, zasłaniając mu horyzont muzycznego języka. Oznacza to konkretnie dwie rzeczy:

  1. Dać wszystkim rzeczywistą możliwość choćby minimum wykształcenia, tak, by każdy mógł upewnić się co do zdolności wyrażania, jakie odczuwa poprzez własny język muzyczny. Innymi słowy: jeśli mam zdolności – talent muzyczny – nie będące owocem posłuszeństwa, lecz darem dobrego Boga, jakim należy zarządzać z rozsądkiem dla dobra wszystkich, powinien w jakiejś formie uprawiać muzykę.
  2. Są ludzie, którzy nie są przeznaczeni, by stać się podmiotami muzycznymi, zarówno na poziomie kompozycyjnym, jak i wykonawczym. Jednak nie wyklucza to istnienia w nich głębokiej wrażliwości muzycznej oraz wynikającej z niej potrzeby duchowego rozwoju, także poprzez słuchanie pięknej muzyki. Nie ma bardziej niedorzecznego pomysłu niż ten, który uznaje za uczestnictwo w muzyce jedynie granie i śpiew. Gra oraz śpiew są znaczące w tym wymiarze, w jakim wyrażają na poziomie fizycznym brzmienie śpiewu serca. A muzyce udaje się ożywić serca wielu łudzi przy okazji czystego i prostego słuchania: to czynność będąca czymś więcej niż uosobieniem bierności. A, że niektórzy stosują muzykę jako idealne tło do snu i środek pomagający przy zasypianiu, to już całkiem inna rzecz.

Omówiwszy pokrótce te kwestie, łatwo wyciągnąć pewien wniosek: w przypadku kształcenia pojedynczej jednostki, lepiej byłoby uczyć muzyki kogoś, kto jeszcze jej nie uprawia. Nie jest absolutnie koniecznym ukierunkowanie tradycyjne, które w odniesieniu do życia zakonnego ograniczałoby się do fortepianu czy organów, pod kątem służby liturgicznej. Należałoby raczej, przed wszelkimi innymi umiejętnościami, uczyć śpiewu. Później, w miarę możności oraz predyspo­zycji, powinno się kształcić umiejętności instrumentalne, zawsze w sposób zróżnicowany, bez żadnych wyjątków. Przykładowo: szczególnie w dzisiejszej dobie, w’ kulturze chrześcijańskiej, konieczne było nauczanie dobrej gry na gitarze, także po to, by wydobyć ją ze stanu degradacji, w jakim obecnie się znajduje.

Kształcenie indywidualne, przede wszystkim w ośrodkach kształceniowych, powinno także kierować się zasadą wspólnego muzykowania: niewiele jest przeżyć, podobnie łączących dusze, jak wspólne wykonywanie muzyki. Bardziej niż o zestrajanie z sobą instrumentów czy głosów, powinno się dbać o zestrajanie serc. Właśnie to niesie ze sobą oraz tworzy ów owoc w postaci maksymalnego nastawienia na innych, nastawienia, jakiego uczymy się poprzez respektowanie ciągłych zmian elementów, które to się wyłaniają, to giną w harmonijnych strukturach nośnych, to znów krzyżują się, stapiając się w jedność, a przecież zachowując przy tym, każda z osobna, własny wygląd i autonomię. Dla życia we wspólnocie, momenty wspólnego muzykowania mogłoby okazać się bardziej konstruktywe od wielu jałowych dyskusji.

 

Liturgia

Od wieków liturgia jest uprzywilejowaną sferą dla uprawiania muzyki w domach zakonnych. Lecz niestety także tutaj, niekiedy, ograniczamy się do improwizowania pewnych działań o doprawdy nikłym znaczeniu. Tak, jak przy innych okazjach, stosujemy tu hasło „radzenia sobie jakoś”. Pomijając wcześniejszy wywód, który jest w zupełności obowiązujący, gdyby naprawdę potraktować liturgię poważnie, należałoby uczynić każdy możliwy wysiłek, by utrafić w odpowiedni język muzyczny dostosowany do odprawiania nabożeństw. Chodzi tu o dwa poziomy: kompozycję muzyki odpowiedniej do liturgii oraz praktykę wykonawstwa, także dostosowaną do momentu rytuału.

Jeśli chodzi o kompozycje muzyczne dla potrzeb liturgii, warto odnotować wysiłki ze strony wielu wspólnot zakonnych w celu zredagowania repertuaru śpiewów do Mszy św., a w szczególności, do Liturgii Godzin. Wysiłki te powinny być promowane i popierane bez zastrzeżeń, nawet jeśli ich rezultaty nie zawsze są zadawalające. Jednak i w takim przypadku zastrzeżenia te nie powinny być adresowane do zakonników (zakonnic), którzy zaangażowali się w twórczość kompozytorską, lecz do ich przełożonych, którzy najprawdopodobniej nie dali im możliwości solidnego wykształcenia muzycznego i częstokroć zadawalają się dwoma nutami połączonymi z sobą w jakikolwiek bądź sposób. Nie chcę tu grzeszyć robieniem z siebie ofiary czy cierpiętnika, jednak w tej kwestii pragnąłbym porównać twórczość włoską, a rzeczy powstałe w Niemczech czy we Francji (w szczególności w reformowanych wspólnotach cysterskich), nie mówiąc już o Montserrat – odwiecznego i bezapelacyjnego sanktuarium muzyki – twórczość ta jest do tego stopnia złożona i wyrafinowana, że z trudem nadaje się do wykorzystania w innych sytuacjach.

A propos pieśni do liturgii, wysiłek wymagany od zakonników nie ogranicza się do muzyki, ale obejmuje także pisanie tekstów. Wiele pieśni popularnych we Włoszech powinno zostać w ogóle wykluczonych z liturgii, nie tyle ze względu na banalność muzyki, czy jej niepoprawność na poziomie podstawowej gramatyki, ile ze względu na teksty – puste i pozbawione wyrazu. Należy zadać sobie pytanie:

  1. gdzie powinno znajdować odbicie rozważnie nad Słowem, jeśli nie w literaturze liturgicznej, która ożywiałaby i aktualizowała Pismo św.;
  2. czy czasem to nie właśnie wspólnoty religijne są miejscami Ducha, gdzie z łatwością słuchacze Słowa mogliby zajmować się tekstami i muzyką do liturgii.

Osobiście uważam, że kwestia tekstów oraz muzyki liturgicznej jest jednym z najistotniejszych aspektów zaangażowania liturgicznego ze strony rodzin zakonnych.

Duszpasterstwo

Wyraźny podział wspólnot zakonnych daje możliwość przeżywania oraz organizowania liturgii w zróżnicowany sposób, poddając ludowi Bożemu kilka możliwych modeli odprawiania nabożeństw.

Pierwszym zadaniem duszpasterskim we wspólnocie osób konsekrowanych jest pobożne i godne odprawianie czynności liturgicznych. Należy wyeliminować z celebracji niektóre niewłaściwe fakty: niedbałość, bylejakość, brzydotę. Zawsze, a w celebracji we wspólnotach zakonnych tym bardziej, należy oddać Bogu to, co najlepsze: od czasu – tego przeżywanego w najgłębszy sposób – po najpiękniejszą muzykę. Również w dziedzinie życia liturgiczno-muzycznego obowiązuje zasada, że jest się mistrzem wtedy, kiedy jest się świadkiem.

Nie znaczy to, że należy prowokować podziw dla pięknej muzyki oraz wyrafinowanych wykonań – choć to prawda, że Bogu należy starać się dać to, co najlepsze, również z nas samych. Trzeba przeżywać muzykę w liturgii tak, by włączyć w to własne doświadczenie wiary, również tych, którzy śpiewają z nami, lub trwają jedynie w modlącym zasłuchaniu.

Pod tymi warunkami mogą udać się wszelkie inicjatywy, które pozwalałyby dzielić z innymi sukcesy własnych wysiłków. Także na tym polu wiele się obecnie dzieje, na przykład, na poziomie wydawnictw liturgiczno-muzycznych. Jednak należy rozważyć również pewien fakt celebracyjny, zanim przejdziemy do kwestii ekonomicznej: publikacja pomocy muzycznych jest niepowtarzalnym przekazem, od którego może zależeć życie duchowe całych wspólnot. Pieśni są w stanie warunkować zarówno dobrze, jak i źle: albo są ścieżkami wiary, które poprzez piękno wiodą do Boga i pozwalają nawet odzyskać siebie samych w obrębie celebrującej wspólnoty lub też po prostu oszustwem i drogą do wyobcowania.

Oznacza to, że w liturgii nie można jedynie uprawiać muzyki, nawet tej najwznioślejszej czy najbardziej „świętej”, jak śpiew gregoriański, jeżeli brak podstawowego wykształcenia biblijnego lub teologicznego. Z tego względu drogą duszpasterstwa muzycznego dla zakonników powinna być katecheza liturgiczna: niech podejmie ona podstawowe zagadnienia i niech wyjdzie znów od entuzjazmu i przekonania tych, co w początkach wieku przygotowali reformę liturgiczną poprzez szeroko pojęte ruchy liturgiczne.

Obok zaangażowania mającego na celu dokładnie liturgię, jest także rozleglejsza dziedzina duszpasterstwa muzycznego: dotyczy ono całego wierzącego świata oraz takich chwil, które wymagają innego języka muzycznego. Wrażliwość zakonników powinna umożliwić wyraźny podział tak w kwestii twórczości, jak w odniesieniu do propozycji wydawniczej (na papierze lub innych środkach audiowizualnych) – pomiędzy muzyką sakralną a muzyką religijną. W tej ostatniej dziedzinie interesujące i korzystne byłoby ponowne zastosowanie podobnych doświadczeń z przeszłości: od najbardziej złożonych nowych form oratoryjnych po musicals i piosenki, w których prostota nie oznacza ubóstwa. Eksperymenty typu oratoryjnego z minimum struktury scenicznej wzbudziły w ostatnich latach głęboki podziw i pobudziły do ciekawych refleksji zarówno szeroką publiczność, jak i wąskie grupy młodzieży.

Kompetencja oraz wrażliwość muzyczna duchownych mogłyby stanowić również powód do rewizji poglądów ze strony środków masowego przekazu. Wystarczy pomyśleć o nośności dydaktycznej i duszpasterskiej tkwiącej w lokalnych stacjach radio-telewizyjnych, częstokroć zarządzanych i/lub kierowanych przez osoby zakonne. Faktem jest, że obecnie w przypadku większości ludzi, muzyka nie jest wykonywana, lecz słuchana. I nad tym szczególnym aspektem kultury muzycznej należałoby zastanowić się, tak, by nie została zaprzepaszczona żadna z możliwości duszpasterskich.

Wystarczyłoby, żeby w domach formacji zakonników wprowadzać odważnie i mądrze style i języki zdolne wywołać w sercach prawdziwe uczucia religijne. Jest to założenie, że przy odpowiednich kwalifikacjach i zaangażowaniu, liturgia będzie szczytem i źródłem każdego aspektu chrześcijańskiego życia, także doświadczenia muzycznego.

 

Tłumaczenie: O. Kazimierz M. Lorek, B.

Notiziario CISM (Konferencja Wyższych Przełożonych we Włoszech), lipiec-sierpień, nr 289/1995, str. 564-573.