Rostworowski Piotr E. C., Ojcostwo przełożonego

o. Piotr Rostworowski E. C.

OJCOSTWO PRZEŁOŻONEGO

Druga Konferencja do Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich – Zebranie Plenarne, Jasna Góra 14.V.1974 r.

Czcigodni Ojcowie, w tym naszym drugim rozważaniu chciałem jeszcze parę punktów poruszyć. Może nie będzie stanowiło to jakiejś całości, ale uważam, że warto nam pewne rzeczy rozważyć.

Pierwsza rzecz, która również znajduje się w tym programie odnowy, jako jedna ze spraw ważniejszych, to jest powrót do Pisma świętego.

Kościół chce, żeby wierni na nowo wsłuchali się w Słowo Boże i rozumie, że Słowo Boże to nie jest tylko zwyczajne słowo, które działa po swojemu przez pojęcia, które w nim są i wzbogaca umysł człowieka, ale jest to narzędzie spotkania z Bogiem i narzędzie, przez które Bóg budzi wiarę w człowieku, budzi wiarę i budzi modlitwę. Więc chce Kościół tego podejścia do Słowa Bożego jakiegoś pełnego, pełnego wiary, otwartego, żebyśmy w Słowie Bożym widzieli źródło łaski i miejsce spotkania i komunii, żebyśmy się dali wychowywać przez Słowo Boże. Trzeba przyznać, że myśl nasza, nawet myśl kapłańska, w ostatnich latach dosyć daleko odeszła od tej biblijnej mądrości, że się zlaicyzowała.

Kiedyś spotkałem młodego człowieka, dentystę. On miał specjalną teczkę na Pismo święte, której nigdy nie odkładał. Powiedział mi: proszę Ojca, jeżeli wierzymy, że Bóg przemówił do ludzi, to nie ma nic ani mądrzejszego ani ciekawszego na całym świecie. Musiałem przyznać iż jego wiara była konsekwentna. I tak jest. Także my dbając o to, żeby nasze wspólnoty wychowywało Boże Słowo, musimy mieć czas na Boże Słowo, musimy Boże Słowo medytować i studiować, żebyśmy byli, jak reguła św. Benedykta mówi o opacie, „ut sit doctus lege divina”. Wiemy, że wszystko ma w Kościele kształt tajemnicy Wcielenia. Słowo Boże, które zostało wsiane w tę ziemię przez Wcielenie, jest wsiewane wciąż w umysły ludzkie przez Pismo święte. I tak jak to Słowo Boże wsiane w ten świat podniosło się do Boga w Zmartwychwstaniu hymnem pochwalnym, tak i słowo Pisma świętego wsiane w dusze ludzkie ma podnieść ten świat uwielbieniem i modlitwą, do Boga, że jest w tym Słowie Bożym siła podnosząca, nie tylko wychowująca człowieka, ale porywająca go ku Bogu. W to musimy wierzyć i w tej wierze mamy wychowywać naszych.

Kościół mówi również o tej liturgiczno-sakramentalnej formacji. Na to też kładzie nacisk. Przede wszystkim centrum całej liturgii jest Eucharystia i cała liturgia jest kultem Chrystusa, jest rozmową Chrystusa z Ojcem, w którą człowiek ma wejść. Tylko przez wejście w tę rozmowę Chrystusa z Ojcem człowiek może być uświęcony i zbawiony. I gdy codziennie przy ołtarzu się zgromadzamy i przechodzi wśród nas Chrystus, to jest ta „pascha Domini” – przejście Pana, bieg Chrystusa przez świat i śmierć do Ojca, to Ten Chrystus nie na to przebiega wśród nas, żeby nas zostawić, tylko na to, żeby nas wziąć za rękę i wyprowadzić. A więc współdziałanie z tajemnicą sakramentalną musi być przez świadomość i wiarę w to, co się z niej dzieje. Życie eucharystyczne musi być pełną świadomością treści, wewnętrznych treści tego życia. Jeżeli to jest ofiara, jeżeli to jest krzyż, jeżeli „mortem Domini anuntiabitis”, to musi współdziałanie z sakramentem wychowywać w nas ducha ofiary. Jeżeli to jest zjednoczenie z Chrystusem, to udział w tym sakramencie musi rozwijać w nas w życie modlitwy i miłości, inaczej nie odpowiadamy łasce sakramentu.

Jeżeli to jest nasze zjednoczenie – nas wszystkich – w jedność w Chrystusie, to nie możemy znieść niczego, co nas dzieli, jeżeli chcemy być wierni tej łasce, to musimy tworzyć wspólnotę łaską Eucharystii, którą codziennie otrzymujemy i żyć z Chrystusem zmartwychwstałym w pośrodku nas. I wtedy zrozumiemy, że wszelka niechęć dobrowolna do brata naszego uderza w Najświętszy Sakrament wprost, sprzeciwia się wprost łasce specjalnej tego Sakramentu. Wtedy będziemy mieli tę mentalność, żeby nie dopuścić, żeby nie znieść w sobie niczego, co nas dzieli od brata naszego. W ten sposób rzeczywiście liturgia, ten przez mękę i Chrystus działający i obecny w sakramentach, będzie kształtował nas, naszą mentalność, naszą wspólnotę, naszą ascezę. Właśnie tego chce Kościół. Również Kościół chce, żeby drzewo czerpało soki z własnego korzenia. I tu stajemy wobec naszej żywej tradycji, wobec naszych założycieli. Nie ulega wątpliwości, że studium naszych źródeł jest tym, co dam nam pokój i światło w szukaniu drogi dla naszego rozwoju. Bo jeżeli człowiek nie jest pewien kierunku, jest niespokojny, a nie może być pewien kierunku, jeżeli nie skonfrontuje swego rozwoju aktualnego z linią wewnętrzną zakonu, nakreśloną przez charyzmat Założyciela. Zawsze człowiekowi da pewność świadomość tego, czym jest. To, co nazywamy w psychologii kompleksem niższości jest po prostu nieświadomością siebie, bo człowiek, który jest świadomy własnej tożsamości, może mieć wartość niższą, może mieć powołanie nawet niższe, ale on nie będzie czuł kompleksu niższości wobec nikogo, bo on jest sobą i o tym wie. Tak samo jest i w życiu zakonnym. Często członkowie różnych zakonów są tacy jakoś niepewni, tacy jacyś zagubieni, bo nie wiedzą, czym są, czym powinni być. Właśnie w korzeniach duchowych naszych wspólnot trzeba znaleźć światło, żebyśmy wiedzieli, żebyśmy byli mocni. Kto tkwi w nurcie danej mu łaski jest zawsze mocny i spokojny.

Nawołuje nas również Kościół i to jest jeden z punktów zasadniczych odnowy: powróćcie do kontemplacji. Otóż kontemplacja była we wszystkich zakonach i ona jest wartością ogólnie chrześcijańską. Wiemy, że apostolstwo nie tylko płynie z kontemplacji, ale że celem apostolstwa jest kontemplacja, kontemplacja – ta ostateczna w życiu wiecznym – ale również jest celem apostolstwa, ażeby człowiek, któremu głosimy Ewangelię, poznał Boga i nawiązał z Nim osobisty kontakt. Jeżeli tego celu nie ma w działalności naszej, to jest chybiona, to nasza działalność błąka się gdzieś bez właściwego celu.

Kiedyś był na Bielanach młody psycholog amerykański. Ten człowiek rzeczywiście postawił mi problem. Długo jeszcze o tym myślałem. Młody chłopak, był katolikiem, ale opuścił Kościół katolicki. Dlaczego opuścił? Mówi, że „nie znalazłem życia wewnętrznego, nie widziałem u katolików jakiegoś pokoju głębokiego”. A potem przyjechał do Nowego Jorku i tam spotkał się z jakimś jogą indyjskim i przylgnął do tego jogi, bo poczuł w nim wewnętrzny pokój i życie wewnętrzne. Mówi, że jego koledzy jak ćmy do światła do tego jogi biegli. W rezultacie tego kontaktu nawrócił się, ale nie na jogizm, ale do Chrystusa, wstąpił do trapistów i pisuje jeszcze do dziś do mnie.

A więc trzeba było, ażeby Pan Bóg mu jogę posłał, żeby go do Chrystusa nawrócił. Nie było wśród jego otoczenia katolickiego takich ludzi, u których by on dostrzegł jakieś głębsze wewnętrzne życie. Są pewne subiektywne motywy, które mogą to zjawisko tłumaczyć, ale musimy powiedzieć z całą prawdą, że dzisiejszy stan nasz i naszych zakonów i naszego Kościoła nie tak bardzo promieniuje tym wewnętrznym życiem jak by powinien. Dużo działa tu przyczyn rozpraszających. Jesteśmy rozdarci, zaśpieszeni, jesteśmy przepracowani, zmęczeni, zdenerwowani. To wszystko Kościół wie i z tym wszystkim się liczy, ale tym bardziej chce nas prowadzić do źródeł życia modlitwy. Trzeba skończyć z tą praktyczną doktryną lansowaną przez wielu, że na modlitwę nie trzeba czasu, że można się modlić pracą, działaniem i tak dalej.

Owszem, w pewnym stadium rozwoju życia duchowego jest to możliwe. Ktoś mi mówił, dlaczego się mamy modlić specjalnie, kiedy św. Franciszek Ksawery biegał po Japonii i nie zatrzymywał się, a wciąż był zjednoczony z Bogiem. Mówię: tak, bracie, ale ty nie zaczynaj na tym poziomie, na którym kończył św. Franciszek Ksawery. A więc modlitwa i czas na modlitwę, na rozmyślanie, na rozważanie, na refleksję, czas jest koniecznie potrzebny i ten czas nigdy nie będzie stracony, bo to, co w apostolstwie działa to też nie liczba kazań, ale ich głębia. Można powiedzieć sto kazań i z tego nie wyniknie nic.

Przecież głównym i pierwszym motywem modlitwy naszej jest Pan Bóg. Trzeba przecież Boga uwielbić, a jeżeli człowiek nigdy nie da Mu czasu, to jaki realne jest jego stosunek do Boga? Jeżeli dziewczyna nigdy nie będzie miała czasu, żeby się spotkać ze swoim chłopcem, to ten nie uwierzy w jej miłość i będzie miał rację. Ona może być bardzo „zapracowana”, ale ona wie, jeżeli jej na nim zależy, to musi znaleźć dla niego czas. A modlitwa to jest sprawa miłości, spotkanie nasze z Bogiem jest sprawą miłości, dlatego to jest tak ważne, tak pierwszorzędne, tak witalne, że nie możemy mówić, iż jest nam niepotrzebne, że możemy się bez tego obejść. Dlatego trzeba czasu. Pięknie ”Renovationis Causam” tę rzecz ujmuje. Jeżeli się rozwinie to, co jest w „Renovationis Causam” – pod tym aspektem, żeby ci, którzy pracują w apostolstwie mieli czas na odosobnienie, nie odmierzany im zbyt skąpo, żeby sami przełożeni mieli okresy odosobnienia. Na pewno konwent nie będzie zgorszony, jeżeli będzie wiedział, że przełożony się modli, nie będzie miał pretensji do tego, jeżeli będzie widział, że ten czas, w którym prze­łożonego nie ma, jest poświęcony na modlitwę przełożonego, na jego adorację, na modlitwę wstawienniczą za swoje zgromadzenie, za wspólnotę, za dzieło, które pro­wadzi. To będzie zawsze dla wspólnoty czymś budującym i pociągającym, ażeby nie żałować czasu na modlitwy.

Przełożony, jak zawsze nas uczono, jest przedstawicielem Boga i Chrystusa w rodzinie zakonnej. Niektórzy usiłowali to podważyć w dzisiejszych czasach. Sterroryzowano dziś przełożonych różnymi sloganami jak paternalizm, feudalizm, tryumfalizm, nie wiem jeszcze jaki „alizm„, tak że ci przełożeni skapitulowali wielokrotnie. To na co zwracał uwagę naszą Ksiądz Prymas w swoim przemówieniu, o jakimś zagubieniu charyzmatu władzy, to jest, niestety, bardzo prawdziwe. Przełożony jednak jest przedstawicielem Boga w rodzinie zakonnej i na to nic nie poradzimy, a Sobór to jeszcze pochwalił. Musi mieć pełną świadomość tej odpowiedzialności. Dzisiaj chcą usunąć pewną wartość chrześcijańską, mianowicie ojcostwo chrześcijańskie przełożonego. Mówią: dość tego paternalizmu i przeciwko temu ojcostwu przełożonego wysuwają teksty ewangelii św. Mateusza w rozdziale 23, gdzie Chrystus mówi: nie nazywajcie nikogo Ojcem, bo jeden jest wasz Ojciec w niebiesiech. Tak, ale tylko sekciarze czepiają się jednego tekstu a nie widzą innych. Więc my zrozumiemy dobrze myśl tego tekstu, jeżeli nie zlekceważymy tego, co św. Paweł mówi do Koryntian, do Galatów, do Tymoteusza, bo mówi św. Piotr w swoim liście, co mówi św. Jan. A cóż mówią? Św. Paweł mówi: nie macie wielu ojców, możecie mieć wielu nauczycieli, a wielu ojców nie, bo to ja przez Ewangelię was zrodziłem. Do Gala­tów mówi: syneczkowie, których na nowo rodzę, aby Chrystus był w was ukształtowany. Tymoteusza nazywa synem. Św. Piotr nazywa Marka swoim synem. Św. Jan mówi do swoich wiernych: dziateczki.

A więc Ojcostwo jest i było, ale podobnie jak kapłaństwo: jest jeden tylko kapłan, jeden Kapłan-Chrystus. W Starym Testamencie było wielu kapłanów. W Nowym jest tylko jeden, a wszyscy inni, których nazywamy kapłanami, mają udział w tym jego kapłaństwie, dlatego są kapłanami. Tak samo jest jeden tylko Pasterz, a jednak św. Piotrowi mówi Chrystus: paś baranki moje, bądź więc pasterzem. Tak samo i ojcostwo jest jedno – Boże, a wszyscy jesteśmy braćmi. Jednak są tacy, którzy to Ojcostwo Boże reprezentują i to jest potrzebne, bo my na ziemi mamy się narodzić do życia rodzinnego, a rodzinne życie Boże, tak jak życie rodzinne ziemskie, nie składa się tylko z relacji braterstwa, ale również i synostwa. I synostwa trzeba też się uczyć, jest w tym coś bak bardzo chrześcijańskiego w tym duchu synostwa. Nie można tego zaprzepaścić, nie można tu spłaszczyć teologii wspólnoty chrześcijańskiej, jak mówi filozof francuski La Croix: ta wspólnota, która walczy z ojcostwem, która pozbawiona jest ojcostwa, łatwo degeneruje się we wspólnotę ateistyczną. A więc to jest wartość.

Przełożony musi być świadom ojcostwa jako wartości katolickiej, której nie wolno mu zaprzepaścić, nie wolno mu z niej zrezygnować z obawy, że zarzucą mu paternalizm. Poniekąd przełożeństwo zakonne jest trudniejsze od biskupstwa, bo jeżeli ksiądz w diecezji ma pewne trudności z biskupem, to nie przyjedzie do Kurii, nie będzie się widział z biskupem kilka miesięcy i z tego powodu jeszcze zbawienie jego zagrożone nie będzie, ale w zakonie jest ta sytuacja koniecznego pośrednika, to jest bardzo ciężkie dla człowieka, ale ona musi w nas wyrabiać bojaźń Bożą i       pokorę, żebyśmy swoim charakterem nie utrudniali jeszcze, nie stawali się tą zasłoną czy tym parawanem zasłaniającym Boga tym, którzy nam są powierzeni. Jeżeli przełożony jest przedstawicielem Boga, to obowiązuje go jakiś szcze­gólny obiektywizm, bo nie wolno mu mieć faworytów, jakiś odchyleń w kierunku uprzywilejowania tych czy tamtych, bo on nie ma swojego prywatnego tylko życia, ale reprezentuje we wspólnocie Boga Ojca. I to jest trudne. Sprawiedliwość jest bardzo trudną cnotą. To jest cnota wymagająca wielkiego hartu ducha, bo są w zgromadzeniu różni ludzie, są naciski, są ludzie o charakterze mocnym i twardym, którzy się dopominają, a są inni łagodni, których można łatwo pokrzywdzić.

I tak się łatwo zwichnie tę linię prawości i sprawiedliwości pod naciskali, różnymi. Wtedy co? Przełożony przecież ma reprezentować Boga. Albo przełożony będzie się chciał schować i odpowiedzialność swoją jakoś rozłożyć. Owszem, niech się i radzi, dobrze, żeby słuchał, dobrze żeby był otwarty, żeby każdy miał śmiałość wypowiedzieć swe myśli, ale z drugiej strony przełożony nie może się kryć za wspólnotą, za różnymi ludźmi, bo musi mleć i swo ją samotność przed Bogiem, musi mieć tę swoją odpowiedzialność bezpośrednią, jako przełożony, tę Chrystusową samotność przed Ojcem i musi umieć powziąć decyzją! Decyzję przed Bogiem. W klasztorze, gdzie będą rządzić różne szare eminencje, gdzie będzie wiadomo, że nie trzeba do przełożonego tylko do tamtego ojca czy innego ojca się zwrócić, tam łatwo zupełnie zanika duch nadprzyrodzony i panuje naturalizm, bo trudno, trzeba swoją odpowiedzialność przed Bogiem wziąć. Jeżeli zostałeś wybrany, jeżeli zostałeś posłany, to ty jesteś odpowiedzialny ą nie,kto inny i nie można się zasłaniać innymi ludźmi, za ich plecami się kryć, tylko trzeba odpowiedzialność wziąć. Przełożony, jako reprezentujący Boga, musi być w ręku Bożym. To jest wielkie zadanie i wielki problem życia naszego przełożeńskiego włożyć się w rękę Bożą, dać Panu Bogu kierować.

Bo są dwa rodzaje przełożonych: przełożeni, którzy zastępują Pana Boga i przełożeni, którzy ustępują Panu Bogu. Jest zasad­nicza między nimi różnica. Są tacy, którzy może z lękiem     obejmują przełożeństwo, ale są zdolni i potem czują się dobrze w siodle, myślą: ja potrafię, już nie czują jak bardzo brzemię przełożeństwa ich przekracza, przewyższa, że bardzo jest ponad ich ludzkie siły, tylko im się wydaje, że już sobie z tym poradzą i to jest bardzo niebezpieczne, to jest niebezpieczeństwo zdolnych ludzi, że nie będą czu­li potrzeby, żeby skapitulować przed Bogiem, ustąpić Jego działaniu i ten problem jakoś sprzed oczu ich ucieknie, nie będą go widzieć, a to jest rzecz bardzo zasadnicza, bo tylko to właśnie, ta świadomość, że Bóg ma kierować, ona rzuci przełożonego na kolana, bo ostatecznie tylko w modlitwie mogą się rozpłynąć jakieś te nasze twardości pychy, naszej twardej własnej woli, tego wszystkiego nie potrafimy przełamać inaczej, tylko tak jak mówi psalm, że góry jak wosk topnieją przed Obliczem Pańskim, tak ten człowiek ma się stać płynny, ale płynny się stanie tylko przed Obliczem Pańskim, bez modlitwy pozostaną w nim takie twardości i sztywności, że z tego nic głębszego nie będzie.

Widzimy jak na przykład dzisiaj pod wpływem Soboru, który tak bardzo nam poleca życie wspólnotowe, ile jest usiłowań bezowocnych w kierunku tworzenia wspólnoty, bo nie rozumiemy dostateczne, że ta zdolność wspólnototwórcza nie jest związana z żadnymi ludzkimi zdolnościami, człowiek nie potrafi, tylko powierzchownie coś może sklecić, ale ostatecznie ludzie się głęboko łączą tylko w Bogu i tylko przełożony, który będzie miał serce Boże, który będzie przemieniony, tylko taki będzie mógł prawdziwie tę wspólnotę Bożą budować. Stąd czasem wiele inicjatywy, wiele zapału, wiele realizmu, ale z tego nic mocnego, nic trwałego, nic głębokiego nie może wyjść, po prostu brakuje tam głębi, tej płaszczyzny jedynej, w której ludzie się łączą, czyli życia z Bogiem, bo ludzie inaczej się nie połączą. Można połączyć i bryłki żelaza nawet w jedność, ale musi być temperatura bardzo wysoka, bez tej tempe­ratury nic nie zrobimy, żeby bryłki ze sobą złączyć.

Tak więc te żądania wspólnot, to są głębokie żądania i nie trzeba myśleć, że my przez jakieś chwyty nasze zrobimy te rzeczy. Musi być właśnie głębokie nawrócenie, jakieś głębokie pojednanie z Bogiem, żeby móc uzyskać tę łaskę, żeby ludzi jednoczyć dokoła Chrystusa obecnego wśród nas. Te wielkie żądania Soboru one otwierają nam perspektywy bardzo głębokie życia duchowego, bo bez tego one się nie dadzą uskutecznić. To będzie szarpanina -w dodatku powierzchowna – która nie doprowadzi faktycznie do niczego głębokiego.

Jeszcze jedna bardzo ważna sprawa w dzisiejszym chaosie, sprawa prawdy, najpierw sprawa poznania prawdy. Tu wchodzi i teologia. Proszę Ojców, teologia ma, jak Ksiądz Prymas dziś zauważył, bardzo wielkie znaczenie. Historia mona­styczna uczy nas, że błędy teologiczne doprowadzały do rozwalenia zupełnego, radykalnego życia monastycznego.

Weźmy w takim Egipcie te wspólnoty eremickie, kiedy przyszedł arianizm, zostały bardzo nadwątlone, a orygenizm położył je zupełnie. W Palestynie wspólnoty tak kwitnące zostały zupełnie zniszczone przez monofizytyzm. Na Zachodzie potem pelagianizm i semipelagianizm zadał ciężkie rany życiu zakonnemu, potem jansenizm. Dlatego musimy być bardzo czujni, żeby do owczarni naszej wilka nie wpuścić. Są tacy niektórzy księża, często bardzo młodzi i bardzo „fajni”, jak to się mówi tacy „fajni księża”, którzy jednak gonią za wszelkimi nowinkami, których i w naszych czasopismach wiele można też znaleźć. Widzi się, że u tych księży ważne jest to co ten lub ów teolog powiedział, a przecież dla nas nie powinno być ważne co ty myślisz, ale co Kościół naucza. Zasadnicza nasza postawa jest: nie interesuje mnie, co ty myślisz, co ten teolog myśli, ale czego Kościół naucza, tego nasze dusze łakną i pragną, a co ty myślisz? Jeżeli to Kościół kiedy przyjmie do swojej nauki zwyczajnej, wtedy będzie mogło stać się podstawą dla życia nawet wspólnot zakonnych, ale inaczej nie.

Wiemy jak dawniej we wspólnotach mniszych bardzo dokładnie kontrolowano lektury dopuszczane do czytania wspólnego. Musimy dzisiaj rozumieć, że jakiś taki liberalizm jest niesłychaną nieroztropnością pasterską. W tym zakresie przełożeni mają bardzo wielką odpowiedzialność. Prawda jest podstawową wartością Mówimy, że św. Jan jest apostołem miłości, ale on jest w tej samej mierze apostołem prawdy, bo tyle mówi o prawdzie, co i o miłości. Prawda w naszym życiu ma niesłychane znaczenie wychowawcze, prawda w różnych jej aspektach, czy to poznanie prawdy, dążenie naszego umysłu do prawdy, czy też prawda w naszych wzajemnych stosunkach.

Jakże często się zdarza, że w zakonie zanika prawda i często z winy przełożonych, jeżeli nie ma wielkiego pragnienia poznania prawdy. Jeżeli na przykład przełożony przez swój temperament, przez swoją surowość powoduje zamilkniecie swoich podwładnych, że nikt nie śmie mu po­wiedzieć, co myśli, to powstaje sytuacja, która wypacza cha­raktery. Potem dokoła przełożonego gromadzi się grupa ludzi, którzy będą mu mówić to, co on chce słyszeć i potem otoczony będzie kokonem iluzji, przez który już prawdy nie rozezna. A więc trzeba wielkiej odwagi, żeby chcieć prawdę usłyszeć. Również trzeba odwagi, żeby ją powiedzieć. Prawda wymaga odwagi.

Troska o prawdę, również o prawdę wartoś­ciowania, by w naszym zakonie wszystko było w prawdzie, żeby te rzeczy, które są ważne, były naprawdę ważne, żeby nie była zwichnięta hierarchia wartości, bo to wychowuje człowieka. Głębokie motywacje przełożonego, decyzji przełożonego, głębokie motywacje układu życia zakonnego to wszystko wychowuje, to wszystko ustawia czło­wieka w prawdzie albo w nieprawdzie. Tę prawdę musimy bardzo kochać i musimy starać się według tej prawdy wychowywać. Tak więc, Czcigodni Bracia, nawrócenie nasze według wskazań Soboru sięga bardzo daleko, myślę, że miłość do Kościoła, miłość do naszych wspólnot, a przede wszystkim miłość do Boga, będzie dla nas takim bodźcem mocnym, ażebyśmy głęboko przemyśleli ten czas roku nawró­cenia i ażebyśmy skorzystali, bo na nasze nawrócenie czekają również inni w Kościele.

(konferencja spisana z taśmy magnetofonowej, nieautoryzowana)