Dziedzictwo SAC: Gdy stanę przed Bogiem, nie zapomnę o Was, którym tyle zawdzięczam

infoSACRozmowa z ks. prof. Czesławem Parzyszkiem o śp. Ojcu Feliksie Folejewskim

Ksiądz Stanisław Tylus: Jak doszło do pierwszych spotkań Ks. Profesora z Księdzem Folejewskim?

Ksiądz Czesław Parzyszek: W sposób wyraźny przypominam sobie moje pierwsze spotkania z Księdzem Feliksem, gdy jako kleryk miałem duszpasterskie praktyki w „Rodzinie Rodzin”. Razem ze mną posługiwali jeszcze w tym ruchu apostolskim alumni: ks. Henryk Kazaniecki i nieżyjący już dziś księża – Mirosław Drozdek i Tadeusz Nazar. W tym czasie prefektem kleryków był ks. Jan Korycki. Wszyscy czterej przyjeżdżaliśmy do Warszawy, by tu przygotować się do pracy z młodzieżą i dziećmi w Rodzinie Rodzin. Warto tu podkreślić, że praktyka duszpasterska w Rodzinie Rodzin była jedną z pierwszych w naszym seminarium. Spotkania z formatorami ruchu: Księdzem Feliksem, Ciocią Lilą – Marią Wantowską i innymi osobami odbywały się raz w miesiącu, a nieraz częściej. W zakresie programu działania obserwowałem wtedy znakomitą współpracę ze sobą wszystkich formatorów. Gdy dochodziło do różnych dysput na takie tematy: jak należy prowadzić młodzież?, jakie trzeba podejmować zagadnienia na spotkaniach z młodzieżą czy z dziećmi?, to do Księdza Feliksa jednak należało zawsze ostatnie zdanie. W tych kwestiach liczył się jego głos. Widać było, że jest to człowiek o wysokiej kulturze osobistej, jak i o wielkiej głębi duchowej. Wtedy zrodziła się we mnie wielka sympatia do Niego.

W spotkaniach tych brało udział wielu ludzi świeckich, a my klerycy bardziej wsłuchiwaliśmy się w ich głos. Dla nas było to bardzo potrzebne i ważne w przyszłej pracy. Istotną kwestią były pewne sprawy organizacyjne, zwłaszcza kiedy swoim doświadczeniem dzielili się z nami ludzie świeccy, angażujący się w tej pracy już od kilku lat. Proszę pamiętać, że był to przecież czas nie łatwych lat sześćdziesiątych; wtedy jeszcze cała nasza działalność musiała być ukrywana przed władzami państwowymi. W związku z tym te świadectwa i wskazówki różnego typu, co do programu duszpasterskiego i sposobu postępowania itp. sprawy, były dla nas bardzo ważne i potrzebne. Wszystko to wiązało nas ze sobą i dlatego chętnie jeździliśmy na te spotkania.

Jakie obowiązki przynależały klerykom, pomagającym w duszpasterstwie Rodziny Rodzin?

Po regularnych spotkaniach z formatorami, z niektórymi dziećmi i młodzieżą w ciągu roku szkolnego, przychodziły w okresie wakacyjnym wyjazdy na obozy z dziećmi i młodzieżą. Była wtedy jeszcze większa liczba dzieci i młodzieży. Mogę dziś stwierdzić, że mimo tych rocznych spotkań, mimo doświadczenia wyniesionego z odbytej przeze mnie służby wojskowej, to jednak nie byłem do tej pracy dobrze przygotowany. Było trudno, ponieważ praca z młodzieżą, zwłaszcza tą z Warszawy, nie była wcale taka prosta i łatwa. Na początku było nas jedynie czterech alumnów, ale później powoli dołączali do tej pracy inni klerycy.

W latach 70-tych Ksiądz Feliks przejął funkcję rektora domu i proboszcza kościoła przy ul. Skaryszewskiej w Warszawie. Czy w okresie sprawowania tych funkcji zmniejszyła się intensywność jego kontaktów z Rodziną Rodzin?

Sądzę, że trudno to tak sformułować, dlatego że dzieci z Rodziny Rodzin przychodziły do naszego kościoła przy ul. Skaryszewskiej i gdy Ksiądz Feliks został tutaj rektorem i proboszczem, to łatwiej mu było spotykać się z nimi. Wtedy ja już byłem prefektem alumnów w Ołtarzewie i wysyłałem alumnów na te spotkania, rozmawiałem też z klerykami i przygotowywałem ich do tych spotkań. Nie miałem już wówczas bezpośrednich spotkań z Księdzem Folejewskim. Po dwóch latach Ksiądz Feliks na prośbę prowincjała ks. Henryka Kietlińskiego zrezygnował z pełnionych funkcji. Spowodowane to było zmianą całej kadry formacyjnej w ołtarzewskim seminarium (odszedł m.in. ks. Jan Korycki po sześciu latach rektorstwa). Ksiądz Feliks został wtedy mianowany ojcem duchownym alumnów. Przeżywał to wszystko i jak mówił później – chciał jeszcze w decydującej rozmowie z ks. H. Kietlińskim przedstawić swoje argumenty za pozostaniem w Warszawie. Ostatecznie zgodnie z zasadą posłuszeństwa, którą on zawsze podkreślał, przyjął pokornie decyzję prowincjała i przybył we wrześniu 1978 do Ołtarzewa, obejmując obowiązki ojca duchownego kleryków. Prefektem alumnów został wtedy ks. Paweł Góralczyk, rektorem seminarium – ks. Roman Forycki, wicerektorem – ks. Jan Papkała. Ja w tym czasie objąłem funkcję mistrza nowicjatu w Ząbkowicach Śląskich.

Początek lat 80-tych to doświadczenie choroby serca, mocno zaznaczone w życiu Księdza Feliksa. Jak do tego doszło i jak On to przeżywał?

Dwa zawały serca przyszły w niedługim odstępie czasu. Pierwszy zawał nastąpił wówczas, gdy Ksiądz Feliks był jeszcze ojcem duchownym alumnów i chciał być obecny również w sporcie seminaryjnym. Wtedy podczas biegu na 100 m doszło do tego wydarzenia. Mówił później, że czuł jakby serce rozrywało mu klatkę piersiową. Kolejny zawał wydarzył się podczas obrad Kapituły Prowincjalnej (ówczesna nazwa Zebrań Prowincjalnych), a właściwie z jej zakończeniem. Miało to również związek z wydaniem książki s. Jadwigi Stabińskiej (Wincenty Pallotti, Poznań 1982), którą ks. Roman Dzwonkowski, siedząc obok Księdza Feliksa, zaczął emocjonalnie oceniać, prezentując swojemu współbratu niedoskonałość ujęcia biografii naszego Założyciela przez autorkę i fakt dopuszczenia książki do druku („Jak to jest możliwe, że ta książka się ukazała? Kto dopuścił do tego?”). Oczywiście, Ksiądz Feliks zbyt mocno zaangażował się w tę ocenę i skończyło się to kolejnym zawałem. Dobrze, że był na Kapitule lekarz, ks. Henryk Hoser. Inne wydarzenie związane z jego sercem odnosi się do Wielkiego Czwartku. Chciał przeżyć ten dzień w Ołtarzewie. Mówił wtedy do mnie „Czesieńku, pojedziemy razem do seminarium. Ja przeżyję tam Wielki Czwartek”. Miałem wtedy kazanie, a potem była dyskusja w gronie profesorskim, którą On przeżył mocno i prosto z tego spotkania zawiozłem już go do szpitala w Aninie.

Ksiądz Feliks przeszedł wtedy przez różne choroby sercowe i zabiegi lekarskie. Emocjonalnie stał się bardziej wrażliwy. Nie trzeba się temu dziwić, gdyż tak dzieje się w tych przypadkach chorobowych. Wtedy mówiłem do niego: „Ja podziwiam Księdza, że po tych zawałach nie ma już Ksiądz lęku. A przecież ludzie chorzy na serce, zwłaszcza po zawale jednym czy drugim, lękają się tego, że już nie obudzą się podczas snu w nocy”.

W 1983 roku Ksiądz Feliks powrócił na stałe do Warszawy. Odtąd już razem przebywaliście w Warszawie. Jak włączał się Ksiądz Feliks w życie wspólnotowe?

Na jesieni 1983 zamieszkaliśmy już razem w nowym domu. Swego pokoju już więcej nie zmieniał, pozostał w nim do końca swych dni. Z perspektywy lat przeżytych wspólnie w Warszawie muszę powiedzieć, że Ksiądz Feliks był bardzo rodzinny. Choć wiele czasu poświęcał Rodzinie Rodzin i nieraz przychodził do domu późnym wieczorem, to nawet wtedy przychodził do mnie i mówił: „Może wypijemy jakąś herbatkę?” A wracając z domu rodzinnego zawsze przywoził ze sobą sękacz i świeżo wędzone ryby. Od razu zapraszał do siebie i urządzał coś w rodzaju biesiady. Nie lubił rozmawiać o byle czym, chciał mówić – jak podkreślał to wiele razy – o sprawach wiary, o Bogu i Ojczyźnie. Rozmowa z nim na te tematy była bardzo ubogacająca. To i ks. Stanisław był świadkiem takich rozmów i spotkań z nim, gdy rok temu przybył do Warszawy.

Na spotkaniach wspólnotowych lubił dużo mówić, oczywiście zawsze na temat, tzn. mówił o tym czym żył, co aktualnie przeżywał, co działo się na spotkaniach, w których uczestniczył. Miło się go słuchało. Mówił czasami podniesionym głosem, gdy bulwersowały go jakieś sprawy. Świadczy to o tym, że nie był obojętny na różne problemy i nawet jeśli w rozmowach pojawiały się inne tematy i żarty, on szybko wracał do swoich fundamentalnych zagadnień, głównie spraw ojczyźnianych i Stowarzyszenia.

Dużo mówił na temat naszych świadków, co wiązało się z tym, że był on najpierw w Niższym Seminarium na Kopcu, stąd zawsze wspominał ks. Witolda Hadziewicza, który był jego prefektem i ks. Wiktora Bartkowiaka, który odkrył w nim talent literacki i nawet dawał mu zadania, aby pisał artykuły na konkretne tematy. Wiele jego tekstów znajdziemy w „Życiu Kopca”. Bardzo często wspominał mistrza nowicjatu, ks. Leona Cieślaka, twórcę Apelu Jasnogórskiego i zwolennika Ruchu Szensztackiego oraz ks. Stanisława Czaplę, prowincjała, który często przyjeżdżał do nowicjatu i opowiadał wiele nowicjuszom o życiu prowincji („żyło się wtedy problemami naszych domów i prowincji”). Oni wszyscy wywarli wielki wpływ na jego formację i duchowość. Z innych osób wielki wpływ na niego miał poeta ks. Jan Twardowski. Spotykał się z nim u Sióstr Wizytek. Znał też ks. Bronisława Bozowskiego, którego sobie cenił. Jak sam wyznał: „Jedynym autorytetem dla niego był Pan Jezus, ale też nasz założyciel Wincenty Pallotti, wychowawca ks. Michał Kordecki, ks. Jan Zieja, ks. Tadeusz Fedorowicz, ks. Kazimierz Hamerszmit – więzień obozów koncentracyjnych Auschwitz i Dachau (który nigdy nie mówił o swoich cierpieniach), potem już w kapłaństwie Prymas Tysiąclecia, Jan Paweł II, ks. prof. Jerzy Tyszko, ale też wielu innych księży proboszczów”.

Jaki wpływ miało środowisko rodzinne na kształtowanie się postawy religijno-patriotycznej Księdza Feliksa?

Sądzę, że środowisko rodzinne miało bardzo wielki i zasadniczy wpływ, ale trzeba też pamiętać, że Suwałki leżą na Kresach Polski (coś z tego jest, co dostrzegł już J. Piłsudski: Polska to obwarzanek: Kresy urodzajne – centrum nic…), a one zawsze podkreślały umiłowanie tradycji narodowych i patriotyzm. Całą atmosferę ciepła rodzinnego Folejewskich dano mi było zobaczyć, gdy jeździliśmy do jego Mamy. Często towarzyszył nam ks. Szczepan Barcikowski. Widziałem jak bardzo Ksiądz Feliks związany był z Mamą, z siostrą i bratem, który też zmarł na serce. Nie żył już wtedy jego Tata, który również zmarł na tę samą chorobę niedokrwienia mięśnia sercowego. Jego Mama była wspaniałą osobą i zawsze była elegancko ubrana. Miała swój ołtarzyk. Kiedy przyjeżdżaliśmy do niej, wszystko było już przygotowane. Oczywiście, w domu u Mamy Księdza Feliksa na ul. Szkolnej (przez pewien czas ulica nosiła nawet imię Lenina), najpierw była Msza święta – a potem uroczysty obiad. Ksiądz Feliks zawsze podkreślał, że Mama potrafiła się dzielić z innymi i mówiła: „Wszystko bym oddała”. Tę samą cechę i on posiadał. Cokolwiek miał, rozdawał do ostatniej chwili. Otwartość na innych, to piękna cecha gościnności ludzi z Kresów… On sam lubił być we wspólnocie, nigdy nie przebywał sam.

Ksiądz Feliks miał dobry kontakt z księżmi diecezjalnymi pracującymi w Suwałkach. Było to widać, kiedy przeżywaliśmy tam jego jubileusze, ale również i przy innych okazjach. Podobnie wyglądały jego kontakty z księżmi diecezjalnymi na terenie Warszawy, gdy głosił rekolekcje, misje święte czy kazania rekolekcyjne.

Razem z Księdzem Feliksem chodziliście w Warszawskiej Pielgrzymce Pieszej na Jasną Górę. W jaki sposób angażował się w tej pracy Ksiądz Feliks?

Tej formy pobożności uczyłem się od Księdza Feliksa. Wtedy grupę prowadził jeszcze ks. Mirosław Drozdek, a Ksiądz Feliks był ojcem duchownym. Podobało mi się, to że Ksiądz Feliks potrafił dostrzegać i mówić o tych krajobrazach ojczyźnianych, które my oglądaliśmy, przechodząc wyznaczoną nam trasą pielgrzymki. Cytował przy tej okazji fragmenty poezji lub prozy, chwalące piękno przyrody. Mówił więc o łanach zbóż, lasów i na to nas szczególnie uwrażliwiał. Mówił o tym pielgrzymom przy okazji konferencji duchowej, podkreślał to w homiliach podczas Mszy świętej czy w słowie na zakończenie dnia – m.in. nawiązywał wtedy do zachodu słońca i różnych barw. Był to coś niesamowitego!

Ksiądz Feliks rozpoczynał pracę w „7-emce”. Były tam wtedy inne zwyczaje: w czasie drogi śpiewano, a konferencje odbywały się na postojach. Pielgrzymi skupiali się wokół drzew, bo nie było jeszcze wtedy nagłośnienia. Ksiądz Feliks lubił mówić konferencje czy kazania; miał wielki talent krasomówczy, wiele rzeczy kojarzyło mu się, a cytował przy tym wiele poezji, m.in. przywoływał wiersze Cypriana Norwida, Adama Mickiewicza i ks. Jana Twardowskiego.

Jaki był stosunek Rodziny Rodzin do Księdza Feliksa?

Od samego początku Ksiądz Feliks współdziałał z Ciocią Lilą, a ona – to człowiek święty. Była osobą bardzo opanowaną i spokojną. Widzę jej ręce oplecione różańcem, mówiącą przez wiele godzin. Każdy, kiedykolwiek ją słyszał nie nudził się. Ksiądz Feliks i Ciocia Lila mieli coś wspólnego w swojej duchowości. Ona często zwracała się do Księdza Feliksa: „Braciszku”, a w swoim testamencie napisała: „Masz Braciszku zająć się Rodziną Rodzin”, co też Ksiądz Feliks zawsze nam podkreślał.

Ksiądz Feliks służył Rodzinie Rodzin przez szereg lat; sam mawiał, że wychował cztery pokolenia. Umiał być obecny na uroczystościach Pierwszej Komunii, zawarcia małżeństwa, na różnych jubileuszach małżeńskich i na pogrzebach (nawet ostatnio, jeszcze we wrześniu, uczestniczył w pogrzebie kobiety, która zmarła w wieku ponad stu lat). Odprawiał nawet po kilka mszy dziennie, aby w ten sposób służyć ludziom chorym i przeżywającym swoje radości i bóle. Tych ludzi znał po imieniu, od najmłodszych do najstarszych. Dla mnie miejscem, gdzie mogłem wiele zobaczyć i przekonać się, jak jest ceniony Ojciec Feliks, były jego imieniny, uroczyście celebrowane w Choszczówce. On chory na serce przyjmował te życzenia od czwartej do dwudziestej pierwszej czy dwudziestej drugiej godziny. Z każdym długo rozmawiał, interesując się przy tym życiem całych rodzin. Podziwiałem go i jednocześnie przypominałem mu, aby nie zapominał o posiłku i odpoczynku. Ile trzeba mieć sił, by to wszystko wytrzymać?…

Jakie jeszcze inne prace wykonywał Ksiądz Feliks?

Pisał konferencje ascetyczne dla naszych domów. Wtedy skrupulatnie pilnowano, aby w każdy dom przeprowadzał miesięczne dni skupienia. Nie miały z tym problemu większe nasze wspólnoty, ale w małych wspólnotach trudno było znaleźć kogoś do poprowadzenia takich dni skupienia. Członkowie tych wspólnot i pojedynczy kapelani czy duszpasterze bardzo cenili sobie takie konferencje i chętnie je czytali. Były one systematycznie zamieszczane w „Wiadomościach Polskiej Prowincji Stowarzyszenia Apostolstwa Katolic­kiego”. Każdy rok miał swój własny temat. W tamtym czasie spełniły one swoją rolę. Ksiądz Feliks rozpoczął pisanie tych konferencji, gdy znalazł się w Nałęczowie. Miał wtedy więcej czasu. Mimo przebywania na odpoczynku zdrowotnym Ksiądz Feliks „nie próżnował” i oddawał się pracy duszpasterskiej. Nie chciał chodzić tylko po parku zdrojowym, ale oddawał się intensywnej pracy apostolskiej. Rozpoczął wygłaszać konferencje do sióstr. Nawiązywał też różne rozmowy z ludźmi, które będą przeradzały się w późniejsze przyjacielskie kontakty. Ludzie ci po latach podkreślali mocno jego wyjątkową szlachetność, kulturę słowa i bycia.

Trzeba też wskazać na rekolekcje i misje ludowe, które nieraz prowadziliśmy razem w wielu miejscowościach. Owszem, ja początkowo prowadziłem rekolekcje, ale chciałem też poznać od strony praktycznej metodę głoszenia misji ludowych, stąd zdecydowałem się pojechać z Księdzem Feliksem na misje do Grójca. Był wtedy z nami jeszcze ks. Rafał Raus. Właśnie w dniu rozpoczęcia misji Ksiądz Feliks opuścił szpital, gdzie leżał wtedy z powodu komplikacji swego serca, i zaraz po wyjściu ze szpitala przyjechał prosto do parafii św. Mikołaja w Grójcu. Okazało się, że tego dnia zmarł papież Jan Paweł II (2005). Dobrze, że wtedy coś poczytałem na temat prowadzenia misji, bo kochany Ksiądz Feliks przeżywał tę śmierć mocno wzruszony, oglądał reportaże telewizyjne i ciągle płakał. Wiadomo, że był bardzo związany z Janem Pawłem II, gdyż papież był jego przewodnikiem wiary, jak zresztą jak Prymas Tysiąclecia, Stefan kard. Wyszyński. Ich naukami żył i ciągle do nich powracał. Ksiądz Feliks miał zdolność kojarzenia różnych faktów i wydarzeń z życia i nauczania papieża czy kard. Wyszyńskiego.

A jak wyglądały relacje Księdza Feliksa z Karolem kard. Wojtyłą, późniejszym papieżem?

Najpierw były to spotkania z Księdzem Prymasem Stefanem Wyszyńskim w Choszczówce. Ponieważ Ksiądz Feliks pracował z młodzieżą akademicką, to automatycznie też spotykał się z kard. Wyszyńskim. Wtedy Ksiądz Prymas zapraszał młodzież do siebie na ul. Miodową. Siadali tam w Sali rezydencji arcybiskupów warszawskich, nieraz i na ziemi, a Ksiądz Prymas chodził pośród nich i częstował wszystkich pączkami. Obraz Prymasa Wyszyńskiego przekazany nam w opowieściach Księdza Feliksa jest zupełnie inny, niż znamy go z oficjalnych relacji. Sądzę, że tu należy też szukać początków spotkań Księdza Feliksa z kard. Wojtyłą, bo obaj kardynałowie bywali razem w Choszczówce. W pierwszej papieskiej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski Ksiądz Feliks ze wzruszeniem towarzyszył Ojcu Świętemu na szlaku jego pielgrzymowania, od początku do końca. Jako redaktor „Królowej Apostołów” miał również akredytację prasową. Ksiądz Feliks znał bardzo dobrze naukę papieża Jana Pawła II i nie tylko ją cytował, ale i przeżywał, ukazując słuchaczom głębię jej treści. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że miał ku temu wielki dar wniknięcia w ducha przepowiadania Jana Pawła II.

Jaka tematyka dominowała w jego kazaniach i konferencjach?

Najpierw należy zaznaczyć, że w swych kazaniach i konferencjach Ksiądz Feliks najczęściej odwoływał się do Pisma Świętego. Jego przepowiadanie było zrozumiałe dla wszystkich, ponieważ były przekazywane z sercem. Ksiądz Feliks miał różnorodny sposób przepowiadania, raz wzruszał się, drugi raz podnosił głos. Zapewne ta różnorodność stylu przepowiadania wiązała się z jego chorobą serca, ale nie powodowało to u niego jakiegoś zmęczenia. Czuł się nawet dobrze i głoszenie słowa Bożego było jego pasją życia.

Jeśli chodzi o tematykę jego przepowiadania, to na pierwszym miejscu postawiłbym jednak problematykę związaną z potrzebami Rodziny Rodzin, która była mu bardzo bliska. Później, należałoby wskazać na tematy ojczyźniane, co było związane z jego współpracą z ks. Jerzym Popiełuszką. Po jego zamordowaniu Ksiądz Feliks zorganizował oprawę duszpasterską uroczystości sprowadzenia zwłok Męczennika do Warszawy i jego pogrzebu. Przez to dał się poznać jako dobry organizator oraz ojciec duchowny, co sprawiło że został następcą ks. Jerzego w duszpasterstwie ludzi pracy. Sprawy ojczyźniane obecne były w nauczaniu Księdza Feliksa do końca jego dni. Ostatnio, przeżywał bardzo wybory prezydenckie, mówił nawet o tym w prywatnych rozmowach. Do modlitwy różańcowej w sprawie tych ojczyźnianych problemów mobilizował wszystkich ludzi, a sam przy tym wzruszał się mocno i denerwował na tych, co nie cenili sobie wartości narodowo-patriotycznych.

W swoich kazaniach i konferencjach cytował oprócz ks. Jana Twardowskiego również Romana Brandstaettera, Stanisława Wyspiańskiego i wielu innych. Przywoływanie z pamięci tych cytatów szło mu tak, jakby „z rękawa”. Ja zawsze podziwiałem u niego tę umiejętność wykorzystania bogactwa literatury polskiej. Prowadząc jakiś temat konferencji raptem pogłębiał go cytatami z wyżej wymienionych poetów czy pisarzy. Były to nieraz długie passusy. Niektóre cytaty i zwroty bardziej sobie cenił i częściej je przytaczał, co widać, jeśli przegląda się jego konferencje. Słuchało się tego z wielkim zainteresowaniem. Cytował też często Stefana kard. Wyszyńskiego, choć trudno było przytaczać myśli Prymasa Tysiąclecia, gdyż ten miał swoisty styl formułowania zdań. Były to bowiem zdania jemu właściwe, ale trudniej było je innym cytować. Mimo to przywoływał zdania Księdza Prymasa na temat rodziny, np. że rodzinę, małżeństwo nie można traktować jako umowę, ale należy postrzegać je jako sakrament; przytaczał też hasło kardynała: „Rodzina Bogiem silna”, które było bliskie Księdzu Feliksowi, z racji jego pracy w Rodzinie Rodzin.

Ksiądz Feliks na swoim obrazku jubileuszowym wypisał słowa: „Nie ma zasług, jest tylko dług wdzięczności spłacany Bogu i ludziom… teraz i przez wieki”. Czy faktycznie żył on treścią tych słów?

W czasie choroby człowiek chory bardziej zajmuje się sobą. Natomiast ktokolwiek przyszedł do chorego już Księdza Feliksa, on natychmiast nawiązywał z nim kontakt poprzez wspominanie osób i wydarzeń związanych z jego rodziną. Sam był człowiekiem niesamowicie wdzięcznym. Powtarzał: „Dziękuję, dziękuję, dziękuję”, tak po kilka razy. To jego charakterystyczna cecha i dlatego nie dziwię się temu, co napisał i co powiedział podczas jubileuszu: „Nie ma zasług, jest tylko dług wdzięczności spłacany Bogu i ludziom… teraz i przez wieki”. Piękne zdanie, które powinno stać się jakimś naszym testamentem, zwłaszcza dla tych, którzy z nim żyli i dzielili z nim na różny sposób swój los.

Gdy Ksiądz Feliks był w szpitalu, tam też ciągle duszpasterzował, ale i dziękował… Kaplica, pokój w którym przebywał i sale chorych, które odwiedzał, były nieustannym miejscem jego duszpasterzowania. On nie mógł inaczej żyć. Nie opuszczał w tym lekarzy i pielęgniarek, mając dla wszystkich ludzi dobre słowo. Podobnie było w Niemczech, gdy leżał w klinice uniwersyteckiej. To dzięki staraniom biskupa Alojzego Orszulika, ks. Józefa Pawliczka i niemieckiej Caritas odbyła się tam jego operacja serca, bo w Polsce wówczas nie było dobrych warunków do przeprowadzenia takiego zabiegu. Za to był wdzięczny ks. Pawliczkowi do końca swego życia. Nawet w ostatnich dniach, kiedy już nie mógł podnieść telefonu i prowadzić rozmowy, mówił jeszcze: „Ksiądz Pawliczek przywiózł mi paczkę lekarstw, a ja nie mogę odebrać od niego telefonu…”.

Postrzegałem Księdza Feliksa jako człowieka żarliwej modlitwy. Czy podziela Ks. Profesor moje spostrzeżenia?

Prawie każdego dnia widać go było w kaplicy na adoracji Najświętszego Sakramentu. Otwierał wtedy tabernakulum i adorował Chrystusa, odmawiając przy tym różaniec. Mówił, że najważniejszą dla niego sprawą jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Był to rzeczywiście człowiek modlitwy. Od wielu ludzi przynosił ze sobą do kaplicy ich życiowe problemy i oddawał je w modlitwie Panu Bogu, a to co otrzymał w trakcie tych adoracji, wszystkie te natchnienia niósł później do ludzi i przekazywał je potrzebującym. To była tajemnica jego życia.

Często cytował na ambonie piękny tekst o modlitwie. Mianowicie, kiedyś pytał się swojej Mamy: „Co jest najważniejsze w życiu?”. Ona mu odpowiedziała: „Synu, modlitwa!”. Po kolejnym jego pytaniu odrzekła: „Powiedziałam ci, synu – modlitwa!”.

Co jeszcze mógłby Ksiądz Profesor dodać do tej rozmowy?

Ksiądz Feliks to ikona człowieczeństwa, kapłaństwa i pallotyńskości. Jako człowiek był niesamowicie szlachetnym i dobrym; żył problemami wielu ludzi. Spotkania jego z ludźmi nie były tylko fasadowymi spotkaniami, bo wnikał w ludzkie problemy i na długo zachowywał je w swej pamięci. Głęboko przeżywał sprawowane przez siebie Msze święte i wiele można było się od niego nauczyć. Jeśli chodzi o jego pallotyńskość, to należy podkreślić, że napisał pracę magistersko-licencjacką pt. Nauka o apostolstwie ludzi świeckich według pism Wincentego Pallottiego (Lublin 1964). Promotor pracy ks. prof. Wincenty Granat bardzo cenił Księdza Feliksa i chciał, aby on został na KUL-u i dalej przygotowywał doktorat, ale Ksiądz Feliks sam zrezygnował z tej propozycji. To była jedna z pionierskich prac o apostolstwie świeckich w Polsce. Do tego trzeba dołączyć jego współpracę z ks. Wiktorem Bartkowiakiem w Ośrodku Studiów Pallotyńskich, który później przekształcił się w Ośrodek Studiów Apostolskich, a w końcowej fazie w Instytut Pallottiego. On był obecny w tych transformacjach jako sekretarz Ośrodka i z ks. Romanem Foryckim uczestniczył w Dniach Pallottiego, organizowanych przez tę instytucję naukową. Doceniał też wkład i zaangażowanie w sprawy pallotyńskie ks. Foryckiego i ks. Stanisława Kuracińskiego, także jego kolegów kursowych, Otwocczaków. Cały ich kurs był wewnętrznie związany przez mistrza nowicjatu, wspomnianego już wyżej ks. Leona Cieślaka. Z tej racji kurs cechował się głęboką pobożnością maryjną (sam ksiądz Feliks interesował się mariologią); już w nowicjacie zawarli oni „Przymierze z Maryją”. Ksiądz Feliks zawsze odmawiał wszystkie części różańca.

Dziękuję serdecznie za przybliżenie nam wszystkim sylwetki duchowej i ludzkiej Księdza Feliksa Folejewskiego Myślę, że będzie nam wszystkim towarzyszył z nieba, jak zresztą zaznaczył to w swoim testamencie (Gdy stanę przed Bogiem, nie zapomnę o Was, którym tyle zawdzięczam).

Rozmowę przeprowadził i tekst do druku przygotował ks. Stanisław Tylus SAC

Za: InfoSAC 28/09/2015 [35]