Wywiad: Nie mówcie do mnie Ekscelencjo

Z ks. abp. Konradem Krajewskim, jałmużnikiem papieskim, rozmawia o. Zdzisław Klafka CSsR

Ojcze Konradzie, dla całej Polski, dla całego Kościoła w Polsce, ale nie tylko, uroczystość święceń biskupich – i to z wielką niespodzianką – z obecnością Ojca Świętego, to wielki moment, za który Panu Bogu dziękujemy. Czy mógłby się Ojciec jako nowo wyświęcony arcybiskup podzielić z Polakami, co czuje w tej szczególnej chwili?

– Oczywiście wielką wdzięczność wobec Pana Boga, że mi zaufał – poprzez Papieża Franciszka, chociaż Ojciec Święty mnie nie święcił, bo to była troszkę moja wina. Kiedy Papież zapytał mnie, kogo chciałbym, żeby mnie święcił, powiedziałem od razu: „Biskup Marini”, ponieważ to on był moim przełożonym. Dopiero potem, po czasie, przyszedłem do Ojca Świętego i mówię: „Ojcze Święty, a może Ojciec Święty by mnie święcił?”. Ojciec Święty wtedy powiedział: „Zależy mi na tym, żeby myśleć sercem, a nie dyplomacją”. I dodał: „Nie martw się, wyświęci cię ten, o którym mówiłeś, natomiast ja ci sprawię niespodziankę”. Tą niespodzianką była właśnie obecność Ojca Świętego podczas całej Mszy św., w czasie której otrzymałem święcenia biskupie.

Na znak pokoju Ksiądz Arcybiskup podszedł do Ojca Świętego. Czy mógłby nam zdradzić, jaka nastąpiła wymiana słów?

– Tak, podszedłem do Ojca Świętego, bo jest w rycie taki moment, kiedy wyświęcony biskup podchodzi do wszystkich biskupów i przekazują sobie znak pokoju jako włączenie do kolegium biskupów – apostołów. I wtedy Ojciec Święty powiedział mi: „Dziękuję ci bardzo”. Odpowiedziałem: „To ja Ojcu Świętemu dziękuję bardzo”. „Nie, nie! To ja ci dziękuję bardzo”. Ta funkcja mnie przerasta – wiem o tym doskonale. To, czego chce Ojciec Święty ode mnie, to by nie czekać na biednych, którzy będą pukali do drzwi Watykanu, tylko iść ich szukać, przekraczać samego siebie, chodzić na oddziały paliatywne, reprezentować Ojca Świętego, zanosić różańce, błogosławić, modlić się z tymi ludźmi, wychodzić na ulice – to, co robił Ojciec Święty w Buenos Aires bardzo często w ciągu tygodnia wychodził wieczorami na ulicę i z ubogimi jadł kolację. Ojciec Święty żąda ode mnie, bym go reprezentował – to powala na nogi, ale skoro powiedziałem „tak”, więc spróbuję przekroczyć samego siebie. Ewangelia mówi: „zaprzeć się samego siebie”, by być twarzą miłosierną Boga i Ojca Świętego. Papież już nie może wychodzić na ulice, jak kiedyś; potrzebował do tego księdza – wybrał mnie. To biskupstwo – owszem, jest sakramentem, otwiera mi drogę do wielu drzwi, ale tak jak mówiłem dzisiaj w podziękowaniu – wszyscy na Watykanie mówili do mnie „Ojcze Konradzie” i poprosiłem, żeby dalej tak mówili; żeby nie mówili do mnie „Ekscelencjo”, bo ja jestem posłany do tych, do których Ojciec Święty nie może już wyjść ze zrozumiałych względów. Więc będę chodził po tych ulicach wraz z siostrami, z Gwardią Szwajcarską i będę reprezentował Ojca Świętego, mówiąc ludziom, jak bardzo ich kocha. Oni o tym wiedzą, ale potrzebują także jego pomocy, więc będę udzielał im pomocy w imieniu Ojca Świętego.

Dzisiaj wielu z nas pomyślało: „Szkoda, że tej chwili nie doczekała mama Księdza Arcybiskupa”.

– Widocznie tak miało być, że wszyscy moi najbliżsi umarli: rodzice i brat, kiedy byłem tutaj, w Rzymie. Dzisiaj, kiedy leżałem krzyżem w Bazylice św. Piotra, myślałem o tym bardzo długo. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale może to było do czegoś potrzebne, żebym nie miał żadnych odniesień do najbliższych; żeby moimi najbliższymi byli ci, którzy są porzuceni i opuszczeni, przebywają w obozach przejściowych na Lampedusie, w Ostii. Wtedy już nie muszę myśleć o moich bliskich; mam kogo odwiedzać. Mam tylko bratanicę, która miała pół roku, gdy zmarł mój brat; stąd nie mam żadnych zobowiązań rodzinnych. Moją rodziną są ci, do których posłał mnie Ojciec Święty. Wielu z nich przyszło dziś na moje święcenia, znam ich; przyszli dwa dni temu do mnie do domu i mówili: „Proszę księdza, przestaniemy pić na księdza święcenia”. Dotrzymali słowa. Dziś było ich bardzo wielu w bazylice, a to jest ponad ich siły: wytrzeźwieć, wyprać swoje rzeczy i przyjść na święcenia, przynieść mi kwiaty, nie wiem, skąd mieli pieniądze. To mi pokazało, że ja też muszę zaprzeć się samego siebie; że mam robić coś, co jest dla mnie niemożliwe, by reprezentować Ojca Świętego, reprezentować Miłosierdzie Boże.

Pomagał Ojciec posługiwać trzem Papieżom przy ołtarzu Pańskim. Był tym, który dbał o liturgię, a teraz będzie posługiwał przy tych ołtarzach, którymi są ubodzy. Czy to jest ta sama liturgia?

– To jest ta sama liturgia, bo Pan Jezus zasiadał do stołu z ubogimi. Nie słyszałem, żeby zasiadł z jakimś prezydentem, z ministrem – natomiast zasiadał z ubogimi. On był dla ubogich i to będzie teraz mój stół. Stąd ostatni raz widziano mnie dzisiaj w bazylice w mitrze i z pastorałem. Ojciec Święty powiedział mi wyraźnie, że nie chce mnie widzieć za swoimi plecami, bo taka jest między innymi funkcja jałmużnika: zawsze jest, towarzyszy Ojcu Świętemu. Powiedział: „Nie chcę cię widzieć za moimi plecami, nie chcę cię widzieć za biurkiem. Chcę cię widzieć wśród ubogich”. Oby się tak stało, bym mógł temu sprostać. Proszę wszystkich tych, którzy słuchają Radia Maryja, którzy oglądają Telewizję Trwam, żeby mi towarzyszyli modlitwą, bo to mnie przerasta. Ja wiem, że sam tego nie potrafię zrobić.

Czy na koniec możemy prosić o błogosławieństwo dla całej rodziny polskiej za pośrednictwem Telewizji Trwam i Radia Maryja? A my ze swojej strony zapewniamy o naszym modlitewnym wsparciu.

– Moim zadaniem jest błogosławić – po to są te święcenia; dlatego wszystkim z Radia Maryja, wszystkim, którzy nas teraz słuchają, niech błogosławi Bóg Wszechmogący: Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen. Szczęść Boże wszystkim.

Dziękuję za rozmowę.

Wersja Video

Watykan, 17.09.2013