Wywiad archiwalny: Wspomnienia kresowe

Tadeusz Ślipko w okresie dzieciństwa (Fot. prywatne archiwum T. Ślipko SJ)Z Tadeuszem Ślipko SJ, filozofem i etykiem, rozmawia Józef Augustyn SJ.

Urodził się Ojciec jeszcze za czasów, kiedy Polska była pod zaborami.

Urodziłem się 18 stycznia 1918 roku w Stratynie i rzeczywiście przez dziesięć miesięcy, do listopada, kiedy Polska odzyskała niepodległość, byłem jeszcze poddanym Karola I Habsburga-Lotaryńskiego, ostatniego władcy Cesarsko-Królewskich Austro-Węgier. Stratyn w powiecie rohatyńskim w czasach Polski przedrozbiorowej należał do magnackiej rodziny Bałabanów. Za czasów II Rzeczpospolitej był najmniejszym miasteczkiem w województwie stanisławowskim. Dziś to niewielka wioska w zachodniej Ukrainie.

Mój ojciec, Jan, był w Stratynie komendantem miejscowej policji, najpierw cesarsko-królewskiej, a po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości już policji polskiej. Jego służba przypadła na bardzo burzliwe czasy – okres pierwszej wojny światowej, a później wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku. W 1923 roku mój ojciec zmarł. Miał wtedy pięćdziesiąt lat.

Jak wspomina Ojciec okres dzieciństwa spędzony na Kresach Wschodnich?

Z najwcześniejszego dzieciństwa wiele rzeczy znam tylko ze wspomnień mojej matki – Marii. Opowiadała na przykład o czasach wojny z 1920 roku. Mój ojciec walczył wtedy z Rosjanami, a ona została ze mną w Stratynie. Miasteczko zostało zajęte przez Rosjan, zdaje się, że przez oddział 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego, który nacierał w kierunku Lwowa. Żołnierze tej armii słynęli z ogromnego okrucieństwa i właśnie jeden z jej oddziałów dotarł do Stratyna. Posterunek policji, przy którym mieszkaliśmy, został zajęty przez oficerów. Matce kazali się przenieść do pokoju za kuchnią, a sami zajęli pozostałe dwa czy trzy pokoje. Mama wspominała jednak, że wobec niej zachowali się bardzo grzecznie. Nie było żadnej przemocy ani nadużyć. Pozwolili jej nawet korzystać z kuchni.

Miałem wówczas niecałe trzy lata. Pewnego dnia nieupilnowany wyszedłem z naszego pokoju i stanąłem w progu drzwi wyjściowych. Stał tam akurat jeden z tych bolszewickich kawalerzystów – trębacz w jednostce. Dał mi swoją trąbkę, wziął na ręce, posadził na koniu i sam także na niego wsiadł. Zaczęliśmy powoli jeździć na około podwórka, a inni żołnierze, którzy akurat tam siedzieli pod drzewami, śmiali się z tej naszej ekskursji. Tylko mama mdlała ze strachu, bo nie wiedziała, jak ta zabawa się skończy. Po chwili jednak żołnierz oddał mnie w jej ręce.

Nie wszystkie więc wspomnienia z bolszewikami w tle są złe.

To był akurat dobry człowiek. Po jakimś czasie oddział sowieckich kawalerzystów wyjechał z miasteczka. Żołnierze opuszczając nasze mieszkanie, nie wyrządzili w nim żadnych szkód. Mieliśmy więc naprawdę dużo szczęścia.

Po wojnie polsko-bolszewickiej ojciec wrócił na posterunek. Miał pod swoim dowództwem kilku policjantów. Stratyńska jednostka była dosyć silnie obsadzona, ponieważ po 1920 roku na tym terenie dochodziło do wielu bandyckich napaści na okolicznych mieszkańców. Niebezpiecznie było bodajże do 1923 roku, kiedy na Podole zostało wysłane wojsko polskie i dopiero z pomocą żołnierzy udało się tu przywrócić spokój. Mama wspominała, że ojciec wychodząc na służbę, żegnał się z nią tak, jakby miał już nie wrócić. Nie był pewien, co się wydarzy na patrolu.

Ojciec był chory na serce i zmarł nagle w styczniu 1923 roku. Miałem wtedy pięć lat. Pamiętam, że jego ciało położono w kancelarii. Mama siedziała obok i bardzo płakała. Została trzydziestosześcioletnią wdową z trójką małych dzieci. Chciałem ją jakoś pocieszyć, więc podszedłem i powiedziałem: „Nie płacz mamo, będziemy mieli innego tatę”. Taka to była ta moja pociecha. Nie było jednak innego taty. Po śmierci ojca jeszcze przez rok mieliśmy prawo mieszkać w służbowej kwaterze przy posterunku policji. Przez ten czas mama wykończyła dom, który wcześniej zaczęli budować z ojcem na skraju miasteczka. W tym domu mieszkaliśmy bodajże dwa lata.

Mama jednak nie chciała zostać w Stratynie. Dom planowała przy pierwszej nadarzającej się okazji sprzedać, by móc przenieść się do Gródka Jagiellońskiego, 33 kilometry od Lwowa, skąd pochodzili obydwoje rodzice i gdzie mieliśmy rodzinę. W Gródku mama miała zapisaną połowę domu rodzinnego i właśnie tam się przeprowadziliśmy.

Do szkoły więc zaczął Ojciec uczęszczać w Gródku Jagiellońskim.

Mama zapisała mnie do szkoły jeszcze w Stratynie. Pamiętam, że w pierwszy dzień nauki zaprowadziła mnie do szkoły, ale ja nie chciałem tam zostać. Kiedy mama wychodziła z klasy, rozpłakałem się. Szkoła mnie trochę przerażała – to był dla mnie zupełnie inny świat, którego się po prostu bałem. Jedną lekcję mama ze mną posiedziała, żebym się uspokoił, a później przekupiła mnie cukierkami i wtedy zgodziłem się zostać w klasie bez jej towarzystwa. Do szkoły w Stratynie chodziłem jednak tylko dwa miesiące. Edukację kontynuowałem już w Gródku. Najpierw przez cztery lata uczyłem się w szkole powszechnej, a później zdałem egzamin do Gimnazjum Humanistycznego im. Króla Władysława Jagiełły i tam uczyłem się przez osiem lat, do matury.

To gimnazjum było bardzo blisko naszego domu, dosłownie pięć minut drogi. Trzeba było tylko przejść przez most na rzece. Pamiętam, że na długiej przerwie przybiegałem do mamy na drugie śniadanie. To było przedwojenne gimnazjum, w którym pilnowano dyscypliny. Uczniów, którzy coś tam przeskrobali, karano „trzcinką”. Karze podlegały na przykład brudne nogi. A te nieraz się zdarzały, bo wielu uczniów z przedmieścia chodziło do szkoły na boso. Przed lekcjami, zwłaszcza przed gimnastyką, pędzili do strumyka umyć nogi, by uniknąć wspomnianej trzcinki.

Rzeczywiście uczniowie chodzili wówczas do szkoły boso?

Zdarzało się, zwłaszcza w lecie. Gródek to nie było wielkie miasto. Do naszego gimnazjum chodziły dzieci z mieszczańskich rodzin, ale także biedne chłopskie dzieci pochodzące z okolicznych wiosek. Między uczniami były widoczne różnice pochodzenia. W Gródku mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi, ale w naszej szkole mieliśmy kolegów także o niemieckich, austriackich czy nawet węgierskich nazwiskach. W czasach zaborów w Gródku były koszary i prochownia, stacjonował tu 13. Galicyjski Regiment Ułanów. W związku z tym do miasta przybyło wielu austriackich urzędników i wojskowych, którzy się tu osiedlili i zupełnie spolonizowali. Miasto i jego okolice to było naprawdę wielonarodowościowe, wielokulturowe i wieloreligijne środowisko.

Czy od razu po maturze postanowił Ojciec wstąpić do Towarzystwa Jezusowego?

Po maturze, którą zdałem w 1936 roku, chciałem się dalej uczyć. Nie myślałem wówczas o zakonie. Moje plany pokrzyżowało jednak zapalenie płuc. Rodzinna rada złożona z mamy, wujka, ciotki i stryjenki ustaliła, że po tak ciężkiej chorobie nie mogę iść od razu na studia. Miałem więc w nauce roczną przerwę. Przez ten czas fizycznie się wzmacniałem. Siedziałem w domu i udzielałem korepetycji, by zarobić parę złotych. Zdaje się, że za cały miesiąc dostawałem 10 złotych. Dopiero po roku zapisałem się na studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie.

Jaki kierunek Ojciec wybrał?

Z kierunkiem studiów wiąże się nieco zabawna historia. Na mój wybór miały bowiem wpływ opowieści pewnego kolegi mojej siostry – Janiny. Była ona w tym czasie nauczycielką i kierowniczką szkoły w podgródeckich Dolinianach. Pracowała tam z koleżanką, którą często w niedziele odwiedzał brat – student geologii na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Lwowskiego. Nie wiem do końca, czy odwiedzał on swoją siostrę czy moją, ale czasami przed powrotem do Lwowa na studia wstępował z Janiną do naszego domu i opowiadał o tej geologii. Podobało mi się zwłaszcza to, że na tych studiach często wyjeżdżali w teren.

Kiedy więc minął czas mojej rekonwalescencji, postanowiłem zapisać się na geologię. Pamiętam, że kiedy oświadczyłem mój zamiar mamie, zapytała tylko: „Co ty chcesz zrobić? Przecież ty nie masz zdolności do nauk przyrodniczych, tylko do humanistycznych!”. Ja jednak twardo obstawałem przy swoim, mówiąc, że mam już osiemnaście lat i dlatego mam głos decydujący, a ona tylko – doradczy. Do tej pory mama rozmawiała ze mną spokojnie, ale na takie moje słowa oburzyła się i powiedziała, że dopóki mieszkam w jej domu i jem jej chleb, to ona ma głos decydujący.

Ostatecznie jednak zgodziła się na mój wybór i wyjechałem do Lwowa na studia geologiczne. Szybko okazało się, że to mama miała rację i geologia to nie jest kierunek dla mnie.

Geologii więc Ojciec nie skończył?

Nie. Już po trzech pierwszych miesiącach postanowiłem przenieść się na Wydział Humanistyczny. Były przepisy, które na to zezwalały, ale dopiero po zebraniu odpowiedniej liczby zaliczeń. Ja jednak miałem nadzieję, że uda mi się przenieść wcześniej. Poszedłem więc do dziekanatu Wydziału Humanistycznego, by załatwić wszelkie formalności. Po wejściu do sekretariatu naprzeciwko drzwi zobaczyłem poważnego pana z wąsami. Wziąłem go za sekretarza i jemu przedstawiłem swoją sprawę. Kiedy dowiedział się, że studiuję geologię, powiedział tylko, że to kierunek z przyszłością. Na te słowa wycofałem się z sekretariatu. Pomyślałem, że skoro już sekretarz negatywnie ustosunkował się do mojego przeniesienia, to co dopiero powie dziekan.

Przez rok więc nie robiłem nic. Chodziłem tylko na wszelkie wiece i manifestacje, jakie odbywały się w tym czasie we Lwowie, i zbierałem na geologii zaliczenia, co nie było bardzo trudne – wystarczyło być obecnym na odpowiedniej liczbie wykładów. Po zaliczeniu pierwszego roku geologii ponownie udałem się do sekretariatu Wydziału Humanistycznego, by już oficjalnie załatwić zmianę kierunku studiów. Spotkałem tam tego samego pana z wąsami. Powiedziałem mu, że zdobyłem odpowiednią liczbę zaliczeń i chciałbym się jednak z tej geologii przenieść. A on skierował mnie do pani sekretarki. Nie był to bowiem sekretarz, jak myślałem, tylko woźny. I przez tego woźnego straciłem kolejny rok…

Ostatecznie udało się Ojcu zmienić kierunek studiów.

Za drugim razem już bez żadnych problemów. Na nowym wydziale zacząłem studiować polonistykę pod kierunkiem między innymi prof. Juliusza Kleinera i prof. Witolda Taszyckiego.

Co powiedziała na tę zmianę Ojca mama?

No cóż. Na początku wstydziłem się jej przyznać. Więc dopiero, jak skończyłem pierwszy rok studiów na Wydziale Humanistycznym, powiedziałem jej, że się przeniosłem. Przez ten rok solidnie studiowałem, zdałem nawet jeden bardzo trudny egzamin u prof. Taszyckiego. Kiedy mogłem się pochwalić pierwszymi sukcesami, powiedziałem mamie, że poprzedni rok również straciłem.

I…?

Mama nie robiła mi żadnych wyrzutów. Nie padły słowa typu: „A nie mówiłam…”. Powiedziała, że dobrze zrobiłem, bo swoje błędy trzeba naprawiać. Moja mama była bardzo mądrą i dobrą kobietą. Wychowywała nas sama i w naszym domu panowała „łagodna dyscyplina”. Jak trzeba było, to dostałem, nie powiem, ale tylko za „zbrodnie kapitalne”. Kiedyś na przykład siostra zabrała mi gruszkę i w akcie złości rzuciłem w nią kamieniem. Mama orzekła za to karę pięciu razów. Sama jednak „wyroku” nie wykonała. Lanie dostałem od wujka – sześć razów. Ten szósty dla lepszego zapamiętania i żebym się poprawił.

Wróćmy jeszcze do Ojca studiów. Polonistyki także nie udało się Ojcu skończyć.

Tym razem moje studia przerwał wybuch drugiej wojny światowej.

Czy brał Ojciec udział w kampanii wrześniowej?

W styczniu 1939 roku skończyłem dwadzieścia jeden lat. Wiosną tego roku zostałem więc przez Komisję Poborową Wojska Polskiego zobowiązany do odbycia jednorocznej służby wojskowej w Szkole Podchorążych Artylerii Lekkiej bodajże we Włodzimierzu Wołyńskim. Służbę tę miałem rozpocząć jesienią, tymczasem 1 września wybuchła wojna. Udałem się więc do mojej jednostki nie po to, by odbywać służbę, ale by się zaciągnąć do wojska i walczyć. Do Włodzimierza pojechaliśmy z kolegą na rowerach, ale po drodze, w Żółkwi, przygodnie zagadnięty przeze mnie kapitan kazał nam jechać na południe, do Stanisławowa (dziś to Iwano-Frankowsk na Ukrainie), gdzie była koncentracja wojsk.

Po drodze zobaczyłem drogowskaz „Rohatyn”, a niedaleko Rohatyna był Stratyn, gdzie mieszkaliśmy, zanim umarł ojciec i gdzie został on pochowany. Powiedziałem więc do kolegi, z którym jechałem, że wojna się nie skończy za dwa dni i żebyśmy wstąpili na te dwa dni do tego Stratyna, bym mógł odwiedzić grób ojca. Mieszkała tam ukraińska rodzina, z którą po wyjeździe do Gródka cały czas utrzymywaliśmy kontakt, mieliśmy się więc z kolegą gdzie zatrzymać.

Dotarliśmy do Stratyna, odwiedziłem grób ojca i na drugi dzień planowaliśmy z kolegą ruszyć dalej do Stanisławowa. Tymczasem 17 września od wschodu Polskę zaatakowali Rosjanie i na tym skończyło się nasze wojowanie. Nie mieliśmy już szans dotrzeć do Stanisławowa. Musieliśmy jakoś wrócić do Gródka, a nie było to łatwe. Stratyn leżał na uboczu głównych traktów. By dojść do drogi prowadzącej na Lwów i Gródek, trzeba było przejść przez teren zalesiony, mało bezpieczny, kiedy wokoło toczyły się walki. Gospodyni, u której się zatrzymaliśmy, powiedziała więc, że przeprowadzi nas jej brat, Iwaś.

Idziemy więc z tym Iwasiem, a po jakimś kilometrze czy dwóch otoczyła nas kołem banda dwudziestu czy trzydziestu nieumundurowanych, ale uzbrojonych Ukraińców. Iwaś, który nas prowadził, zaczął z nimi rozmawiać i tłumaczyć coś dowódcy. To były burzliwe pertraktacje, w których Iwaś chciał mnie i mojego kolegę uratować przed niechybną śmiercią. Nie mogli jednak dojść do porozumienia. Dyskusja trwała i trwała. Tak naprawdę wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, co mi groziło. Z pobliskich chat zbiegli się ludzie, tworząc krąg gapiów.

Stoimy więc z kolegą otoczeni tymi dwoma kręgami: napastników i czekających na rozwój wydarzeń „obserwatorów”, a Iwaś cały czas rozmawia. W pewnym momencie spojrzałem w górę nad głowami zebranych ludzi. Myśmy byli w dolinie niewielkiego strumienia, ponad nami wznosiło się zalesione wzgórze, a na nim, pod lasem, stała chatka. I widzę, jak z tej chaty wybiega kobieta, biegnie dróżką ze wzgórza w naszą stronę, przybiega do nas, przez nikogo niezatrzymywana rozsuwa pierwszy krąg gapiów, potem drugi krąg bandytów, wchodzi do środka, bierze mnie za rękę i mówi po ukraińsku „Chody zi mnoju”, czyli „Chodź ze mną”. No to ja kolegę za rękę i idziemy tą samą dróżką, którą do nas przybiegła. A tamci wszyscy stali i patrzyli. Nikt nie zaprotestował, nikt nas nie zatrzymał, nikt nie ośmielił się przeciwstawić tej kobiecie. Tylko Iwaś dołączył do nas. Kiedy doszliśmy do domu tej starszej kobiety, w izbie nakryła białym obrusem stół, wyciągnęła mleko, chleb i masło. A gdy wszystko było gotowe, zaprosiła nas do jedzenia, usiadła obok i zaczęła opowiadać swoją historię.

Tuż przed pierwszą wojną światową wyszła za mąż. Razem z mężem mieli niewielkie gospodarstwo, ale ich majątek był obciążony długiem zaciągniętym u pewnego Żyda, właściciela miejscowej karczmy. Ten dług mieli sukcesywnie spłacać co dwa lata. Wybuchła jednak wojna i mąż tej kobiety został powołany do armii austro-węgierskiej. Wojna trwała, a dług trzeba było spłacać. Tylko z czego? Groziła jej licytacja majątku – prawo austriackie było tu bezwzględne. Zdesperowana kobieta poprosiła o pomoc mojego ojca, który był w tym czasie – jak już mówiłem – komendantem stratyńskiej policji. Ojciec wysłuchał jej i powiedział: „Ja ci krzywdy nie pozwolę zrobić”. A że ojciec był policjantem, to wiedział to i owo o sprawach owego Żyda. Zagroził mu, że jeśli nie odstąpi od licytacji majątku tej kobiety, to przyglądnie się mu uważniej i Żyd więcej na tym straci, niż zyska. Ostatecznie więc termin spłaty przesunięto i dług spłacony został już po wojnie, po powrocie męża tej kobiety.

Miała więc w stosunku do rodziny Ojca dług wdzięczności.

Ktoś z sąsiadów doniósł jej, że pod lasem Ukraińcy chcą rozstrzelać „Lachów”, w tym syna komendanta policji, który uratował ją przed licytacją. Kiedy się o tym dowiedziała, od razu przybiegła mnie ocalić.

Jak to jednak możliwe, że nikt z napastników nie zareagował?

W tej grupie Ukraińców był jej syn. A Ukraińcy starsze kobiety, matki darzyli w tych czasach ogromnym szacunkiem. Nie śmiali się im sprzeciwiać. Do tego stopnia, że kiedy słuchaliśmy opowieści tej kobiety, do jej domu przyszedł jeden z naszych niedoszłych oprawców i dał nam pismo, które chroniło nas przed atakami innych podobnych grup ukraińskich.

Przydało się?

Tak, w drodze do Gródka jeszcze raz zostaliśmy zaatakowani przez Ukraińców. Ale dzięki temu „glejtowi” mogliśmy pójść dalej. Później już bez większych przygód dotarliśmy do domu.

Kiedy Ojciec postanowił wstąpić do zakonu?

Właśnie w tym czasie. Kiedy wybuchła wojna najpierw z Niemcami, a później z Rosją Radziecką, załamał się cały mój świat. To był dla mnie koniec. Chciałem znaleźć się w innym świecie, poza tym, co się wokoło mnie działo. Wtedy wyobrażałem sobie, że takim miejscem na uboczu jest właśnie klasztor. Tylko że w Gródku klasztorów nie było. Mama więc doradziła mi, żebym udał się do Krakowa. Tam zakonów było dużo, a poza tym mieliśmy w Krakowie rodzinę. Dotarłem więc do Krakowa i wydawało mi się, że każdy zakon przyjmie mnie z otwartymi rękami. A tu dominikanie zamknięci, franciszkanie zamknięci, tylko u jezuitów u św. Barbary na Małym Rynku wpuścił mnie brat furtian.

Nie był więc Ojciec od początku zdecydowany na Towarzystwo Jezusowe.

Przyznam się, że nie. To raczej był przypadek. Ów furtian skierował mnie do prowincjała Władysława Lohna SJ, który przebywał wówczas w Starej Wsi. Tam też był jezuicki nowicjat. Udałem się więc do Starej Wsi, co ze względu na działania wojenne nie było sprawą prostą. Ojca prowincjała już tam nie zastałem, ale przyjął mnie magister nowicjatu Włodzimierz Konopka SJ.

I tak zaczęło się Ojca życie zakonne. Jak Ojciec wspomina nowicjat, który przecież odbywał się w niecodziennych – wojennych warunkach? 

Bardzo mi się podobało – to był dla mnie czas modlitwy i rekolekcji. Duży wpływ na moją formację zakonną wywarł wówczas Jan Bratek SJ, magister nowicjatu na drugim roku. To był naprawdę uduchowiony człowiek.

Trwała jednak wojna… 

Trwała wojna, ale na początku nie widzieliśmy tam żadnego niemieckiego żołnierza. Po kampanii wrześniowej nastała w Starej Wsi niemiecka administracja, ale dzięki ogromnym wysiłkom, między innymi ówczesnego prowincjała, udało się nowicjat w Starej Wsi utrzymać. Życie nowicjackie upływało nam w miarę spokojnie, bez jakichś większych szykan czy prześladowania. Dopiero w 1940 roku część Kolegium starowiejskiego została zajęta przez wojsko niemieckie, ale dzięki temu nie interesowało się nami gestapo.

Po dwóch latach nowicjatu zacząłem studia filozoficzne w Nowym Sączu. Wicerektorem tamtejszego Kolegium był w tym czasie Józef Balcarek SJ. Pochodził on ze Śląska, a naczelnik gestapo z Nowym Sączu też był Ślązakiem, więc w jakiś sposób ojciec Balcarek się z nim dogadał. Mówił zresztą świetnie po niemiecku. Także w Nowym Sączu w miarę spokojnie studiowaliśmy, i to według programu przedwojennego.

Po trzech latach filozofii w 1944 roku zacząłem studia teologiczne. Najpierw w Nowym Sączu, a później w Starej Wsi, gdzie przeniesiono Wydział Teologiczny „Bobolanum”. Tam, już po wojnie, w czerwcu 1947 roku, zostałem wyświęcony na kapłana.

Po święceniach został Ojciec skierowany do Krakowa, do Kolegium przy ul. Kopernika 26.

Dokładnie w 1948 roku. Z krótkimi przerwami mieszkam tu już ponad sześćdziesiąt lat.

Czym zajmował się Ojciec przez te lata?

Po wojnie trzeba było przede wszystkim zorganizować na nowo naszą jezuicką uczelnię. Zostałem więc oddelegowany do pracy dydaktycznej na Wydziale Filozoficznym Towarzystwa Jezusowego. Miałem wykładać etykę społeczną. Zdawałem sobie sprawę, że by robić to naprawdę solidnie, muszę skończyć studia w tym kierunku. Chciałem więc zacząć studia doktoranckie z zakresu etyki społecznej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zaliczono mi moje wcześniejsze studia teologiczne, musiałem tylko napisać i obronić pracę magisterską, by później rozpocząć studia doktoranckie. Pracę magisterską napisałem na temat prawa do obrony społeczeństwa przed samowolą tyrana na podstawie pism Franciszka Suáreza SJ. Rozprawa doktorska była zaś poświęcona Zasadzie pomocniczości. Moim formalnym promotorem został ks. prof. Władysław Wicher, ale faktycznym opiekunem przy pisaniu obu tych prac był Jan Piwowarczyk, założyciel i pierwszy redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”.

W tym samym czasie, w latach 1948-1952, studiowałem także socjologię na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Warunki studiowania w Polsce powojennej nie były najlepsze. W salach wykładowych nie mieliśmy nawet krzeseł. Siedzieliśmy na rozłożonych deskach. Studia z socjologii ukończyłem, broniąc pracy magisterskiej na temat: Rozwój narzędzi rolniczych i ich wpływ na świadomość społeczną mieszkańców małopolskiej wsi Golcowa. Napisałem ją pod kierunkiem prof. Kazimierza Dobrowolskiego.

Oczywiście temat pracy nie wynikał z moich zainteresowań, ale z tak zwanej wyższej konieczności. Były to przecież czasy komuny i nie każdy temat można było swobodnie podejmować. Prof. Dobrowolski podsunął mi więc ów Rozwój narzędzi… Wysłał mnie też do wsi Golcowa, mówiąc, że jest tam bardzo życzliwy ksiądz, który mi pomoże. Siedziałem więc w Golcowej miesiąc u tego księdza i dzięki pomocy miejscowego chłopa – pana Bogackiego – udało mi się tę pracę napisać. Przesiedzieliśmy razem wiele godzin, w czasie których on opowiadał mi o „rozwoju narzędzi rolniczych” i „wpływie tego rozwoju na świadomość mieszkańców”, a ja wszystko zapisywałem. To było dla mnie jedyne źródło danych badawczych. Praca ta gdzieś mi się zagubiła, ale pamiętam, że była dobrze oceniana.

Ojciec całe życie zajmował się filozofią i etyką.

Tak, całe życie naukowe i dydaktyczne. Najpierw – jak już wspomniałem – wykładałem na naszej jezuickiej uczelni etykę społeczną, w latach pięćdziesiątych – etykę szczegółową indywidualną, a w latach sześćdziesiątych – etykę ogólną. Przez pewien czas wykładałem także na Papieskim Wydziale Teologicznym w Krakowie oraz w wyższych seminariach duchownych ojców paulinów i franciszkanów. W latach osiemdziesiątych byłem też wykładowcą na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, gdzie zrobiłem habilitację i profesurę.

Czy po upadku komunizmu i rozpadzie Związku Radzieckiego odwiedził Ojciec swoje rodzinne strony?

Wielokrotnie, już po przejściu na emeryturę w 1988 roku. Chciałem zobaczyć, jak wyglądają po tylu latach moje rodzinne strony – Stratyn i Gródek Jagielloński. Pierwszy raz, jeszcze za czasów komuny, pojechałem do Mościsk na zaproszenie ks. Józefa Legowicza. Stamtąd udałem się do Gródka. I o ile w Mościskach działał już kościół, to kościół w Gródku dalej był magazynem. Na szczęście funkcjonował tam skład materiałów wojskowych, a nie chemicznych. Później zrobiono tam także magazyn fabryki kineskopów. Dzięki temu budynek przetrwał w dobrym stanie. Nie został zrujnowany, jak wiele innych świątyń na tym terenie.

Kiedy mieszkańcy Gródka odzyskali kościół i można w nim było na nowo sprawować kult, to nawet pomagałem w zbieraniu środków potrzebnych na remont świątyni i jej wyposażenie. Bo chociaż mury przetrwały, w środku nic z dawnego wyposażenia się nie zachowało. Drewniany ołtarz został na przykład porąbany na opał dla miejscowego przedszkola. Pamiętam, że udałem się wtedy z „misją specjalną” do Wrocławia, gdzie przecież po drugiej wojnie światowej przesiedlono wielu Kresowiaków, w tym także mieszkańców Gródka. Przygotowałem sobie specjalną odezwę, w której opisywałem sytuację w Gródku, i z tą odezwą jeździłem po diecezji wrocławskiej w poszukiwaniu funduszy. Udało się zebrać naprawdę dużą kwotę. Zakupiliśmy kielichy, pateny, stroje liturgiczne… Przygotowaliśmy trzy ogromne paczki, które zawiozłem do Gródka. Kiedy więc na nowo otworzono miejscowy kościół, był on doskonale wyposażony we wszystkie potrzebne paramenty.

Kościół został otwarty, ale w czasie uroczystości uświetniających to wydarzenie podszedł do mnie ks. Ludwik Kamilewski, który zaangażowany był w odzyskanie wielu świątyń w obwodzie lwowskim i wołyńskim. Powiedział, że taką piękną świątynię otworzyliśmy, a teraz trzeba będzie ją na nowo zamknąć. Okazało się, że pod swoją duszpasterską opieką miał tak wiele kościołów, że do Gródka mógł przyjeżdżać najwyżej raz w miesiącu. Zapytał, czy ja nie zostałbym w Gródku przez jakiś czas. A ja byłem wówczas na emeryturze i powiedziałem, że mógłbym zostać na trzy miesiące. Byłem więc w Gródku pierwszym po wojnie proboszczem i przez te trzy miesiące poznałem tam wiele mieszkańców. Nawiązałem mnóstwo znajomości i przyjaźni. Dzięki temu dziś jeżdżę tam jak do siebie. Teraz w Gródku jest już stały proboszcz, została zorganizowana struktura parafialna, są siostry zakonne, które prowadzą katechezę.

Czy odwiedził też Ojciec Stratyn, gdzie Ojciec się urodził?

Tak, w czasie jednej z moich wizyt we Lwowie powiedziałem ks. Kamilewskiemu, że chciałbym pojechać na grób ojca. Ks. Kamilewski pomógł mi znaleźć osobę, która by mnie tam zawiozła. Dojechaliśmy do Stratyna na cmentarz, ale jak po tylu latach odnajdę tam grób ojca. Zupełnie nie pamiętałem, w której części cmentarza ojciec został pochowany, zresztą wiele się tam zmieniło. Próbowałem zapytać grabarza, ale nie mogliśmy się dogadać. Tymczasem Rosjanin, który mnie przywiózł do Stratyna, był sprytniejszy. Odnalazł grób ojca, patrząc na krzyże. Wśród mogił z krzyżami prawosławnymi znalazł grób z krzyżem katolickim, na którym wyryte było nazwisko mojego ojca. Mogiła ocalała, tylko zdjęcie ojca ktoś oderwał.

I tak wyglądało szukanie grobu ojca po latach. Dziś z odnalezieniem go nie mam problemów. Kamienna kolumna z krzyżem i nazwiskiem ojca została odnowiona, jest obmurówka. Będzie na parę lat. Co się stanie, jak mnie zabraknie, jeden Pan Bóg wie. Widziałem tam groby członków szlacheckich rodów, które stoją dziś opuszczone i zaniedbane. Nie ma nikogo, kto by się zajął ich mogiłami. I tak zmarli czekają na swoje zmartwychwstanie…

Życie Duchowe – wiosna 2010

Więcej (zdjęcia) na: www.deon.pl