Wywiad: O. dr Kasper Kaproń OFM w Polsce

Nasz misjonarz w Boliwii, o. Kasper Kaproń OFM przebywa na urlopie w Polsce. Jest to bardzo pracowity urlop, mimo leczenia kontuzji kolana.


Rozmowa zamieszczona w Gościu Niedzielnym nr 50/2014 z dnia 14 grudnia 2014 r.:

O radości, którą można spotkać pod każdą szerokością geograficzną, z o. Kasprem Mariuszem Kaproniem OFM, misjonarzem w Boliwii, rozmawia Szymon Babuchowski

Ojciec Kasper Mariusz Kaproń OFM podczas przeprawy przez rzekę Rio Blanco

 

Szymon Babuchowski: Swoją książkę, pisaną w Boliwii, zatytułował Ojciec „Stamtąd wszystko widzi się lepiej”…

O. Kasper Mariusz Kaproń OFM: Pierwotny tytuł był zupełnie inny: „Oswajanie Boliwii”. Są to bowiem zapiski, które ukazują mój proces oswajania się w tej nowej i odmiennej rzeczywistości. Wydawca jednak uznał, że ten tytuł nie jest dobry marketingowo i nie odpowiada w pełni treści zawartej w książce. Obecny tytuł został zaczerpnięty z dedykacji, którą zamieściłem w książce: „Papieżowi Franciszkowi, który zaprasza nas na peryferie, gdyż »stamtąd wszystko widzi się lepiej«”. Są to więc słowa samego papieża z jego pierwszej wizyty w rzymskiej parafii na peryferiach Wiecznego Miasta. Teraz jestem wdzięczny wydawnictwu za tę zmianę tytułu. Rzeczywiście pobyt na peryferii, jaką bez wątpienia jest moja mała Urubichá, zagubiona w boliwijskiej dżungli, sprawia, że wiele spraw widzi się całkowicie inaczej. To, co pierwotnie wydawało się ważne, nagle przestaje takim być.

Czy pobyt w Boliwii zmienił także Ojca spojrzenie na Kościół?

Kilkuletni pobyt w tak odmiennym kontekście kulturowym i społecznym na pewno nie może nie pozostawić śladów. Takim przykładem może być recepcja i ocena obecnego pontyfikatu. Papież Franciszek w kontekście europejskim i polskim wywołuje szeroką gamę ocen: jedni są pełni zachwytu, wśród innych papieskie zachowanie budzi konsternację, u jeszcze innych rodzi wręcz agresję i zdecydowanie odcinają się od tego pontyfikatu. A z latynoskiej perspektywy styl ten nie wywołuje specjalnego zdziwienia – ani pozytywnego, ani negatywnego. Bo jest to normalne zachowanie księdza, biskupa, kardynała w tutejszej rzeczywistości.

Na czym polega „inność” latynoskiego przeżywania wiary?

Nie wiem, czy istnieje latynoski sposób przeżywania wiary. Nie chciałbym redukować tak postawionego pytania do trochę pusto brzmiących frazesów takich jak „spontaniczność”, „bezpośredniość”. Takie postawienie sprawy to pływanie po powierzchni bez dotknięcia głębi. Na wiarę patrzyłbym w perspektywie Kościoła i jego powszechności, współzależności. Oczywiście, tamten Kościół ma dużo do zaoferowania i świadectwem tego jest papież Franciszek. To, że kardynałowie sięgnęli po papieża z „końca świata”, to znak, że uznali, że Kościołowi powszechnemu potrzebna jest ta nowość. Ale również nasz Kościół ma dużo do zaoferowania tamtejszej wspólnocie, czego świadectwem jest liczba nas, misjonarzy i wolontariuszy z Europy i z Polski, którzy tam pracujemy.

Jak Boliwijczycy przeżywają Adwent? 

Adwent i Boże Narodzenie przypadają w środku astronomicznego lata i w okresie szkolnych wakacji. Ma to ogromny wpływ na przeżycie tego czasu. Wyobraźmy sobie święta na przełomie lipca i sierpnia, w palącym słońcu, w sezonie okresu urlopowego. Oczywiście, obrzędowość tego czasu także i tu jest bogato rozbudowana. W okresie Adwentu mieszkańcy, szczególnie dzieci, przygotowują się do świąt poprzez tradycje Posady, to jest szukania gospody dla Maryi i Józefa. Wieczorami, po skończonych nabożeństwach, mieszkańcy wyruszają z figurami Świętych Rodziców lub też z osobami przebranymi za Maryję i św. Józefa i przechodzą od domu do domu, szukając miejsca, aby mogło narodzić się Dziecię. Wszystko jest oczywiście wcześniej przygotowane. Pewne drzwi pozostają zamknięte, słychać zdecydowaną odmowę, natomiast w ostatnim domu drzwi się otwierają i na wszystkich uczestników czeka drobny poczęstunek. Dzieci zostają obdarowane słodyczami. Piękna tradycja, która jest także katechezą: oto i dzisiaj wiele serc jest zamkniętych na
przychodzącego Zbawiciela. Tam jednak, gdzie człowiek ma odwagę, aby otworzyć serce – doświadczy wielkiej radości.

Z pobytu w parafii Urubichá zapamiętałem obrazy tańczących od rana do wieczora dzieci i młodzieży. Liturgii towarzyszył radosny śpiew, a codziennym rozmowom – uśmiechy. Czy my w Europie umiemy się jeszcze tak szczerze cieszyć?

Myślę, że zatraciliśmy trochę z radości dziecka, a przecież „jeśli nie staniecie się jak dzieci…”. Brakuje nam tej bezpośredniości, boimy się dziecięcego piękna, które w nas jest obecne, i to niezależnie od tego, ile mamy lat. Dziecięctwa – takiego zgadzania się na popełnienie faux pas, zdrowy dystans do siebie. Czasami w nas to dziecko jest uśpione, innym razem zduszone skorupą rutyny, skryte za zbyt dobrze skrojonym garniturem.

W jakim stopniu, zdaniem Ojca, zewnętrzne oznaki radości są wyrazem tego, co dzieje się w sercu, a w jakim jest to po prostu kwestia innej mentalności, kultury itd.

Mentalność, kultura, także klimat – to wszystko odgrywa wielką rolę. Sam teraz doświadczam tego, będąc na urlopie w okresie listopadowo-grudniowym w Polsce. No jak tu się cieszyć, jak całymi dniami nie uświadczysz promieni słońca. Depresja murowana (śmiech). Ale mamy coś, co wytworzyła nasza kultura i co jest wspaniałym antidotum: ciepło domowego kominka i rozmowy przy nim w gronie rodziny lub przyjaciół. Taka domowa logoterapia. Kiedyś kobiety w tym czasie spotykały się przy rwaniu pierza. Było coś takiego jak rodzinne przygotowywanie ozdób choinkowych, klejenie łańcuchów z kolorowego papieru, pieczono pierniki. Przestawiliśmy się na rzeczy gotowe i wiele tracimy. A przecież nie chodzi o to, aby mieć jakąś rzecz. Chodzi o to, aby być razem. Fakt, nie we wszystkich domach jest kominek. Nie szkodzi: ciepła herbata w kubku, który rozgrzewa zmarznięte dłonie, i rozmowa, która rozgrzewa serce. Dorzućmy do tego jeszcze światła choinki. Przecież Latynosi zazdroszczą nam tej atmosfery świąt. Choinkowe światła nie mają sensu w cieple boliwijskiego tropiku, a mimo to przeszczepili ten zwyczaj.

Czym w takim razie jest prawdziwa radość?

Ktoś powiedział: „Gdy pytasz mnie o definicję miłości, to próżno szukam odpowiedzi, wiem natomiast, kiedy kocham”. Podobnie jest z radością. Prawdziwą radość bardzo ściśle wiążę z doświadczeniem wolności od posiadania, gromadzenia. Wtedy wszystko to, co otrzymuję, potrafię przyjąć jako dar. Radość wiąże się z doświadczeniem, że wszystko jest darem, i to darem niezasłużonym: to, że jestem, każda chwila, każdy oddech, każdy spotkany człowiek. Powtarzamy często, że coś mi się należy, że mam do czegoś prawo, i stąd rozczarowania, bunt, złość. Gdy uwolnimy się od tego, zmienia się nasze patrzenie. Bo jak tu nie uśmiechać się do kolejnego dnia, skoro Pan dał mi łaskę, że wstałem?

Dobrobyt odbiera ludziom szczęście?

Może nawet nie sam dobrobyt, a raczej lęk przed utratą. Łatwo przyzwyczaić się do pewnego standardu i później jego brak staje się w naszym odczuciu równoważny z całkowitym unicestwieniem. Wydaje nam się, że jeżeli utracimy coś, to zawali nam się cały świat. Dominuje w nas myślenie o przyszłości, rodzące lęk. W tej perspektywie ubodzy z Boliwii są szczęśliwsi. Po prostu nie mogą nic stracić, bo niewiele mają. Nam też Chrystus wyraźnie mówi: „Nie bój się. Może to właśnie strata będzie dla Ciebie prawdziwym zyskiem. Nie zamykaj się przed Bożą niespodzianką”.

Polacy mówią sami o sobie, że są narodem smutnym, ciągle narzekającym. Czy przyjeżdżając do Polski, faktycznie Ojciec to zauważa?

W pierwszych dniach po przyjeździe rzeczywiście to wyczuwałem. Byłem wtedy po prostu bombardowany pesymizmem: tu źle, tam kryzys. Dałem temu upust w jednym z moich wpisów na Facebooku, gdzie stwierdziłem, że podczas jednego tygodnia pobytu w kraju usłyszałem więcej narzekań niż w ciągu prawie czterech lat w Boliwii. Oczywiście, można to tłumaczyć naszym polskim klimatem, ale czy „sorry, taki mamy klimat” jest usprawiedliwieniem na wszystkie nasze bolączki? Dość szybko jednak zacząłem przedzierać się przez ten gąszcz pesymizmu i odkrywać ogromne przestrzenie ludzi, którzy, jak wszyscy, borykają się z codziennymi trudnościami, ale potrafią dostrzec, że ten kubek wody jest do połowy pełny. Dlatego też świadomie, dla własnej higieny – są to bowiem moje wakacje i urlop – zacząłem szerokim łukiem omijać wszelkiego rodzaju toksyczne obszary, które działały na mnie w sposób destrukcyjny, odbierając radość życia. Postawiłem na dobre miejsca. I tego dobra jest o wiele więcej, choć, tak jak zawsze, jedno drzewo, co spada, robi więcej huku niż cały las, co rośnie.

Jak widzi polski Kościół ktoś, kto przyjeżdża do niego po kilku latach nieobecności?

Obserwując dokonujące się w nim zmiany, intensywność jego życia, zaangażowanie laikatu; wsłuchując się w poruszane tematy w dyskusjach wewnątrzkościelnych, widząc np. młodych ludzi czytających Pismo św. na krakowskich plantach, przeglądając publikacje w katolickich księgarniach, odczuwam, że oto żyjemy w jednym z piękniejszych okresów najnowszej historii Kościoła w Polsce. Natomiast te nasze wszystkie kryzysy i zawirowania (parafialne, zakonne, rodzinne, osobiste), których nie sposób negować, to także jakiś szczególny czas łaski, a przez to wielka szansa. Przecież to właśnie w chorobie, w cierpieniu, w samochodowym wypadku lub w rodzinnym kryzysie Pan Bóg o wiele skuteczniej działa niż w pozornie najszczęśliwszych momentach życia. To właśnie kryzys staje się okazją, aby jeszcze pełniej otworzyć się na łaskę, odrzucając, także w sposób dosłowny, nasze materialne zabezpieczenia.

A nasze skłócenie, podzielenie?

„Przestańmy własną pieścić się boleścią, Przestańmy ciągłym lamentem się poić…” – pisał Adam Asnyk. Może rzeczywiście tacy jesteśmy, ale co nam da to ciągłe rozpamiętywanie własnych słabości i użalanie się nad nimi. Nie chodzi o uciekanie przed bolesną prawdą o samym sobie lub o chowanie głowy w piasek, ale o wspomnianą higienę życia. Odseparujmy się od tego, co ma na nas destrukcyjny wpływ. Drażnią cię polityczne spory w telewizji? To po co siadasz przed telewizorem? Przecież telewizja działa w oparciu o prawa rynku. Najwyraźniej ten obecny styl dobrze się sprzedaje. Przestańmy go kupować, a może zmieni się także polityka i jej język. Z kim przestajesz, takim się stajesz. Karmmy się więc dobrą literaturą, pięknem, optymizmem. Przestańmy  świadomie wchodzić w bagno, a potem uskarżać się, że jesteśmy brudni. Odtrutką na to wszystko jest bezinteresowność i uśmiech. Dzisiaj rano miałem iść na kontrolną wizytę do szpitala. Jeden z moich współbraci, o. Ariel, bezinteresownie zaoferował się, że mnie podrzuci. Powiedziałem z nieukrywaną radością: „Wielkie dzięki. Jak będę mógł ci się odwdzięczyć?”. Ariel na to: „Już mi się odwdzięczyłeś. Uśmiechem”.

Źródło: www,gosc.pl 

Więcej na: www.ofm.krakow.pl