Bamboccioni – Znak czasów? Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

Na pierwszych stronach Biblii czytamy: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2, 24). Jednak w naszych czasach wielu zdaje się opierać tego rodzaju perspektywie. Na przykład bamboccioni. Pojęcie to wzięło się od włoskiego słowa bambino (dziecko) i oznacza kawalerów w wieku około 30 lat, którym wciąż najlepiej przy mamie i tacie.

 
Ta domowa wygoda uzupełniana jest oczywiście przelotnymi „narzeczonymi” na mieście. Bamboccione to dorosły dzieciuch. Przypadłość ta dotyczy przede wszystkim rodzaju męskiego, choć oczywiście drugiej połowie ludzkości też się to zdarza. We Włoszech to smutne zjawisko przybrało już rozmiary społecznej plagi, o której coraz więcej się dyskutuje.
 
Biblia mówiąc o opuszczeniu ojca i matki w żadnej mierze nie ma na myśli zrywania więzi rodzinnych. To, że rodzice pomagają dorosłym dzieciom, a te z kolei wspomagają starzejących się rodziców, jest naturalne, dobre i piękne. Dekalog nakazuje, by dzieci czciły matkę i ojca (Wj 20, 12). A w Mądrości Syracha czytamy: „Albowiem błogosławieństwo ojca podpiera domy dzieci” (3, 9). I dalej: „Kto porzuca ojca swego, jest jak bluźnierca, a przeklęty przez Pana, kto pobudza do gniewu swą matkę” (3, 16). „Rodzina to jest siła” – śpiewa Kayah w duecie z Goranem Bregovicem. I to jest prawda, której trzeba się trzymać!
 
Bamboccione nie jest jednak wyrazem międzypokoleniowej solidarności i zdrowych relacji rodzinnych. Stanowi raczej ich karykaturę. Mamusie sprzątają po takich dorosłych dzieciuchach, pilnują, by trzydziestoletni synkowie nie zaspali do pracy (o ile w ogóle mają pracę), robią kanapeczki i w ogóle znajdują dużą przyjemność w rozpieszczaniu swych „małych mężczyzn”. Niekiedy bywa tak, że ów „mały mężczyzna” staje się zastępczym mężem (nie chodzi mi o zboczenie kazirodztwa), gdyż prawdziwy mąż dawno odszedł do innej albo spędza wieczory sam przy butelce alkoholu. Bamboccione odkłada życiowe decyzje, zwłaszcza założenie własnej rodziny. A kiedy już zdecyduje się na małżeństwo, szuka w swej nieszczęsnej małżonce mamusi, co często prowadzi do szybkiego rozwodu.
 
We Włoszech pojawiło się ostatnio nowe zjawisko, które polega na tym, że dorosłe dzieciuchy podają swych rodziców do sądu za to, że ci za mało ich wspierają finansowo. Kiedy czytałem o tym w ostatnim wydaniu magazynu „Il Venerdi”, nie wierzyłem własnym oczom. Jeden z opisanych przypadków dotyczył czterdziestolatka, któremu rodzice zawsze pomagali dając pieniądze. Ale w pewnym momencie przestali, akurat w momencie, kiedy mężczyzna rozwiódł się ze swoją żoną. W obliczu kłopotów finansowych wpadł on na pomysł, by przed sądem domagać się od rodziców pieniężnego wsparcia. Okazuje się, że sądy przychylają się do żądań dorosłych dzieci w 9 na 10 tego rodzaju spraw. Wystarczy, że post-bamboccione, bo tak się ich nazywa, przyniesie zaświadczenie o nerwowym wyczerpaniu, a ponadto wykaże, że nie może znaleźć odpowiedniej pracy, a sędziowie śpieszą mu na ratunek, sięgając do kieszeni rodziców.
 
Jakie są przyczyny wyżej wymienionych „chorób”? Tkwią one zapewne w mentalności pokolenia przyzwyczajonego do wygody, zaspokajania własnych zachcianek, niezdolnego do narzucenia sobie dyscypliny, a zarazem pełnego lęku przed wzięciem odpowiedzialności za życie swoje i innych. Nie można jednak nie zauważać obiektywnych przyczyn społecznych: bezrobocie, brak polityki wspierającej realnie młode małżeństwa, a także popkultura przekonująca, że nie trzeba ciężko i systematycznie pracować, aby coś osiągnąć.
 
Jak przeciwdziałać zjawisku bamboccionów? Każdy – to znaczy rodzice, wychowawcy, psycholodzy politycy – ma w tym kontekście jakieś zadanie do wykonania. Również księża, którzy powinni pomagać młodym w rozeznawaniu ich powołania oraz budzić wiarę, która daje siłę i odwagę do uczciwego, owocnego życia.