Czy Kościół oczekuje końca świata? Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

0000101202a.png Czy Kościół oczekuje końca świata? Jasne, że oczekuje. W każdej Mszy św. wypowiadamy takie oto słowa:
„Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i
oczekujemy Twego przyjścia w chwale". O końcu świata przypomina nam
Adwent, który jest okresem przygotowania do uroczystości Narodzenia
Pańskiego, ale także jest okresem, w którym przez wspomnienie pierwszego
przyjścia Chrystusa kieruje się dusze ku oczekiwaniu Jego powtórnego
przyjścia na końcu czasów. Mówią nam o tym czytania pierwszej części
Adwentu.


Pierwsi chrześcijanie nie tylko nie bali się „końca świata", ale oczekiwali nań z niecierpliwością. W Liście św. Jakuba znajdujemy takie oto słowa: „Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie" (5,8). Niektórzy ulegali nawet mniemaniu, że skoro niebawem Chrystus powróci, to nie warto się zajmować rzeczami doczesnymi. Stąd wyrzut św. Pawła: „Słyszymy, że niektórzy wśród Was […] wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi" (2 Tes 3,11). Nie trzeba więc ulegać egzaltowanym przepowiedniom końca świata; świadomość, że „dzień Pański" kiedyś nastąpi powinien być raczej zachętą do czuwania, czyli – jak to powiedział Jan Paweł II – do bycia człowiekiem sumienia.

Kluczowym tekstem w omawianej przez nas kwestii jest 24 rozdział ewangelii Mateusza, w której sam Jezus odpowiada na pytanie uczniów: „Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak Twego przyjścia i końca świata?" (24,3). Chrystus mówi m.in.: „O dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec. […] Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie" (24,36.42). Czuwać mamy z bojaźnią Bożą w sercu, ale to nie znaczy, że przepełnieni strachem i lękiem; wręcz przeciwnie, przecież Bóg, który nadchodzi jest Bogiem, który objawił nam swoją bezwarunkową miłość na Krzyżu.

Na Zachodzie „dzień ostateczny" widziano przede wszystkim w perspektywie ostatecznego sądu, w którym każdy z osobna zostanie osądzona za swoje złe i dobre czyny. Widać to chociażby na obrazach z motywem wagi decydującej o zbawieniu lub potępieniu. Natomiast chrześcijaństwo wschodnie bardziej podkreślało aspekt zbiorowego dopełnienia, w którym Bóg będzie „wszystkim we wszystkich" (1 Kor 15,28). Obrazy zachodnie budziły lęk i trwogę, a szatana pokazywały jako złego mocarza walczącego z Bogiem o dusze śmiertelników prawie jak równy z równym. Wschodnie ikony natomiast ukazywały – i słusznie – małość zła (szatan jako żałosny pies) i wszechogarniające zwycięstwo dobra. Dziś koncentrujemy się raczej na Bożym miłosierdziu, niż na zatrwożonym myśleniu o ostatecznym rezultacie Boskiej odpłaty.

Rodzi się tutaj pytanie o związek pomiędzy rozwojem cywilizacyjnym a zbliżaniem się paruzji. Czy „świeckie" sukcesy (polityczne i naukowe) ludzkości są jakoś wpisane w historię zbawienia, czy też – odwrotnie – mają znikome znaczenie z tego punktu widzenia?

Myślę, że skoro Bóg stał się człowiekiem i wszedł tym samym we wszystko, co ludzkie, to każde autentyczne ludzkie osiągnięcie ma znaczenie w perspektywie powtórnego przyjścia Pana. Co więcej, ta perspektywa nie tylko nie pomniejsza tych osiągnięć, ale je uwypukla. Nie zmienia to oczywiście prawdy o prymacie ducha nad materią, miłości nad użytecznością. Nadchodzący Bóg jest przecież miłością, a nie jedynie wielkim zegarmistrzem świata.

Ale z drugiej strony koniec tego świata będzie też okazją do zobaczenia przerażającej miałkości wielu ludzkich zamysłów i działań. I będzie wielki, czyśćcowy, wstyd. Choć w przypadku polskiej polityki nie trzeba czekać końca, aby dostrzec jej żenującą bylejakość.