Dziecięca wiara w Dzieciątko. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

W najnowszej książce Benedykta XVI „Światło świata” rozmawiający z papieżem Peter Seewald nawiązał do pytania, jakie kiedyś zadano Robertowi Spaemannowi: czy ktoś taki jak on, filozof o międzynarodowej sławie, nadal wierzy w to, w co wierzył, kiedy był dzieckiem. W to, że Jezus urodził się z Dziewicy i że dzięki temu Dziecięciu otworzyło się przed nami niebo, życie wieczne. Spaemann odpowiedział, że wierzy w to, w co wierzył od dzieciństwa, tyle że teraz jest to wiara bardziej przemyślana. I stwierdził: „Refleksja ostatecznie zawsze umacniała moją wiarę”.

 
Seewald zapytał Benedykta XVI: „Czy również Papież wierzy wciąż w to, w co wierzył jako dziecko?”. Ojciec Święty stwierdził, że mógłby odpowiedzieć podobnie jak Spaemann. Po czym dodał: „Powiedziałbym, że to, co proste, jest prawdziwe, a to, co prawdziwe, jest proste. Nasz problem polega na tym, że przez wiele drzew nie jesteśmy w stanie dostrzec lasu jako całości, że z tą całą wiedzą, jaką posiadamy, nie znajdujemy już mądrości”. Papież nawiązał też do „Małego Księcia” Saint-Exupéry’ego, w którym świetnie, z ironią zostało pokazane, jak współczesna wiedza traci z oczu to, co najważniejsze.
 
Benedykt XVI jest oczywiście jak najdalszy od poddawania w wątpliwość sensu podejmowania naukowej, niekiedy dość abstrakcyjnej i skomplikowanej, refleksji. Sam jest subtelnym myślicielem i autorem wielu nie zawsze łatwych w lekturze książek. Sądzę, że istota sprawy polega na tym, iż filozoficzne i teologiczne rozważania powinny wychodzić od tego, co nazywamy wiarą dziecka, by po przejściu określonej drogi do tej wiary powracać i ją umacniać. Umiejętność bycia prostym i mówienia prostych, ale głębokich rzeczy, jest jednym z kryteriów oceny wartości myślenia na poziomie akademickim. Ktoś, kto to potrafi, jest nie tylko wykształcony, ale jest po prostu mądry. Z drugiej strony bywa tak, że ktoś z wieloma dyplomami potrafi zręcznie żonglować pojęciami, ale tak naprawdę jest pusty i przypomina niejednego ewangelicznego głupca.
 
Dziecięcą, a zarazem mistycznie głęboką wiarę, miała siostra Faustyna Kowalska, której „Dzienniczek” znany jest na całym świecie. Co roku miewała widzenia w czasie pasterki. W roku 1934 tak opisała jedną z wizji: „W czasie ofiarowania ujrzałam Jezusa na ołtarzu, piękności nieporównanej. Dziecię to przez cały czas patrzyło się na wszystkich, wyciągając swoje rączęta. Kiedy nastąpiło podniesienie – Dziecię nie patrzyło się na kaplicę, ale w niebo, po podniesieniu znowuż się patrzyło na nas, ale króciutko. (…) Radość, jaką miałam w duszy, trudno wypowiedzieć. Powtórzyło się to widzenie w trzech Mszach Świętych”. A po pasterce 1936 roku zapisała: „Chwilę przed podniesieniem ujrzałam Matkę i małego Jezunia (…). Matka Najświętsza rzekła do mnie te słowa: »Córko moja, Faustyno, masz ten Skarb najdroższy« i podała mi maleńkiego Jezusa. Kiedy wzięłam Jezusa na ręce, dusza moja doznawała tak niepojętej radości, że nie jestem w stanie tego opisać”.
 
Świadectwem wiary prostej, ale dojrzałej, są polskie kolędy, które – mówiąc pół żartem, pół serio – powinny zostać ogłoszone skarbem narodowym. We Włoszech pieśni bożonarodzeniowych nie ma wiele, a te, które są, nie dorównują formą i głębią przesłania naszym kolędom. Najstarsza polska kolęda, jaką znamy, pochodzi z 1424 roku, a zaczyna się tak: „Zdrów bądź królu anielski,/K nam na świat w ciele przyszły,/Tyś zajisty Bóg skryty,/W święte czyste ciało wlity”.
 
Kolędy układali wybitni poeci i literaci, ale także ludzie prości. Kiedy rozmawiałem w Rzymie z pewnym współbratem na temat polskich kolęd, ten stwierdził, że dobrze byłoby przetłumaczyć je na włoski. Ha! Musiałby to być nie lada znawca obydwu języków, aby podołać takiemu zadaniu!
 
Kolędy towarzyszą mi od dzieciństwa. Wierzę w to, o czym mówią, tak jak wierzyłem w dzieciństwie. Kolędy sprowadzają trochę nieba na ziemię, a nas kierują ku niebu.