Kościół przed wyborami – Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

Biskupi
polscy stwierdzili, iż „oczekiwanie, że Kościół stanie się »wielkim
milczącym« na czas kampanii wyborczej nie ma uzasadnienia w nauce
społecznej Kościoła”. Taka postawa mnie cieszy. Mam bowiem wrażenie,
że w niektórych zsekularyzowanych krajach Zachodu nie brakuje duchownych,
którzy przestraszyli się lewackich wrzasków i nie przypominają zupełnie
podstawowych zasad, jakimi powinien kierować się chrześcijanin, katolik
przy wrzucaniu kartki wyborczej do urny.

Kościół
w swoim nauczaniu nie utożsamia się z żadną partią, gdyż perspektywy
jego misji są dużo szersze i głębsze niż cele jakiejkolwiek ugrupowania
politycznego. Co oczywiście nie znaczy, że pojedynczy katolicy nie
powinni angażować się w działalność partyjną. Wręcz przeciwnie,
Kościół zachęca wiernych świeckich do bycia obecnym w aktywnej
polityce. Przy czym trzeba pamiętać o podstawowym rozróżnieniu „pomiędzy
tym, co chrześcijanie, czy to indywidualnie, czy stowarzyszeni, kierując
się chrześcijańskim sumieniem, czynią we własnym imieniu jako obywatele,
a tym, co czynią w imieniu Kościoła wraz ze swoimi pasterzami”
(Gaudium et spes, 76).

Wyborcy katolicy mają obowiązek podjęcia pewnego wysiłku, aby móc
świadomie i zgodnie z sumieniem oddać głos. W komunikacie ze spotkania
Rady Biskupów Diecezjalnych znajdujemy kilka kryteriów, którymi powinien
kierować się katolik podczas wyborów politycznych. Podane kryteria
są ogólne, ale nie na tyle, aby wierni nie znaleźli w nich praktycznych
wskazówek. Biskupi stwierdzają m.in., że obowiązkiem katolika jest
wybieranie ludzi, którzy gwarantują obronę życia człowieka od poczęcia
do naturalnej śmierci. A zatem katolik nie powinien popierać tych,
którzy postulują liberalne ustawy w takich sprawach jak aborcja, eutanazja
czy też zapłodnienie in vitro. Przy odrobinie wysiłku łatwo dowiedzieć
się, jakie poglądy na ten temat prezentują poszczególne ugrupowania.

W
komunikacie biskupów czytamy też, że należy wybierać osoby, dla
których troska o rodziny będzie na pierwszym miejscu. Cóż to znaczy?
Na pewno nie znaczy, że warto oddać głos na tych, którzy zamiast
zastanawiać się, jak realnie wspomagać młode małżeństwa i młodych
rodziców, zachowują się tak, jakby istotną dla dobrobytu rodaków
sprawą było legalizowanie związków partnerskich, czyli przede wszystkim
homoseksualnych. Rodziny i rodzące się w nich dzieci to kwestia fundamentalna
dla przyszłości Polski. Trzeba pytać polityków, jakie mają pomysły,
by zatrzymać katastrofę demograficzną, która niechybnie nadejdzie,
jeśli Polacy nie zechcą mieć więcej dzieci, o czym pisałem w poprzednim
tekście.

Biskupi
stwierdzają ponadto, że trzeba głosować na ludzi „zdolnych podjąć
trudne sprawy i reformy”. Ta uwaga dotyczy nie tylko postaw polityków,
ale także wyborców, którzy (nie wszyscy, ale wielu) lubią słuchać
pustych obietnic, czego to politycy nie zrobią, by każdy mógł godnie
żyć, co dla niektórych znaczy mieć więcej pieniędzy. Gdyby wyborcy
byli bardziej dojrzali i nie słuchali tak chętnie bajek, a poza tym
gdyby mieli lepszą pamięć i rozliczali polityków ze składanych
obietnic, zapewne klasa polityczna byłaby lepsza, bardziej odpowiedzialna.
Politycy nie skupialiby się na medialnych zagrywkach i budzeniu negatywnych
(wobec oponentów) emocji, ale na tłumaczeniu, jakie reformy i dlaczego
trzeba zrobić dla wspólnego dobra.

Dwóch
moich współbraci jezuitów udało się na pieszą, indywidualną 
pielgrzymkę z Warszawy do Piotrkowa Trybunalskiego, do sanktuarium
Matki Bożej Trybunalskiej, patronki parlamentarzystów. Kiedy po drodze
mówili, że pielgrzymują w intencji polityków, słyszeli różne
komentarze, np.: „Za tych złodziei to już nie ma co się modlić”
lub: „Módlcie się dla nich o zdrowie, bo o rozum to już za późno”.
Można zrozumieć rozgoryczenie ludzi, tym niemniej naprawdę potrzeba
szczerej modlitwy za tych, którzy rządzą i którzy stanowią prawo.

Za: www.idziemy.pl