List z Boliwii: Wśród plemion Quechua w Boliwii…

O. Kazimierz Chowaniec jest pijarem, który po 20 latach pracy w Kamerunie (Bamendjou) i pobycie w Veracruz (Meksyk), gdzie przygotowywał się do pracy w obszarze języka hiszpańskiego, został delegowany do pracy wśród plemion Quechua w Boliwii. Jego parafia mieści się w Cocapata, cztery godziny drogi od większego miasta, jakim jest Cochabamba.

 
Zamieszczamy fragmenty listu o. Kazimierza, jaki do nas dotarł.

[…]. U mnie wszystko po staremu, tutaj na wsi niewiele się dzieje poza pracą, a tej mi nie brakuje, tym bardziej, że jestem sam i wszystko sam muszę zrobić, a parafia jest wielka (największa w diecezji), gdyż jej powierzchnia to 7 tys. km2, a więc jest niewiele mniejsza od woj. śląskiego. Żyje w niej ok 25 tys. ludzi w ponad 100 wioskach. Każdą z tych wiosek trzeba odwiedzić a odległości są wielkie: do tych bliższych to ok. 4 godzin jazdy samochodem w jedną stronę a do tych najdalszych to trzy dni: dzień samochodem i dwa dni piechotą. Większa część parafii nie ma dróg. Klimat parafii jest zróżnicowany w zależności od wysokości. Mniej więcej połowa parafii jest położona powyżej 4 tys. metrów i tam jest zimno. Gdy niżej pada deszcz, to tam pada śnieg. Druga połowa położona jest trochę niżej i schodzi gdzieś do ok. 1,5 tys. metrów, i tutaj jest „tropic". W tej części parafii nie ma dróg i ludzie ich nie chcą, gdyż od kilku lat wszyscy przestawiają się na uprawę… koki. Nie chcą więc, aby policja wkraczała na te tereny. Plantacji koki z dnia na dzień przybywa, a co się z tym wiąże produkcja kokainy wzrasta. Niestety, w tej chwili Boliwia jest trzecim producentem kokainy na świecie.

Praca w parafii jest jak praca w każdej inne: sprawowanie sakramentów, katecheza, wizyta we wspólnotach, zajęcia z dziećmi i młodzieżą, itp. Dużo roboty, więc czas leci dość szybko. Dużo czasu spędzam na podróżach, dojazdach do wiosek, bardzo często wyjeżdżam z domu o 5 rano i wracam o 10 w nocy.

Jak się przyjedzie do jakiejś wioski, to trzeba trochę poczekać, aż ludzie się zgromadzą, później są zapisy do chrztu i czasami do ślubu, następnie Msza św. z sakramentami, więc to trochę trwa. Powrót do domu trzeba w sobie „przetrawić": pusty i zimny w nocy, więc człowiek zmęczony nie ma ochoty na nic.., tak że niekiedy bez jedzenia idzie się spać. I tak dzień po dniu. Nie mam tutaj kucharki, więc wszystko robię sam, gotuję i sprzątam. Ludzie w parafii są dobrzy i życzliwi, więc pracuje się dobrze. Największym problemem są złe drogi, straszne odległości i brak komunikacji, a także budynki parafialne, które są w dość złym stanie. Ale jakoś się żyje w tych warunkach. To tyle o parafii.

[…] W sprawie powołań robi się dużo, organizuje spotkania, itp. Ale tutaj jest to trudne, gdyż rodziny nie są głęboko pobożne… Ci, co do nas wstępują, chcą odchodzić, gdyż nie akceptują tego, że się za nich decyduje. […] Osobowo, sytuacja w Boliwii jest tragiczna. W każdej wspólnocie jest tylko jeden ksiądz i w sumie zakonników po ślubach wieczystych jest 8 (w tym dwóch braci). W najbliższym czasie nie będzie święceń i ślubów wiecznych, więc nie jest wesoło.

[…] Poprawia się też komunikacja – założyłem telewizję satelitarną, więc wiem, co się dzieje w świecie a i porozmawiać mogę przez skype’a […]. W mieście będę od 23 marca do 28, gdyż mamy spotkania w diecezji. W sumie, w mieście jestem raz w miesiącu. aby zrobić zakupy i rozliczenia oraz załatwić sprawy bieżące.

Jeszcze raz dzięki z pamięć… Pozdrowienia dla wszystkich i dzięki z wszystko. Kazek Ch.

Ojcu Kazimierzowi za przesłane informacje bardzo dziękujemy i serdecznie pozdrawiamy!

Za: www.pijarzy.pl