Nowy numer eSPe: Lęk przed powołaniem

100424c.png Podejmowanie decyzji, szczególnie tych wiążących na całe życie, jest zawsze obciążone lękiem. Dodatkowo kultura obecnego czasu nie ułatwia wcale wytrwania w podjętych zobowiązaniach. Nie daje nam duchowego „treningu” koniecznego do wykształcenia w sobie konkretnych cech, potrzebnych do tego zadania. Jednak wybierając nasze powołanie stawiamy sobie cel i określamy sposób jego osiągnięcia, a to pomaga przełamać niepewność oraz poczucie zagubienia w rzeczywistości.

O tym, czym jest lęk przed powołaniem i jakie mogą być jego źródła
napisali dla eSPe Marcin Kapuściński, psycholog i o. Robert Wawrzeniecki
OMI, duszpasterz. W numerze zawarty jest także wywiad z rektorem
częstochowskiego seminarium, ks. Andrzejem Przybylskim, oraz prezentacja
charyzmatu Sióstr Sercanek i Misjonarzy Oblatów.

Cytujemy fragmenty
publikacji:

o. Robert Wawrzeniecki OMI, Zmaganie czy
ucieczka?

Dziś bardzo często można spotkać określenie „kultura
antypowołaniowa”, które to zjawisko dotyka nie tylko przygotowujących
się do życia kapłańskiego czy zakonnego, ale także planujących swoje
życie małżeńskie i rodzinne czy nawet osób decydujących się na życie
samotne. To dziś tak bardzo popularne pojęcie opisuje te elementy
otaczającej rzeczywistości, które utrudniają młodym osobom podjęcie
dojrzałej i wiążącej na całe życie decyzji. Chodzi o to, co zmarły ks.
kard. Jean-Marie Lustiger określał jako mniejszą odwagę czy też mniejszą
gotowość przyjęcia Bożego powołania do kapłaństwa, życia zakonnego,
małżeństwa, założenia rodziny czy też przeżywania owocnie swojego życia w
samotności.
To tkwienie w pewnym stanie zawieszenia, który na krótką
metę może okazać się wygodny. Czasem to także paniczna ucieczka przed
życiowym powołaniem, przypominająca zachowanie Jonasza (por. Jon 1, 1 –
2, 11). To dokonanie sądu nad innymi ludźmi i Bogiem poprzez wypełnienie
jedynie koniecznego minimum obowiązków bez zgody na całkowite
przeniknięcie swojego życia działaniem Boga, jak w wypadku tego samego
proroka i Jego misji w Niniwie (por. Jon 3, 1-10). Jonasz wręcz obraża
się na Pana Boga, że jego misja-powołanie kończy się ocaleniem miasta
(por. Jon 4, 1-11). Warto, szukając swojej drogi w życiu, sięgnąć do tej
szczególnej księgi prorockiej, krótkiej, ale bardzo inspirującej. Warto
też sięgnąć do innego, tym razem ewangelicznego fragmentu:

A gdy
szli drogą, ktoś powiedział do Niego: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się
udasz! Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne –
gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć.
Do innego rzekł: Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi
najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca! Odparł mu: Zostaw umarłym
grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże! Jeszcze inny
rzekł: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z
moimi w domu! Jezus mu odpowiedział: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa,
a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego. (Łk 9, 57-61)

Tak,
jak w czasach Jezusa ci, którzy pragnęli pójść drogą powołania
Jezusowego ucznia, doświadczali różnych wewnętrznych oporów (chociażby
jak trzej naśladowcy, o których mówi Ewangelia), tak też i dziś takie
trudności stoją przez każdym, kto chce rozeznać swoje życiowe powołanie,
a później na jego drodze każdego dnia chce rozpoznawać wolę Boga.
Często
opory te są związane z tym, że jako uczeń Chrystusa żyję w świecie,
który nie zawsze chce podążać drogą Ewangelii, a ma wpływ na mnie, choć
może czasem nie chcę się do tego przyznać.

Życie z gwarancją
wieczystą

o kaskaderach, obiegowych opiniach i zakorzenieniu
opowiada ks. Andrzej Przybylski, rektor Wyższego Seminarium
Archidiecezjalnego w Częstochowie.

eSPe: Lubi Ksiądz ryzyko?
Pytam, bo decyzja o przyjęciu święceń czy nawet wstąpieniu do seminarium
dla niektórych to jak wyczyn kaskaderski…

ks. Andrzej
Przybylski: Nie lubię. Nie należę do gatunku kaskaderów gotowych narażać
swoje życie. W dzieciństwie miałem okazję przyglądać się jak kręcone są
filmy. Widziałem kilka scen z udziałem kaskaderów i wtedy odkryłem, że
kaskaderstwo wymaga może dużej sprawności fizycznej i brawury, ale jest
to trochę sztuczne ryzyko. Moja decyzja na wstąpienie do seminarium nie
miała więc nic z kaskaderskiego skoku.
Wstąpiłem do seminarium po
studiach świeckich i moja decyzja była efektem poszukiwań drogi
najpewniejszej, właśnie takiej, gdzie ryzyko jest najmniejsze. Myślę, że
każdy, kto się wybiera do seminarium, musi najpierw posiadać fundamenty
wiary, a wiara jest zapewnieniem spełnienia się najlepszych obietnic.
Ja nie zaryzykowałem, ja po prostu odpowiedziałem na wezwanie Boga i
wybrałem drogę całkowicie zabezpieczoną przez Niego.
Kiedyś w zaułku
kościoła zauważyłem kiwającego się młodego chłopaka. Po kilku takich
kiwnięciach runął na ziemię. Podbiegłem na pomoc. Okazało się, że wąchał
klej i mocno odurzony stracił na chwilę równowagę. Można było z nim
jednak pogadać. O nic go właściwie nie pytałem. To on sam najpierw
przepytywał mnie ze znajomości filozofii. Rzeczywiście znał się na
filozofii do tego stopnia, że nawet moje seminaryjne podstawy okazały
się mocno nie wystarczające. Na koniec tej rozmowy powiedział mniej
więcej coś takiego: „A ksiądz to poszedł na łatwiznę! Uwierzył w tego
swojego Boga i nie musi się już zastanawiać co jest prawdą, za czym
pójść, z kim trzymać. U mnie jest odwrotnie. Co mnie zachwyci jakaś
filozofia i wydaje mi się, że właśnie taka jest prawda o świecie, to za
chwilę poznam jakiś inny system myślenia i znów nie wiem, gdzie jest
prawda”. Jeśli pójście do seminarium jest jakimś ryzykiem to chyba tylko
w zakresie właściwego rozeznania powołania, pytania, czy na pewno to
jest moja droga? Bo każda droga do świętości jest drogą bezpieczną.
Wątpliwości mogą się natomiast pojawiać w momencie rozeznawania, ale i
tak, gdybyśmy się nawet pomylili, to zawsze można wrócić i znów iść
drogą do świętości wyznaczoną przez inne powołanie. Kiedy ktoś żąda ode
mnie stanowczego potwierdzenia powołania, proszę go, żeby wstąpił do
seminarium, trochę powalczył i sam się przekonał czy to jego droga.
Jeśli jest jakieś ryzyko w decyzji wstąpienia do seminarium, to chyba
tylko w zakresie rozeznania powołania. To nie jest wybór między życiem a
śmiercią, zbawieniem a potępieniem, ale wybór drogi do zbawienia i
życia wiecznego. To jest próba odczytania woli Bożej, najcudowniejszego
planu Boga dla naszego życia.

dk. Jacek Wolan SP

Przerażony
Gedeon

Szalone pomysły Boga i ludzkie żądanie znaku.

Poprzednie
dwa teksty poświęcone były postaciom z Nowego Testamentu. Tym razem
nadszedł czas na bohatera ze Starego Testamentu. To postać stosunkowo
mało znana, a szkoda. Chociaż żył jakieś trzy tysiące lat przed nami, to
w jednym jest do nas bardzo podobny. Odczuwał lęk przed powołaniem. O
kogo chodzi? Jest to opowieść o Gedeonie. Na początek garść informacji
historycznych, żeby wiedzieć z kim w ogóle mamy do czynienia.

Sędzia,
czyli kto?

Rzecz działa się w Kanaanie po wejściu Narodu
Wybranego do Ziemi Obiecanej. Jak wiemy około połowy XIII wieku przed
Chrystusem Izraelici pod wodzą Mojżesza wyszli z Egiptu. Później przez
czterdzieści lat wędrowali przez pustynię i w końcu około roku 1200
przekroczyli Jordan i weszli do ziemi „mlekiem i miodem płynącej”.
Niestety, nie było już z nimi Mojżesza, który zmarł tuż przed
przekroczeniem Jordanu, ale znalazł się godny Jego następca, Jozue. Pod
jego wodzą Izraelici zaczęli zdobywać ziemie dzisiejszej Palestyny. Po
ich podbiciu zmarł także Jozue. W chwili jego śmierci każde z plemion
Izraelskich zajmowało swoje ziemie, ale nie dało się zauważyć jednego
przywódcy dla wszystkich pokoleń.
Gedeon był jednym z Sędziów. Stary
Testament wspomina, że było ich dwunastu. Ich historie możemy przeczytać
w Księdze Sędziów (zbieżność nazw jest tutaj nieprzypadkowa). Nie byli
to jednak sędziowie w naszym rozumieniu. Nie rozstrzygali spornych spraw
w sądzie. Byli to charyzmatyczni przywódcy, powoływani przez Jahwe dla
ratowaniu Narodu Wybranego w sytuacjach zagrożenia. Jako wodzowie
wojskowi gromadzili wokół siebie kilka plemion, nie byli jednak stałymi
rządcami jak król.
Okres Sędziów obejmuje ok. 200 lat, od
wspomnianego wejścia Izraelitów do Ziemi Obiecanej aż po ustanowienie
monarchii (na pierwszego króla Izraela namaszczony został w 1030 roku
Saul). Cały ten okres to „huśtawka” wierności i niewierności Bogu Jahwe.
Naród zachowuje przykazania i jest wierny przymierzu z Góry Synaj, ale
po pewnym czasie odwraca się od swego Boga i zaczyna oddawać cześć
bożkom pogańskim. Ściąga w ten sposób na siebie Jego gniew. Jahwe
pozwala na ucisk Izraelitów, bo chce, by się opamiętali. Izraelici
pragną nawrócenia, dlatego Bóg lituje się nad swoim Narodem i powołuje
kolejnego Sędziego, by wyzwolić Izraelitów z ucisku.
Tak jest i tym
razem. „Izraelici czynili to, co złe w oczach Pana, i Pan wydał ich na
siedem lat w ręce Madianitów (Sdz 6, 1)”. Madianici stanowili jeden ze
szczepów arabskich. Zamieszkiwali północno-zachodnie ziemie Arabii, na
wschód od Morza Czerwonego. Nie budowali trwałych osad – byli nomadami i
prowadzili życie wędrowne. Wprawdzie od Izraelitów oddzielała ich
ziemia Moabu, ale nie przeszkadzało im to jednak robić okazjonalnych
wypraw rabunkowych. Jako nomadzi nie interesowali się zajmowaniem kraju,
tylko łupem i ewentualnie wypasaniem pastwisk. Na swoich wielbłądach
mogli organizować błyskawiczne wypady łupieżcze i powracać do swego
obozu.
Madianici „nie pozostawiali Izraelowi żadnych środków do życia
– ani owiec, ani wołów, ani osłów (Sdz 6, 4)”. Mało tego: zdarzało się,
że ledwie co Izraelici zasiali i kiedy zboże było jeszcze w stadium
wzrostu, ci spadali jak szarańcza ze swymi wielbłądami i wypasali młode,
niedojrzałe, jeszcze zielone zboże. Dla Żydów, jako ludności rolniczej,
oznaczało to utratę zbiorów, brak chleba i głód. Zresztą autor
natchniony tak puentuje całą zaistniała sytuację: „Madianici wtrącili
więc Izraela w wielką nędzę. Poczęli zatem Izraelici wołać do Pana (Sdz
6, 6)”.

Najmniejszy spośród najuboższych

Właśnie w takich
okolicznościach dziejowych na scenie pojawia się nasz bohater, Gedeon.
Ukazał mu się Anioł Pana, by mu obwieścić wolę Bożą. Czy Gedeon był na
to przygotowany? Nie! W tajemnicy przed Madianitami młócił swoje zboże.
Pewnie był w nim strach i jak najszybciej chciał zakończyć to ryzykowne
zajęcie. Ni stąd ni zowąd przychodzi anioł i mówi do niego: „Pan jest z
tobą, dzielny wojowniku (Sdz 6, 12)”. Cóż za paradoks. On ze strachu
przed madianickimi rabusiami po kryjomu młóci zboże, a anioł zwraca się
do niego „wojowniku”!
Jednak wybierając nasze powołanie stawiamy
sobie cel i określamy sposób jego osiągnięcia, a to pomaga przełamać
niepewność oraz poczucie zagubienia w rzeczywistości.

Za: www.pijarzy.pl.