To był… piątek, 8 czerwca 1979 roku, na Skałce w Krakowie

090527i.jpg Skałka. Sanktuarium narodowe, miejsce wiecznego spoczynku wielu ludzi
szczególnie zasłużonych dla Ojczyzny. Miejsce uświęcone męczeńską
śmiercią świętego Stanisława. Barokowy piękny kościół, czwarty na tym
miejscu od epoki stanisławowskiej, ze szczątkami ołtarza uświęconego
krwią tego Patrona Polski z jego starożytnym obrazem. Od pięciuset lat
pieczę nad świątynią mają ojcowie paulini.

Dzisiaj na Skałce Papież spotyka się jakby z dwoma pokoleniami po
kolei. We wnętrzu świątyni czekają na niego przedstawiciele
krakowskiego świata nauki i kultury, a na zewnątrz dziesiątki tysięcy
młodzieży, wśród których znajdują się setki, a pewnie i tysiące tych,
którzy naszą kulturę będą szerzyć, rozwijać i tworzyć.

Zapadający zmierzch letniego, choć burzowego dnia. Ogród i
otoczenie kościoła świętego Michała na Skałce po brzegi wypełnione
młodymi ludźmi. Sprytniejsi i młodsi wdrapali się na mur otaczający
ogród i siedzieli tam przez kilka godzin ku zdumieniu tych, którym brak
zwinności albo lata nieco bardziej posunięte już na to nie pozwalały.
Okna i balkony pobliskich budynków oblepione widzami. Wielu siedziało
nawet na dachach domów, nie zważając na grożące niebezpieczeństwo. W
rękach wszystkich kwiaty i drewniane krzyże. Jest wiele transparentów z
napisami rozmaicie formułowanymi, wyrażającymi przecież jednak tę samą
treść: przywiązanie i miłość do namiestnika Chrystusowego.

Atmosfera oczekiwania. Jedni rozmawiają półgłosem o swoich własnych
sprawach: o nadchodzących egzaminach, o chorobach zagrażających temu
lub innemu, o rodzinnych powodzeniach lub kłopotach. Inni włączają się
we wspólną modlitwę. Niestety, źle ustawione mikrofony nie pozwalają na
wysłuchanie przygotowanego uprzednio programu artystycznego i jednego
czy dwóch odczytów. Młodzi ludzie martwią się półgłosem:
– Przecież nie usłyszymy ani jednego słowa Ojca świętego, jeżeli te mikrofony będą tak działać.

Jakaś grupa zbyt wysoko podnosi transparent i zasłania innym widok
na podium, z którego przemawiał będzie Ojciec Święty. Początkowo
zebrani zaczęli wykrzykiwać:

– Transparent w dół! Transparent w dół!

Nie daje to jednak żadnego rezultatu. Właściciele transparentu albo
rzeczywiście nie słyszą, albo udają, że nie rozumieją aluzji. Później
jednak – powoli i niechętnie – transparent opada. Ktoś z daleka
niewidoczny już go zwija i wszyscy mogą bez przeszkód spoglądać na
podium, które ustawiono wysoko przed budynkiem klasztornym. Nad nim
umieszczono ogromny obraz Jasnogórskiej Pani, a na tle biało-żółtych i
biało-czerwonych draperii widnieje napis: Totus tuus.

Poniżej – już na samym podium – tron papieski i krzesła dla osób towarzyszących; z boku krzyż z napisem: Odkupiciel człowieka.

Właśnie od strony ulicy Skałecznej płynie już fala oklasków, narasta, potężnieje i splata się z samorzutnym okrzykiem:

– Już jedzie! już jedzie!

Rzeczywiście przepełnionymi ulicami Stradomską, Krakowską i
Skałeczną przesuwa się kolumna samochodów. Spośród zgromadzonych na
ogromnym placu ogrodu paulinów przejeżdżającego Papieża widzą tylko
szczęśliwcy siedzący na murze, inni muszą się zadowolić oklaskami i
okrzykami. Ale jakże zawiedli się ci, którym się zdawało, że za małą
chwilę Papież pojawi się na podium! A byli tacy! Zadzierali głowy do
góry, stawali na palcach, wchodzili na przygotowane krzesełka albo
nawet na ramiona sąsiadów i – zawiedzeni kilkuminutowym oczekiwaniem –
zastygali w zadumie, wsłuchani w słowa modlitwy płynące z mikrofonu.
Trwało to jeszcze długo, dla niektórych nawet bardzo długo, zwłaszcza,
że nie wszyscy dokładnie wiedzieli, co się naprawdę stało, dlaczego
Papież nie pojawia się na przygotowanym podium.

Kościół świętego Michała Archanioła na Skałce wypełniony do
ostatniego miejsca. Wejście Ojca Świętego do wnętrza wywołuje długo nie
milknące owacje i oklaski. Wszystkie oczy wpatrzone w bramę kościoła,
gdzie Papież wita się serdecznie z Tadeuszem Kudlińskim. Następnie
Namiestnik Chrystusa przechodzi powoli przez środek nawy głównej ku
ołtarzowi głównemu, który po prostu tonie w kwiatach. Ojciec Święty
zajmuje miejsce na tronie, a do mikrofonu podchodzi profesor Tadeusz
Ulewicz, który wygłosił dłuższe przemówienie powitalne. W przemówieniu
tym jest miejsce na wspomnienia niektóre, bo mówi Profesor o Krakowie
jako o mieście, z którego Papież sam wyrósł i z którym związało go
życie czterdziestoma latami pracy duszpasterskiej i innej, mówi też o
tym, że obecny tutaj Jan Paweł II to przecież ich Rodak, a nawet dla
niektórych po prostu kolega z polonistyki, mówi o trudnych latach
okupacyjnych. I dodał:
– I nigdy w tamtych latach po koleżeńsku nie mogliśmy przecież
przypuszczać, że w twojej zamyślonej, a skupionej sylwetce przesuwała
się zarazem starą ulicą Gołębią i poprzez zakłady Solvayu, lecz przede
wszystkim przez seminarium duchowne i pałac biskupi na Franciszkańskiej
– zaskakująca, nowa, a nadzwyczajna karta historyczna, o której trudno
nam w tej chwili wyrokować.
Zebrani przemówienie Profesora nagrodzili rzęsistymi oklaskami, a
potem wysłuchali recytacji wiersza ułożonego przez profesora
Mroczkowskiego.
Papież podziękował serdecznie za powitanie i za wiersz, a kiedy
chór paulinów wykonał potężne Alleluja, przemówił sam do zebranych.
Dziwne to było przemówienie, odbiegało ono bowiem i od utartych form, i
od dotychczasowych przemówień Papieża, nawet niezwykle serdeczne i
ojcowskie przemówienie do kapłanów zebranych w katedrze wawelskiej
porównać się z nim nie da. Sam Papież nazwał je sztambuchem „byłego
krakowianina, byłego studenta Uniwersytetu krakowskiego, byłego także
naukowca”. Była to raczej pełna wspomnień gawęda w gronie przyjaciół.
Wiele szczegółów ocenić potrafią tylko ci, którzy je znali. Na
zakończenie wrócił Papież pamięcią do dnia konklawe i powiedział:
– A to, co się stało w dniu 16 października ubiegłego roku, co
jest jakimś arcanum Dei misterium – niezbadaną tajemnicą Bożą – to
także pragnę, ażeby przysłużyło się – oczywiście Kościołowi
powszechnemu, bo takie jest posługiwanie Piotra – ale żeby przysłużyło
się w jakiejś mierze szczególnej Ojczyźnie mojej, kulturze polskiej,
nauce polskiej, Narodowi polskiemu, wszystkiemu, co Polskę stanowi.
Cieszę się, że stoimy tu, na tym miejscu tak brzemiennym w pamiątki
historyczne, we wspomnienia historyczne. Może to miejsce samo za nas
przemawia i samo za nas się modli, ażeby ten człowiek, który w jakimś
sensie odszedł – musiał odejść – mógł teraz tym bardziej żyć w Polsce i
służyć Polsce. Takie jest moje pragnienie. W każdym razie żebym nie
przyniósł ujmy mojemu Narodowi. Przynajmniej tyle. Żebym mógł – nie
myślę o tym, żebym zasłużył na groby zasłużonych na Skałce – ale żebym
mógł jako tako służyć Polsce, służąc całemu Kościołowi.

Przemówienie Papieża było przerywane wiele razy oklaskami, klaskano
też przez długi czas po przemówieniu. W końcu Ojciec Święty udzielił
wszystkim błogosławieństwa i przez budynek klasztorny udał się do
ogrodu, gdzie czekała na niego zgromadzona od kilku godzin młodzież.

Zapadł już zmrok. Księżyc zabłąkany wędruje po niebie gwieździstym.
Światło reflektorów oświetla podium i papieski tron. Nagle zrywają się
oklaski jak burza wiosenna. W cichość czerwcowego wieczoru wdziera się
gwałtownie potężny okrzyk:
– Niech żyje Papież! niech żyje Papież!

Nad głowami wyrastają nagle transparenty, ale szybko opadają
spłoszone okrzykami protestu tych, co w tyle stali. A od muru
zamykającego ogród zaczynają płynąć kwiaty, wiązanki kwiatów, bukiety
wspaniałe i kwiaty pojedyncze, przede wszystkim róże. Rzucane z rąk do
rąk płyną ku papieskiemu podium jak fala morska ku brzegowi. Im bliżej
podium, tym większe są owe wiązanki, stają się już snopkami po prostu.
Podbijane przez młode ręce, mieniąc się stubarwną tęczą kolorów spadają
owe snopki kwiatów u stóp Papieża jak żniwne snopy u stóp gospodarza.
Spadają łukiem, i zastygają w bezruchu. Tłum szumi, faluje, wykrzykuje,
śpiewa. Na próżno orkiestra z Zielonek gra marsze powitalne, na próżno
śpiewa chór. Nikt nic słucha, nikt zresztą w ogólnej wrzawie niczego
nie słyszy. Młodzi skandują nieustannie:
– Niech żyje Papież! niech żyje Papież! niech żyje Papież!

Ktoś bliżej mikrofonu stojący próbuje zmienić okrzyk:

– Niech żyje Ojciec Święty!

Ale nic to nie pomogło, nikt pewnie tego nie usłyszał i nadal skandowano zawzięcie:

– Niech żyje Papież! niech żyje Papież! niech żyje Papież!

Papież stoi wzruszony ogromnie i spogląda na ten falujący tłum
młodzieży, uśmiecha się i wreszcie próbuje przerwać ten niezwykły
entuzjazm:
– Czy ja was mogę o coś się spytać?

Oklaski jeszcze bardziej potężne były odpowiedzią. Więc Papież próbuje przekrzyczeć wiwatujący tłum raz jeszcze:

– Czy ja was mogę o coś się spytać?

Oklaski zdają się cichnąć, więc Ojciec Święty po raz trzeci powtarza pytanie:

– Czy ja was o coś mogę spytać?

Tym razem potężne „taaak!” uniosło się ku niebiosom.

– To ja się was o coś spytam!

Znowu okrzyk potężny wstrząsnął murami ogrodu i powietrzem:

– Taaak!

– Powiedzcie mi, jak…, powiedzcie mi, jak ten papież ma żyć, jak wy tak na niego krzyczycie?

Odpowiedzią był śmiech radosny, a potem gwałtowne a długie oklaski i wreszcie okrzyki:

– Niech żyje Papież! niech żyje Papież! niech żyje Papież!

Ojciec Święty próbuje znowu interweniować:

– Czy ja was się mogę o coś spytać?

Prawie nikt nie słyszy pytania, więc Ojciec Święty korzysta z chwili jakby zmniejszonej nieco wrzawy i pyta raz jeszcze:

– Czy ja was się mogę o coś spytać?

Pewnie cud się jakiś stał. Kilka sekund prawdziwej ciszy. Więc Jan Paweł II pyta po raz trzeci:

– Czy ja was się mogę o coś spytać?

Znowu potężne „Taaak!" było odpowiedzią kilkudziesięciu tysięcy młodych gardeł.

– To ja się was o coś spytam! Ludzie śmieją się radośnie.

– Powiedzcie, jak ten papież ma żyć; jak wy tak na niego krzyczycie?

Znowu brawa, oklaski i okrzyki wstrząsnęły powietrzem.

Czy ja wam mogę coś powiedzieć? – pyta Papież.

Oczywiście, wszyscy odpowiedzieli znowu gromkim: „Taaak!”.

– To ja wam coś powiem. Ja was bardzo lubię.

Nie da się opisać, co się wtedy zaczęło dziać. Oklaski nie milkły przez długi czas, nie milkły też okrzyki:

– My też! my też! my też!

A kiedy wszystko jakoś się uspokoiło, Papież powiedział po prostu do wszystkich:

– No, to daliśmy im szkołę!

I nie zważając na rozradowane śmiechy zebranych, dodał zaraz:

– Teraz ma głos…, teraz ma głos ksiądz doktor Franciszek Płonka. Ktoś musi mieć tu głos. Gadaj!

Ale ksiądz Płonka też musiał dobrą chwilę poczekać, zanim mógł
dojść rzeczywiście do głosu. I tak powoli zaczęły się przemówienia
powitalne. Było ich kilka, wszystkie były przydługie i wszystkie
zebrani przerywali oklaskami i śpiewami. Najpierw przemawiał
przedstawiciel sacrosongu. Potem wnuczka Antoniego Gołubiewa odczytała
tekst przemówienia napisany przez sławnego, a chorego wtedy pisarza, co
zostało przyjęte burzliwymi oklaskami i śpiewem ‘Budujemy Kościół Boży
na całym świecie’. Potem kolejno przemawiali: przedstawiciel grup
apostolskich, przedstawiciel młodzieży pracującej i przedstawiciele
młodzieży oazowej. Przemówienia przerywano wiele razy, a na zakończenie
odśpiewano ulubioną przez Papieża ‘Barkę’. I właśnie po Barce wydarzyło
się coś, czego może nawet organizatorzy dobrze nie przewidzieli. Do
Ojca Świętego zbliżyła się młoda dziewczyna z wiązanką kwiatów i jako
przedstawicielka młodzieży słowiańskiej powiedziała jedno zdanie po
bułgarsku, a potem dodała łamaną polszczyzną:
– Grupa z Bułgarii pozdrawia Was, Ojcze Święty. Duchowieństwo i
wierni pamiętają o Was w modlitwie. Jesteśmy całym sercem przy Was.
Coś tam jeszcze było zaplanowane w tym przemówieniu, ale utonęło
we łzach. A że młodzi ludzie mają zazwyczaj bardzo miękkie serca, jedni
klaskali, żeby ukryć własne wzruszenie, inni po prostu płakali bez
żadnej żenady, zwłaszcza, że i Ojciec Święty wyraźnie się wzruszył, bo
zszedł nagle z tronu, sam odebrał kwiaty i serdecznie ową Bułgarkę
uściskał. Nic dziwnego, że przedstawiciel młodzieży akademickiej musiał
jeszcze długo czekać na swoją kolejkę, bo wszyscy samorzutnie śpiewać
zaczęli: ‘Oto jest dzień, który dał nam Pan. Weselmy się i radujmy się
w nim’.
Po przemówienia przedstawiciela młodzieży akademickiej* (*
młodzież akademicka ofiarowała lalkę-dziecko prosząc o ratowanie życia
nienarodzonych) zebrani odśpiewali jeszcze raz ‘My chcemy Boga’ i
wkrótce rozpoczęła się krótka liturgia słowa, której przewodniczył sam
Papież. Na początku Ojciec Święty odmówił modlitwę:
– Boże, światłości prawdziwa, źródło życia wiecznego, oświeć
serca wiernych, aby wszyscy, którzy zgromadzili się tutaj, mogli kiedyś
oglądać blask Twojej chwały. Przez Chrystusa Pana naszego.
Potem odczytano fragment z pierwszego listu św. Pawła do
Koryntian i fragment Ewangelii św. Jana, a po tym wszystkim w ciszę
wieczoru popłynął głos Papieża.
– Moi drodzy! Ja sobie napisałem przemówienie na to nasze
spotkanie, ale po tym, co usłyszałem, postanowiłem tego przemówienia
nie wygłaszać…

Nagła burza oklasków zrywa się w odpowiedzi na to oświadczenie.

– Może i dlatego, że już trochę brakuje mi głosu…, do tego doszło…

Znowu oklaski, żeby odwagi dodać Ojcu Świętemu.

– …ale przede wszystkim dlatego, że nie odpowiada ono w pełni temu, co tutaj usłyszałem.

Oklaski nagłe zerwały się i szybko przycichły.

– Poza tym jeszcze jako tako po polsku potrafię…

Śmiech zgromadzonych i potężne oklaski.

– …nic tylko czytać.

Znowu śmiech i oklaski.

– To wszystko, co usłyszałem, dotknęło spraw, które były mi
bliskie, właściwie były moje przez wszystkie lata mego kapłaństwa, nie
mówię biskupstwa, kapłaństwa. Zacznę od duszpasterstwa akademickiego,
ponieważ z tym duszpasterstwem zetknąłem się najwcześniej.
Oklaski przerwały na chwilę przemówienie.

– Bardzo lubię słuchać tej piosenki o barce czy łodzi, ponieważ to
mi przypomina moment, kiedy sam zostałem wezwany z łodzi. Zostałem
wezwany, ażeby być biskupem, w czasie, kiedy byłem – można by
powiedzieć: na łodziach – można by powiedzieć: na kajakach…
Oczywiście, brawa rzęsiste jak deszcz ulewny.

– I wcale mi to nie było w smak to wezwanie, bo wypadało w samym
środku wędrówki po bardzo trudnej trasie. No, ale musiałem pojechać do
Księdza Prymasa i…
Zebrani klaszczą rozweseleni.

– Skoro już tak się stało, jak się stało – zawsze oskarżony ma
prawo do jakiegoś ostatniego głosu. Powiedziałem: Czy ja jeszcze o coś
mogę poprosić?
A o co? A o co? — Ażebym tam mógł wrócić na tę wędrówkę…

Śmiech wymieszał się z oklaskami tak, że bardzo trudno jedno od drugiego odróżnić.

– I muszę się wam przyznać, że bardzo trudno mi rozstać się z
polską przyrodą i z górami, i z jeziorami. Nie wiem, jak to będzie…
To uczucie rozumieją wszyscy, choć pewnie nikt z zebranych go
jeszcze nie przeżył. Toteż wszyscy klaszczą, krzyczą, a nawet śpiewają,
wreszcie to wszystko zlewa się w jeden jednakowy okrzyk:
– Zostań z nami! zostań z nami! zostań z nami!

W oklaski gwałtowne nowy okrzyk się wdziera, na który tylko młodzieńcza wyobraźnia wpaść mogła:

– Przyjedź jeszcze raz! przyjedź jeszcze raz! przyjedź jeszcze raz! przyjedź jeszcze raz!

I jeszcze fala oklasków gorących. Wyruszyło to Papieża i nawet rozbawiło:

– Teraz jesteście mądrzy…

Śmiech i odrobina oklasków, a głowy wszystkie zadarte i oczy wpatrzone w podium.

– Teraz jesteście bardzo mądrzy, a szesnastego lis… października to was nie było…

Krzyk jakiś ogromny uniósł się ku niebu pełnemu gwiazd i zaraz potoczyły się za krzykiem oklaski i okrzyki:

– Byliśmy, byliśmy, byliśmy.

Więc Papież rozbawiony:

– Byliście po fakcie!

Na śmiech gwałtowny Papież dodał:

– Mądry Polak po szkodzie!

Więc znowu zerwały się oklaski i śmiechy.

– Moi drodzy, z tego, co powiedziałem, ktoś mógłby pomyśleć, że
duszpasterstwo akademickie to tylko chodzenie na wycieczki i jeżdżenie
na kajakach.
Zebrani odpowiadają stłumionym śmiechem.

– To jest błędny pogląd…, bardzo błędny pogląd, bo wielu ludzi
uprawia turystykę, a z tego jeszcze całkiem nie wynika duszpasterstwo.
Znowu fala oklasków przetoczyła się nad głowami.

– Natomiast dla nas, przed laty, dla Księdza Biskupa Jana i dla
mnie – stało się rzeczą jasną…, to przed laty… jeszcze was wielu
nie było na świecie… wtedy chyba wszyscy nie byliście na świecie…
Krótki śmiech i natychmiastowa cisza.

– …w latach pięćdziesiątych wczesnych – stało się rzeczą jasną,
że jeżeli to duszpasterstwo ma sięgać w różne wymiary życia młodych
ludzi, studentów, to nie może się kończyć tylko na kościele, musi
szukać jeszcze innych terenów. Dzisiaj jest to prawda powszechnie
znana, dzisiaj ten styl życia i styl działalności duszpasterstwa
akademickiego jest powszechnie przyjęty. Ale wtedy to były początki.
Mówiąc o sprawie duszpasterstwa akademickiego, zdaje sobie sprawę z
tego, że jest ono w Polsce w ogóle, a w Krakowie w szczególności
rozbudowane bardzo.
Zebrani włączyli się oklaskami.

– Próbowałem coś z tego nawet przenieść już w tym roku do Rzymu…

Znowu oklaski jak burza wdarły się w papieskie przemówienie.

– Tak jest! I – no, jak się człowiek do czegoś przyzwyczai, to mu
trudno bez tego żyć – i zażądałem sobie, żeby u Świętego Piotra
zgromadziła się młodzież akademicka – przynajmniej jeden raz.
Rzeczywiście, zgromadziła się, wypełniła bazylikę i raz do nich
przemówiłem: ‘Pasqua con gli studenti’. Tyle. Ale to jest nawyk, który
stąd wyniosłem. Natomiast chciałem przy okazji powiedzieć, że to
duszpasterstwo krakowskie bardzo się rozbudowało. Tak jak opuściłem je
odchodząc z Krakowa, gdy porównuję je z tym, które pamiętam od
początków, jest ono rozleglejsze, ale też liczba studentów bardzo się
powiększyła. Mam też wiele wspomnień. Dotyczą one poszczególnych
duszpasterzy akademickich, z którymi często się kontaktowałem, dotyczą
one różnych spotkań duszpasterskich. Najczęściej zapraszaliście mnie na
opłatki. Kiedy przyszedł okres adwentu, to nie wiadomo było po prostu,
gdzie naprzód lecieć… Oklaski zerwały się nagle i uleciały w ciemną
noc.
– Cieszył mnie ten rozwój poszczególnych środowisk akademickich,
cieszył mnie akademicki rozwój Krakowa. Wiadomo, że Kraków się
rozprzestrzenił i środowisko akademickie przesunęło się od centrum ku
peryferiom i zaraz też tam powstały – zwłaszcza myślę o Nowej Wsi –
środowiska akademickie, duszpasterstwo akademickie; miasteczko
akademickie i duszpasterstwo akademickie naraz.
Zebrani przyświadczyli gorącymi oklaskami.

– No, a co już powiedzieć o WAJu?

I już na tle zrywających się oklasków Papież zapytał:

– Wiecie, co to jest WAJ?* (* Wspólnota Akademicka Jezuitów).

Najpierw chwila oklasków, potem organy albo coś podobnego i spontaniczny śpiew:

Niech żyje Ojciec święty

i dobre zdrowie ma,

a cała Polska prosi

o uśmiech albo dwa.

W czasie tego śpiewu po słowach „i dobre zdrowie ma” Papież zauważył:

– Widzisz, jak się nam popsuło teraz!

Jeszcze trochę oklasków i w chwilę później mówi Papież:

– Owszem, dwa, ale wieczór, nie widać! Ja myślę, że Ojciec Czesław
jeszcze wciąż jest waszym ojcem**. (** Ks. Czesław Drążek SI).
Krzyk ogromny usłyszano, a potem gwałtowne oklaski i równocześnie z nimi głos Ojca Świętego:

– Nie popuśćcie!

Uciszyło się nagle, więc Papież mówi dalej:

– A co powiedzieć o „Beczce”?*** (*** Wspólnota studencka u ojców Dominikanów).

Znowu fala oklasków i równoczesny głos Ojca Świętego:

– Prawdopodobnie już pękła!

Znowu się uciszyło na chwilę.

– No, to tylko tak dla przykładu. Oczywiście, „Anna” bez przerwy
się tu odzywała, ponieważ ksiądz Płonka to jest właśnie święta Anna.
Oczywiście, oklaski potężne były odpowiedzią.

– W każdym razie, moi kochani, cieszę się z tego, że to
duszpasterstwo jest tak rozbudowane, że wychodzi naprzeciwko młodego
człowieka, studenta, od samego początku studiów, że stara się mu ukazać
Chrystusa, Ewangelię, że pokazuje mu słuszność tych rozwiązań
etycznych, które są najważniejsze dla młodego człowieka, że
przygotowuje młodych ludzi do małżeństwa, do życia w rodzinie. Mieliśmy
tego zresztą wyraz właśnie w tym apelu, który skierowali do nas
studenci. Skierowali do mnie, do papieża, i przeze mnie do wszystkich
za to odpowiedzialnych ludzi. Bardzo wam jestem wdzięczny za ten apel.
Musze wam powiedzieć, że te dwie szczególnie przeze mnie umiłowane
dziedziny duszpasterstwa: duszpasterstwo młodzieży i duszpasterstwo
małżeństw, czyli rodzin – zawsze stanowiły jakąś całość. Jedno wynikało
z drugiego. Nieraz nawet mówiłem duszpasterzom akademickim: tak,
dobrze, że, w ramach waszych konferencji podejmujecie różne tematy, ale
najwięcej uczynicie, jeżeli młodych ludzi, przyszłą polską
inteligencję, przygotujecie do życia w małżeństwie i w rodzinie
chrześcijańskiej.
Ogromne brawa wdarły się w nocną ciszę.

– Niech to wystarczy na temat ostatniego punktu. Nie wystarcza, ale niech wystarczy.

Znowu oklaski falą przetoczyły się nad zebranymi.

– Mogę wam najwyżej tylko powiedzieć, że będę starał się być w
Rzymie i gdziekolwiek mnie losy z tej racji zaprowadzą, wierny ideałom
duszpasterstwa akademickiego w Krakowie i w Polsce.
Zebrani odpowiedzieli na to gorącymi oklaskami:

– Teraz chciałem poruszyć łącznie dwie sprawy, które tutaj
występowały poniekąd odrębnie, mianowicie sprawę duszpasterstwa
liturgicznej służby ołtarza oraz sprawę tak zwanych grup apostolskich,
bądź to młodzieży w wieku licealnym, uczącej się, bądź też młodzieży
pracującej.
Najpierw oklaski radosne pod niebo gwieździste się uniosły, a potem rozległ się śpiew:

Oto jest dzień, który dał nam Pan!

Weselmy się i radujmy się w nim.

I znowu oklaski rozdarły ciszę nocy głębokiej.

– W tym, co powiem z kolei, nie chciałbym naruszyć kompetencji,
wysokiej kompetencji, dwóch znakomitych duszpasterzy młodzieżowych, z
których każdy w archidiecezji krakowskiej — bo o tej tylko mówię w tej
chwili — reprezentuje swój kierunek, mianowicie księdza Franciszka
Chowańca…
To pewnie wychowankowie księdza Chowańca tak klaszczą, że aż niebo drży*. (* Młodzież oazowa z Ruchu „Światło-Życie”)

– …który jest archidiecezjalnym duszpasterzem ruchu oazowego czy
też liturgicznej służby Ołtarza – zdaje się, że nazwa pierwsza jest
pełniejsza. Tak, księże Franciszku? Kiwa głową.
I znowu oklaski gorące.

– Jest to część ogólnopolskiego ruchu młodzieżowego, ruchu żywego
Kościoła, którego krajowym moderatorem jest ksiądz Franciszek
Blachnicki. Z przedstawicielami tego ruchu – w wymiarze krajowym –
spotkałem się w Nowym Targu, bo tam jest ich stolica na Podhalu.
Zebrani odpowiedzieli na to potężnymi oklaskami, a potem rozległ
się śpiew: ‘Wiele jest serc, które czekają na Ewangelię’. I znowu
oklaski zerwały się jak ptaki. Ktoś – pewnie z Anglii pochodzący –
krzyknął coś po angielsku, na co Papież odpowiedział żartem:
– Na razie musimy krakowskie porachunki załatwić, zanim pojedziemy do tej England.

Oczywiście, nowe oklaski i okrzyki uniosły się ku niebu.

– Więc od księdza Franciszka Chowańca przechodzę do księdza Antoniego Sołtysika…

Nie takie to łatwe przejście, bo wszyscy klaszczą i klaszczą.

– …i zaczynam od jego wyg…, i zaczynam…, i zaczynam od jego
wyglądu zewnętrznego, którym się martwię: strasznie zmizerniał, odkąd
mnie tu nie ma.
Śmiechem wszyscy wybuchli radosnym, a potem znowu klaskać zaczęli.

– Ksiądz Antoni ma ogromną pasję młodzieżową, pasję do duszpasterstwa młodzieżowego – po prostu go ta pasja zjada…

Znowu fala śmiechu wymieszanego z oklaskami.

– …i otwiera się w kierunku wszystkich grup młodzieżowych. Wiele
sposobów duszpasterzowania jest u niego podobnych do ruchu oazowego,
ale profil nieco odmienny. Znamienne jest na przykład wprowadzenie
elementu patriotycznego, elementu kultury narodowej. Prócz tego jest
jeszcze jedna różnica…
Ostatnie słowa wypowiadał Papież szybko i razem z narastającymi
gwałtownie oklaskami. I oczywiście, zabrzmiał – któryż to już raz tego
wieczoru! – ‘Mazurek Dąbrowskiego’.
— …więc oazy trwają dwa tygodnie, a rekolekcje apostolskie
jeden tydzień. Taka była różnica. Myślę, że dalej jest. Więcej się nie
wdaję w te szczegóły.

Moi drodzy, ja wam chcę powiedzieć jedno, mianowicie, że ja nie mam – wprawdzie jestem już starszy człowiek…

Wrzask ogromny był odpowiedzią, w którym i „taaak!” i „nieee!” się zawierało, trudno jednak powiedzieć, co było potężniejsze.

– …no, nie mam już takiej pasji młodzieżowej, jak ksiądz Antoni
czy ksiądz Franciszek, ale kiedy się zbliżyło lato, albo i nawet środek
zimy i ruszyły oazy i ruszyły rekolekcje apostolskie to mnie nosiło z
kąta w kąt…
Oklaski i okrzyki nie miały końca.

– …a najbardziej zawsze celowałem na pogodny wieczór…

Najpierw śmiech krótki, urywany, a potem oklaski jak burza.

– Strasznie lubiałem siadać z wami przy ognisku i słuchać, jak śpiewacie, i słuchać też czasem, jak się wygłupiacie…

Oczywiście, reakcja łatwa do przewidzenia: gwałtowna fala oklasków.

– Ale, ale, moi kochani, najważniejsze jest co innego. To, że
stawiacie sobie wysokie wymagania. Ja sam zajmowałem się
duszpasterstwem młodzieżowym, sam byłem duszpasterzem akademickim, w
pewnym sensie nim zostałem do ostatnich wakacji. Może nawet jeszcze i
teraz jestem – zobaczymy!
Najpierw oklaski gorące, potem jakieś okrzyki, do których próbuje
się sam Papież włączyć, a to powoduje powszechny śmiech. I znowu
oklaski zagłuszają wszystko.
– Jednakże muszę się przyznać, że kiedy porównuję wymagania,
jakie stawiacie na oazach czy chociażby na rekolekcjach apostolskich,
przypuszczam, że także na różnych zgrupowaniach duszpasterstwa
akademickiego – jakie sobie stawiacie – muszę powiedzieć, że
uczyniliście ogromny postęp. Stawiacie sobie wysokie wymagania i to, co
jest najwspanialsze, że właśnie te wysokie wymagania was pociągają.
Zebrani oklaskami przerywają przemówienia, a kiedy nastał spokój, Papież mówi dalej:

– To jest źródło wiary w młodzież, bo tak by się mogło zdawać, że
ta młodzież współczesna taka albo inna, że w ogóle jest nastawiona
tylko na doraźne wrażenia, no, ja wiem, jak to tam nazwać — na
konsumpcję, mówią na Zachodzie – tymczasem to jest całkiem nieprawda.
Ona jest nastawiona na wysokie wymagania i gdzie się jej stawia wysokie
wymagania, tam idzie!
Krzyk powstaje ogromny, ale serdeczny. Twarze uśmiechnięte, wzruszone, wpatrzone w Papieża.

– Niech żyje Papież! niech żyje Papież! niech żyje Papież!

Ojciec święty próbuje przekrzyczeć tłum:

– Niech żyje młodzież! niech żyje młodzież!

Ale nic to nie pomogło: nikt go nie słyszał, a może nie chciał
słyszeć i przez długą chwilę jeden tylko zgodny okrzyk słyszeć mogłeś:
– Niech żyje Papież! niech żyje Papież! niech żyje Papież!

Gdy się w końcu jakoś uciszyło, Ojciec Święty mówił dalej:

– I moi drodzy, to jest to najważniejsze, co zawdzięczam
duszpasterstwu młodzieży i akademickiej, i oazowej, i grup
apostolskich, mianowicie nauczyłem się poprzez to duszpasterstwo,
poniekąd od was się nauczyłem, że prawda o młodzieży jest inna, niż się
mniema, że…
Niełatwo było dokończyć zdanie, zebrani bowiem niemal szaleli z radości.

– …że nie można iść na żadne konformizmy, na żadne postawy konsumpcyjne, na żaden materializm, tylko…, tylko…

Najpierw prawdziwa burza oklasków, potem okrzyki:

– Niech żyje Papież! niech żyje Papież! niech żyje Papież!

I gdy wszystko zdawało się cichnąć, jakiś niewieści (ale chyba nie jeden) głos krzyknął:

– Niech żyje nasz kochany Papież!

Entuzjazm był taki, że podchwycono natychmiast ten okrzyk i wszyscy z całych sił krzyczeli:

– Niech żyje nasz kochany Papież! niech żyje nasz kochany Papież! niech żyje nasz kochany Papież!

Aż sam Jan Paweł II się zdziwił i rozweselony zaczął do mikrofonu pohukiwać:

– Ho! ho!

I gdy wrzawa przemiła ucichła, powiedział:

– Tak. Tylko po prostu trzeba się dzielić Ewangelią, trzeba
pokazywać to, co jest prostą ewangeliczną prawdą, trzeba pokazywać, kim
jest Chrystus, trzeba przybliżać Chrystusa — i to jest droga. To
wyniosłem stąd, tegoście mnie nauczyli.
Najpierw oklaski ruszyły na wszystkie strony, a potem śpiew się
rozległ wspólny: ‘My jesteśmy na ziemi światłem Twym’. Druga zwrotka
nie wyszła i wszyscy wybuchnęli zdrowym śmiechem. Więc Papież dodał
jakby na usprawiedliwienie:
– Wszyscy wiedzą…

I znowu śmiech powszechny i oklaski.

– I jeszcze został jeden punkt: Sacrosong… Sacrosong…

Znowu najpierw oklaski, potem chwila ciszy i nagły krzyk:

– Jeszcze wojsko polskie!

A Papież niezmieszany odkrzyknął:

– O taaak! O taaak!

I wszyscy klasnęli na znak zgody powszechnej! Ktoś tam jeszcze
krzyknął coś po angielsku — trudno jednak w tym się połapać. I znowu
oklaski!
Więc Papież na to:

– Wszystkiego naraz się nie da! Ja jeszcze tylko o sacrosongu. I
krótko! Tego, co ja przeżyłem z księdzem Palusińskim, tego by na
wołowej skórze nie spisał!
Oklaski zrywały się już od dawna, a gdy wybuchły wreszcie, zdawało się, że nigdy się nie skończą.

– Ja w ogóle się dziwię…

Nikt tego nie słyszał: Jakaś grupa zaczęła nagle śpiewać: ‘Nie
będziemy nigdy sami’. Papież też zrezygnował z kontynuowania zdania i
włączył się niespodziewanie w śpiew — więc za chwilę śpiewali na placu
chyba wszyscy.
– Tak, słyszeliśmy….

I znowu oklaski rozdarły powietrze.

– Sacrosong tak się mało dotąd objawił. Stoi tam pod
Franciszkanami, jest wypisany na murze, ale mało śpiewa, bo wszyscy
śpiewają za niego, albo raczej wszyscy śpiewają to, co on wypracował,
bo sacrosong to jest jakiś warsztat, na którym dokonuje się spotkanie
treści chrześcijańskich, wartości chrześcijańskich – ze współczesnym
środkiem wyrazu muzycznego. Nic więcej nie powiem. Życzę, żeby
sacrosong dalej się rozwijał i żeby ani z jednego roku nie zrezygnował.
Co rok festiwal.
Młodzi i starzy odpowiedzieli oklaskami.

– A jak się nie będziecie pilnować, to was pokona orkiestra z Zielonek.

Oczywiście, tylko takiej reakcji można się było spodziewać. Huragan
oklasków się zerwał w ogrodzie paulinów, a towarzyszyły im okrzyki
mniej lub więcej zrozumiałe.
– Moi drodzy! Powiedziałem, że nie przeczytam tego, co napisałem,
ale przeczytam parę zdań, które napisałem na końcu, i na tym skończymy,
bo jeżeli ma być…
Cały plac nagle wrzasnął (to chyba najbardziej odpowiednie słowo na określenie tego, co się stało) jak na komendę:

– Nieee!

I zaczęły się dziać rzeczy przedziwne. Papież przekonywał
zebranych, że musimy skończyć, młodzi krzykiem ogromnym twierdzili coś
całkiem przeciwnego. Zgromadzone tysiące jednym głosem zaczęły nagle
śpiewać ‘Sto lat’. To był śpiew! Zdawało się, że sklepienie niebieskie
runie zebranym na głowy, tak echo usłużne melodię potężną niosło ku
gwiazdom. Wreszcie powoli, powoli uciszyło się wszystko.
– Macie szczęście, że nie leje – powiedział Papież.

I znowu śmiech i znowu porcja oklasków.

– Przeczytam wam to, co jest tu na końcu napisane…

Nie bardzo w to wierzą i śmieją się radośnie.

– Jesteście przyszłością świata!

No tak, tylko tego zdania jeszcze brakowało. Najpierw istna burza
czy huragan oklasków, potem okrzyki: Niech żyje Papież! Niech żyje
Papież! Niech żyje Papież! I znowu orkiestra z Zielonek zagrała, aż
gwiazdy mrugnęły do siebie zdumione. Tym razem łacińskie ‘Plurimos
annos’! I wszyscy umieli! A Papież po wielu próbach powiedział
wreszcie:
– Po co ja te Zielonki pochwaliłem?

Jedni się śmieją, inni klaszczą zawzięcie, jeszcze inni śpiewają
owo ‘Plurimos annos’ po raz któryś z rzędu. A gdy się nieco uspokoiło.
Papież odczytał fragment wcześniej przygotowanego na tę chwilę tekstu:
– Od was zależy jutrzejszy dzień. Przyjmijcie w duchu
odpowiedzialności tę prostą prawdę, jaką zawierają w sobie słowa waszej
pięknej piosenki. I nieraz proście Chrystusa przez Maryję, abyście
sprostali. Wy macie przenieść ku przyszłości to całe doświadczenie
dziejów, któremu na imię Polska.
Zebrani znowu odpowiedzieli oklaskami a potem zaśpiewali znaną dobrze Papieżowi ‘Czarną Madonnę’. A Ojciec Święty mówił potem:

– Jest to doświadczenie trudne, to, któremu na imię Polska. Chyba
jedno z trudniejszych w świecie, w Europie, w Kościele. Tego trudu się
nie lękajcie. Lękajcie się tylko lekkomyślności i małoduszności. Z tego
trudnego doświadczenia, któremu na imię Polska, można wydobyć lepszą
przyszłość, ale tylko pod warunkiem uczciwości, trzeźwości, wiary,
wolności ducha i siły przekonań. Bądźcie konsekwentni w swojej wierze.
Bądźcie wierni Matce Pięknej Miłości. Zaufajcie Jej, kształtując waszą
własną miłość, tworząc wasze młode rodziny. Niech Chrystus pozostanie
dla was drogą, prawdą i życiem.
Najpierw znowu oklaski gorące, a potem nagle górale zaczęli po
swojemu ‘Sto lat’ śpiewać. Nie sami zresztą, bo cały plac się z nimi
natychmiast połączył, jakby na jakim wspaniałym ludowym festynie. Aż
sam Papież na końcu powiedział:
– Posłyszeli, że Zielonkom przychwaliłem, to się górole przypomnieli!

I znowu oklaski w odpowiedzi.

– Moi drodzy…, moi drodzy…, teraz na zakończenie odmówimy ‘Ojcze nasz’…

Wszyscy krzyknęli jak najgłośniej:

– Nieee!

Ktoś nagle krzyknął coś nie bardzo zrozumiałego, tak jednak, że Papież natychmiast pojął, o co chodzi, i zapytał:

– Cooo?

I cały tłum podchwycił okrzyk:

– Boże, błogosław Papieża! Boże, błogosław Papieża! Boże, błogosław Papieża!

Trwało to dość długo, a potem znowu rozległy się oklaski. Wzruszony do głębi Papież powiedział:

– Moi drodzy, chcę poświęcić te krzyże, które macie w swoich
rękach… wszystkie… tak. Więc wszyscy zaśpiewamy ‘Ojcze nasz’, a
potem wam udzielę błogosławieństwa, to krzyże podniesiecie i przez to
samo będą pobłogosławione osoby i wszystkie krzyże. Śpiewamy ‘Ojcze
nasz’.
I sam Ojciec święty zaintonował modlitwę Pańską. Nad Skałką,
gdzie śmierć poniósł męczeńską Stanisław ze Szczepanowa, i nad
królewskim Krakowem uniósł się donośny śpiew. Tak zabrani nawiązywali
do wielkiej dla Apostołów chwili, kiedy to Pan uczył ich, jak się mają
modlić. Może wtedy też była taka piękna czerwcowa noc?
Teraz wszyscy unoszą krzyże do góry. Rzekłbyś, że to las krzyży
wyrósł nagle w ogrodzie paulinów i na okolicznych ulicach, oknach i
dachach domów. I Jan Paweł II nad tym lasem krzyży i nad tym morzem
ludzkich głów i bijących serc śpiewa formułę apostolskiego
błogosławieństwa. A potem jeszcze mówi:
– A teraz mam do was taką prośbę, ponieważ jest już godzina w pół
do jedenastej, żebyście się rozeszli już…, że tak powiem…, po
cichu…, po cichu…, po całym Krakowie i po cichu.
Na placu rozlegają się jakieś niepewne pomruki.

– No, nie podoba się wam?

Wszyscy krzyknęli zgodnie:

– Nieee!

A Papież na to serdecznie, ale głosem, który nie lubi sprzeciwu:

– To niech się wam spodoba!

Spodobało się pewnie, bo wszyscy odpowiedzieli gwałtownymi
oklaskami, a wnet zabrzmiała jeszcze jedna piosenka z towarzyszeniem
gitar.

A Ojciec Święty zeszedł z podium wysokiego ku samochodowi, który od
samego początku na niego czekał i cała kolumna ruszyła ku ulicy
Franciszkańskiej, ruszyła bardzo powoli, bo na całej trasie stał
cierpliwie wielotysięczny tłum krakowian.

Tłumy stały także przed pałacem arcybiskupów krakowskich. Kolumna
samochodów została powitana z ogromnym aplauzem, ale przepuszczono ją
spokojnie. Dopiero potem ludzie zaczęli dopominać o swoje prawa. Więc
powróciło znów na usta znane zawołanie:

Słuchaj, Ojcze, jak Cię błaga lud.

Przemów do nas chociaż kilka słów!

Wreszcie tuż przed godziną dwudziestą trzecią otwiera się raz
jeszcze okno: pojawia się w nim biała sylwetka Papieża. Tłum szaleje z
radości. A Ojciec Święty pyta po prostu:
– Czy nas, krakowiaków, wystarczy w niedzielę, żeby te Błonia wypełnić?

Najpierw potężne „nieee!” było odpowiedzią radosną, a potem oklaski mimo późnej pory uniosły się w noc ciemną.

– Może, jak mnie dodacie, to wystarczy!

Zebrani śmieją się radośnie.

– No, moi drodzy, wszystko dobre, co się dobrze kończy. A dzień się dobrze kończy wówczas, jak ludzie idą spać…

Znowu śmiech ogólny, ale wątpliwe, czy tym razem wszyscy zgadzają się z Papieżem.

– …następnie, jak poszedłszy spać, mogą usnąć, żeby się mogli
jutro obudzić, bo jutro też jest dzień… Słyszycie, co bije? Jedenasta
godzina! Jedenasta godzina! Księżyc też świeci, deszcz nie pada. Zmówmy
‘Anioł Pański’.

/fragment z książki: ‚Gaude, Mater Polonia’, strona: 198-210/

*

PRZEMÓWIENIE OJCA ŚWIĘTEGO DO PRZEDSTAWICIELI NAUKI I KULTURY KRAKOWA

Proszę Państwa, albo raczej po prostu : moi Drodzy Przyjaciele, Bracia i Siostry!

Boję się, czy potrafię dać wyraz wszystkiemu, czemu powinien bym
dać wyraz, czemu pragnąłbym dać wyraz w tym momencie, w momencie tego
spotkania na Skałce. Z tą nazwą łączy się ów, jak wspomniał przed
chwilą profesor Ulewicz, dziejowy dramat, który w przedziwny sposób
zaowocował po dziewięciu stuleciach. Z tą nazwą łączy się także inna,
młodsza tradycja, mianowicie tradycja „grobów zasłużonych".

Kraków jest miastem ogromnie bogatym. Całe dzieje przeszły przez to
miasto i chciały w nim pozostać. Chcieli pozostać królowie polscy w
katedrze na Wawelu, w podziemiach, w sarkofagach. Zabrakło miejsca dla
zasłużonych. Tylko więksi wieszczowie Narodu: Mickiewicz i Słowacki
znaleźli tam jeszcze osobną kryptę. Wówczas powstała myśl, żeby tą
kryptą dopełniającą Wawel stała się właśnie Skałka.

Dobrze, że nasze spotkanie z ludźmi zasłużonymi dla tego, przez co
Naród jest sobą, to znaczy dla kultury, odbywa się właśnie tutaj, na
Skałce. Pragnę za to spotkanie szczególnie serdecznie podziękować
wszystkim Państwu, którzy tutaj jesteście; przedstawicielom świata
nauki. Wielka jest tradycja świata nauki w Krakowie. Nawet nie trzeba o
tym wspominać. Jest wielka, bo bardzo długa, najdłuższa w Polsce. Jest
wielka, bo znakomita. Zawsze ta nazwa: Uniwersytet Jagielloński —
wywołuje na całym świecie skojarzenia najwyższej rangi. A tylko kilka
jest takich uniwersytetów na świecie, które takie skojarzenia wywołują.

Oczywiście, że ten Uniwersytet Jagielloński, najstarszy, dzisiaj
jest już tylko rzeczywistością w pewnym sensie symboliczną, bo o nauce
krakowskiej trudno mówić tylko w wymiarach tegojednego Uniwersytetu,
skoro Kraków liczy tak wiele uczelni akademickich o różnym profilu, o
różnej specjalizacji. To tyle o nauce.

Cóż powiedzieć o innych dziedzinach kultury. Może najbliżej nauki
zawsze znajdowała się sztuka. Kraków był umiłowanym miejscem artystów i
jest nim nadal. Nie jest uprzywilejowany, bo wiadomo, że tak jak nauka,
tak i sztuka, potrzebują również funduszy. Więc może nie jest
uprzywilejowany Kraków, ale jest umiłowany na pewno.

Trudno w Polsce być artysta nie przeszedłszy przez Kraków. Mam na
myśli wszystkie gałęzie sztuki. I tę gałąź, z którą byłem może
najbliżej związany, to znaczy sztukę żywego słowa, sztuka teatru i plastykęwe wszystkich jej kierunkach i specyfikacjach: zarówno malarstwo, jak rzeźbę i architekturę.

Prócz tego na całokształt kultury składają się przeróżne dziedziny
usług spełnianych dla człowieka, do których przygotowują wyższe
uczelnie. Mam na myśli medycynę krakowską, z którą byłem związany
przede wszystkim jako pacjent. Starałem się być jak najmniej
związany…

Natomiast zawsze patrzyłem na tę dziedzinę krakowskiej nauki, na
medycynę, ze szczególną miłością, ponieważ ona była wybraną dziedziną
mojego stosunkowo wcześnie zmarłego brata. Prócz tego miałem ogromnie
wiele kontaktów w świecie lekarskim. Ale do tego przejdziemy za chwilę.

Ażeby uwzględnić wszystkie działy, dziedziny powołań
inteligenckich, w które obfituje Kraków, trzeba na pewno wspomnieć o
wielkim świecie prawniczym, który, jak każdy inny, ma tutaj w Krakowie
swe wielkie tradycje.

Trzeba wspomnieć z kolei o wielkim świecie pedagogów, wychowawców,
profesorów. Jak widać, dziedziny zachodzą na siebie, bo kiedy mówimy:
„profesorzy", to mamy na myśli ludzi nauki, ale równocześnie mamy też
na myśli pedagogów i wychowawców. Wielkich czasem pedagogów i
wychowawców.

Żyjemy dzisiaj w epoce ogromnego narastania zainteresowań i
zapotrzebowań techniki. Kraków także stał się wielkim ośrodkiem
techniki już w okresie międzywojennym, z chwilą, gdy tu powstała
Akademia Górniczo-Hutnicza. Po wojnie zaś Politechnika — znowu wielki
rozdział kultury naukowej, ale także i kultury praktycznej naszego
miasta.

Pragnąłem to wszystko powtórzyć, odtworzyć z pamięci z dwóch
powodów: przede wszystkim dlatego, że jako do niedawna jeszcze
metropolita krakowski pragnąłem pozostawać w kontakcie z tym bogatym
światem (i zróżnicowanym światem) krakowskiej inteligencji na różne
sposoby: przede wszystkim posługując jako duszpasterz, głosząc
rekolekcje, a potem jako biskup zapraszając do siebie reprezentantów
poszczególnych dziedzin nauki, czy też profesji inteligenckiej na
spotkania, na sesje naukowe, czasem na sesje specjalistyczne, a
najczęściej na spotkania okolicznościowe, zwłaszcza w okresie Bożego
Narodzenia. I z dzisiejszej okazji korzystam, ażeby przede wszystkim
podziękować wszystkim tutaj obecnym Państwu za to, że chętnie
pozostawali ze mną w kontakcie, że chętnie przychodzili na różne
zaproszenia, że mogliśmy przy tej sposobności lepiej się poznawać,
omawiać zagadnienia bliskie Wam i mnie, że mogliśmy łamać się
opłatkiem, że mogliśmy śpiewać kolędy. Gdyby to był inny okres roku i
inna sytuacja, prawdopodobnie wielu z tu obecnych zażądałoby ode mnie,
ażebym zaśpiewał tę góralską kolędę. Ale ja się teraz stałem bardziej
wymagający i powiadam tak: „Jeżeli chcecie słyszeć tę kolędę, musicie
przyjechać do Rzymu".

Więc to jest wzgląd pierwszy, dla którego to spotkanie jest tak
bardzo dla mnie drogie i cenne. Ale jest jeszcze wzgląd drugi. W pewnym
sensie wyprzedził mnie tutaj kolega i przyjaciel z lat uniwersyteckich,
profesor Tadeusz Ulewicz, ponieważ wskazał, jak bardzo Kraków, właśnie
ten Kraków Uniwersytetu i kultury należy ściśle do mojego życiorysu.
Jednakże chciałbym nie tylko potwierdzić to, co powiedział, ale nawet
może to i owo jeszcze dodać. Moja miłość do Krakowa jest starsza niż
mój pobyt w Krakowie. Państwo wiedzą, że urodziłem się poza Krakowem,
ale żyjąc na co dzień poza Krakowem, w Wadowicach, stale do Krakowa
tęskniłem i uważałem za wielki dzień w moim życiu, kiedy po zdaniu
matury w 1938 roku już się tu na stałe przeprowadziłem i zacząłem
uczęszczać na Uniwersytet Jagielloński, na wydział wówczas
filozoficzny, ze specjalizacją: filologia polska. Stąd pochodzi
najwięcej moich kolegów i koleżanek w tym samym czasie studiujących,
albo na latach wyższych, jak właśnie prof. Ulewicz, albo także na moim
roczniku. Chcę dodać, że na tym roczniku studiowało bardzo wielu
czynnych literatów, poetów. Niektórzy są dzisiaj doskonale znani. Ja
byłem wśród nich nieco zakonspirowany i zostałem zakonspirowany
właściwie do dnia wyboru na Papieża. Natomiast z tym dniem zostałem
zdekonspirowany nie tylko przed Polską, ale i przed całym światem. Już
nie wiem, co z tym mam zrobić. Po prostu niech „leci". Ciekawa rzecz,
że niektórzy nawet uważają, że to coś warte. A ja podejrzewam, że nie
uważaliby tak, gdyby się nie stało tak, jak się stało. Ale dajmy temu
spokój!

W każdym razie miałem doświadczenie przedwojennego Uniwersytetu,
krakowskiego, Jagiellońskiego. Tego przedwojennego Uniwersytetu, który
był taki, jak pamiętają wśród obecnych tylko już ludzie starsi.

Wśród obecnych chyba tylko jednego widzę mojego profesora (może
jest ich więcej w kościele), ale w tej chwili patrzę na Pana Prof.
Urbańczyka i wiem, że pod jego kierunkiem zaczynałem fonetykę opisową
na pierwszym roku filologii polskiej. Ale on był wtedy bardzo młodym
jeszcze pracownikiem naukowym. Bardzo młodym. Dziś jest stosunkowo
starszym profesorem. W każdym razie spośród moich kolegów, koleżanek,
wiele osób osiągnęło te ostrogi pracowników nauki, profesorów
uniwersytetu. Ja gdybym się lepiej sprawował, może bym też był do
czegoś doszedł. Cóż zrobić?

Śp. Mieczysław Kotlarczyk uważał, że moim powołaniem jest żywe
słowo i teatr, a Pan Jezus uważał, że kapłaństwo, i jakoś pogodziliśmy
się co do tego. Natomiast moje koleżanki z tzw. „Teatru Rapsodycznego"
czy przedtem jeszcze „Teatru Żywego Słowa" z okresu okupacyjnego, są
dzisiaj znakomitymi artystkami i serdecznie im tego gratuluję. A moim
największym pragnieniem jest usłyszeć, chociażby na taśmie, recytację
Danuty Michałowskiej.

Muszę przyznać, że nie byłem zbyt wytrwały w przywiązaniu do
humanistyki. Skoro już w okresie okupacyjnym przeszedłem na inną drogę
powołania i zacząłem na tej innej drodze powołania, tzn. w kapłaństwie
pracować, to wówczas na nowo otworzył się przede mną świat
uniwersytecki, ale już przede wszystkim od strony młodzieży
akademickiej. Bardzo szybko zacząłem pracować jako duszpasterz
akademicki, a skutki tego duszpasterstwa są takie, że wśród osób, które
wtedy to duszpasterstwo moje osobiste obejmowało, chyba czterech,
pięciu, sześciu, jest członkami Polskiej Akademii Nauk. Z tego ogromnie
się cieszę.

Zacząłem też — tak się złożyło — ja, z powołania kapłan, z
wykształcenia humanista, polonista — obcować przede wszystkim z ludźmi,
którzy reprezentowali dziedzinę, na której się najmniej znałem i do
dziś najmniej znam, to znaczy z przedstawicielami nauk ścisłych, w
szczególności fizyki oraz techniki. To byli moi serdeczni przyjaciele.
Najpierw na etacie jeszcze studentów, potem na etacie pracowników,
bardzo szybko na etacie samodzielnych pracowników nauki. To wszystko
wspominam i wciąż się obawiam, że jakiejś rzeczy nic poruszam tutaj
wystarczająco, z jakichś długów się nie wypłacam we właściwej mierze.
Chciałbym raz jeszcze powiedzieć, że jestem dłużnikiem wielu spośród
Państwa. Jestem dłużnikiem także starszego pokolenia. Wielu już
znakomitych krakowskich profesorów z tego pokolenia, albo też wielkich
ludzi kultury nie żyje. Niektórym mogłem oddać ostatnią posługę już
jako arcybiskup krakowski albo kardynał.

Nigdy nie zapomnę pogrzebu śp. profesora Pigonia albo śp. profesora
Niewodniczańskiego, czy profesora Klemensiewicza, czy wielu innych.
Przepraszam, jeżeli w tej chwili pamięć mnie zawodzi. Wielu profesorom
i innym znakomitym ludziom kultury polskiej mogłem oddać tę posługę w
czasie, kiedy byłem biskupem, a potem metropolitą krakowskim czy
kardynałem.

To taka całość. Taka całość. Dlatego też to spotkanie dzisiejsze ma
w sobie dla mnie mniej elementów formalnych. Nawet bardzo mało. A
mogłoby mieć. Nawet może, wedle tego, co powiedziałem, stosunkowo mało
doszło do głosu elementów merytorycznych. Bo przecież można by z tego,
co miałem powiedzieć, uczynić wielki wykład na temat zadań nauki,
kultury i różnych dziedzin kultury, które Państwo reprezentujecie.
Natomiast zrobił się z tego jakiś sztambuch byłego krakowianina, byłego
studenta Uniwersytetu Krakowskiego, byłego także naukowca. Profesor
Ulewicz wspomniał, że byłem ostatnim habilitowanym na Wydziale
Teologicznym Uniwersytetu jeszcze Jagiellońskiego docentem tegoż
Uniwersytetu i to sobie zawsze bardzo głęboko cenię.

A to, co się stało w dniu 16 października ub. roku, jest jakimś
arcanum Dei misterium — niezbadaną tajemnicą Bożą, to także pragnę,
ażeby przysłużyło się — oczywiście Kościołowi Powszechnemu, bo takie
jest posługiwanie Piotra, ale żeby przysłużyło się w jakiejś mierze
szczególnej Ojczyźnie mojej, kulturze polskiej, nauce polskiej.
Narodowi polskiemu, wszystkiemu, co Polskę stanowi.

Cieszę się, że stoimy tu na tym miejscu, tak brzemiennym w pamiątki
historyczne, we wspomnienia historyczne. Może to miejsce samo za nas
przemawia i samo za nas się modli, ażeby ten człowiek, który w jakimś
sensie odszedł — musiał odejść — mógł jednak tym bardziej żyć w Polsce
i służyć Polsce. Takie jest moje pragnienie.

W każdym razie, żebym nie przyniósł ujmy mojemu Narodówi.
Przynajmniej tyle. Żebym mógł — nie myślę, o tym, żebym zasłużył na
groby zasłużonych na Skałce — ale żebym

mógł jako tako służyć, służąc całemu Kościołowi.

Prawdopodobnie jest rzeczą jasną, że nie powiedziałem wszystkiego,
że pominąłem rzeczy bardzo istotne. Ja czuję, że pan profesor Korohoda,
który tutaj się zbliżył, chce mnie złajać i poprawić to, co
powiedziałem źle. No niech mówi, bo by nic był szczęśliwy!…

Proszę Państwa. Nasze spotkanie jest takie dwuczęściowe. Tutaj, w
tym przybytku Pańskim, w kościele, zamknięto na klucz profesorów i
starsze pokolenie. Natomiast przed drzwiami stoi młodsze pokolenie i
dobija się. Jeżeli Państwo pozwolicie, chciałbym jeszcze zakończyć to
spotkanie błogosławieństwem, a potem wrócić tam do tej młodzieży, która
ma swoje prawa. I właściwie my po to jesteśmy, żeby oni byli. Amen.

Za: Biuro Prasowe Jasnej Góry.