Dominikanin ze strzelbą – czyli jak się żyło w Zakonie 100 lat temu

Często widziało się zakonnika w kusym habicie, ze strzelbą w ręku, chodzącego do lasu na zające. Ojciec Cyryl Markiewicz OP „Moje wspomnienia z życia zakonnego. R. 1893- 1947”.

Ojcowie, jako przeorzy, czy prokuratorzy, jeździli nieraz czwórkami od folwarku do folwarku, brali udział w polowaniach, na które zapraszali wyższych urzędników państwowych. Stąd często widziało się zakonnika w kusym habicie, ze strzelbą w ręku, chodzącego do lasu na zające. W takim stanie trudno było mówić o prawdziwej reformie prowincji, tym więcej, że miał ją przeprowadzać Niemiec.

Muchy w kałamarzu

Nie brakło jednakże i wśród starszego pokolenia prawdziwych synów św. Dominika. Może nie było ścisłej obserwancji, wielu z nich było prywatystami, co konstytucje dawniejsze tolerowały, ale byli księża pełni zapału dla sprawy Bożej.

Przy niektórych klasztorach były szkoły klasztorne, gdzie Dominikanie uczyli nie tylko religii, ale i innych przedmiotów. W klasztorze żółkiewskim, jak mi opowiadał jeden z świeckich uczni tejże szkoły, był profesorem O. Bronisław Biernat. Był srogim i skórę łatał, gdy ktoś nie nauczył się lekcji.

Sprytni chłopcy postanowili się zemścić na nim. Do kałamarza, który stał na jego katedrze, nawrzucali wiele much, które wyłażąc, siadały na rękawie i kapturze habitu. On się z nich otrząsał, a tym samym powstawały jeszcze większe plamy.

Uzdrawiał sugestią

Znany był ze swej gorliwości O. Andrzej Górnisiewicz, zapalony kaznodzieja, który po rzezi galicyjskiej w tarnowskim i bocheńskim powiecie, jaką chłopstwo urządziło, objeżdżał parafie i płomiennymi kazaniami przemawiał do rozwydrzonego i rozpitego ludu, zakładał bractwa trzeźwości, spowiadał całymi dniami i nocami.

Przy końcu swego życia osiadł w Borku Starym, tam to do niego spieszyli ludzie całymi procesjami, jako do cudotwórcy i lekarza niezwykłego i uzdrawiał wielu sugestią, a przy tym niezwykłą pobożnością. Nie dawał ludziom spać, gdy przychodzili na odpust, ale przez całą noc głosił kazania i spowiadał.

Po kuracji – 120 kilogramów

Przed zimą powiększył nasze grono O. Marian Kruczek. Warto o nim parę słów podać potomności, gdyż to była osobistość, jaką się rzadko spotyka. Pochodził ze Śląska. Już swoim ogromem budził wszędzie podziw. Był bardzo wysoki, barczysty, niezbyt otyły, ale proporcjonalnie zbudowany, głowa ogromna i ręce. Koszula jego mogła być wystarczającym habitem dla Ojca Konstantego, jego kamaszki to buty z cholewami dla którego z nas. Po kuracji marienbadzkiej miał ważyć 120 kg.

Kiedy zbliżała się zima, a nie miałam odpowiedniego okrycia, a i on potrzebował futra, O. Przeor wysłał nas obydwóch po zakup skórek do Lwowa. Dla mnie łatwo było znaleźć, ale dla niego, o ile pamiętam, trzeba było 12 skórek kangurowych, ku wielkiemu zdziwieniu kupców, wyszukać.

Był bardzo łagodny i miły w obejściu, gdzie szedł, zasypiał natychmiast. Gdy siadł w konfesjonale o g. 9tej, to go dopiero tam znajdowano śpiącego, gdy zadzwoniono na obiad.

Raz pamiętam, gdyśmy jeszcze byli we Lwowie, na obiad, na  którym obecny był Wikariusz Generalny Thir, przyszedł za późno. Pyta się go O. Wikary: Pater Mariane, ubi fuisti? a on, śmiejąc się odpowiada że był w łaźni i zasnął w wannie, gdy brewiarz odmawiał. On się dopiero obudził, gdy brewiarz począł po wodzie pływać.

Trzeba było silnego krzesła czy kanapy, aby pod nim się nie złamała. Dla niego musiały być specjalne ornaty i stuły szyte, bardzo długie, oglądałem je w Czortkowie. W Żółkwi, w kaplicy później już zbudowanej, św. Krzyża, stał bardzo szeroki konfesjonał dla niego specjalnie zrobiony: nazywano go lożą mariańską.

Z franciszkanami o beczkę piwa

Na odpust św. Wincentego było używanie. W przeddzień tej uroczystości klerycy mieli pozwolenie obchodzić wszystkich przedniejszych obywateli, zwłaszcza kupców i zapraszać ich na jutrzejsze święto na obiad. Przy tej sposobności znajdowały się w ich koszu kiełbasy, rozmaite pieczywa no i niezawodne flaszki wina.

W sam dzień św. Wincentego, jako w odpust, brama nowicjacka była otwarta i wchodzić mogli do kaplicy wszyscy mężczyźni. W ten dzień klerycy obejmowali urząd gospodarzy i w ten sposób i goście byli uraczeni i im się dobrze działo.

Ale to tylko ten jeden dzień, a poza tym bieda. Nie tracili jednak humoru, urządzali wycieczki w okoliczne lasy i tam się wesoło bawiono. Raz taką wycieczkę na Panieńskie Skały urządzili wspólnie z franciszkanami. Dla większej sensacji ułożono wyścigi na szczyt góry oznaczonej, która partia przegra ma zafundować beczkę piwa z sąsiedniego szynku.

Fragmenty wspomnień Cyryla Markiewicza OP wybrał i opracował o. Marek Rojszyk Pisownia oryginalna. 

Za: www.dominikanie.pl