Książka na 60-lecie kapłaństwa

redemptor.plW Wydawnictwie Redemptorystów Homo Dei ukazała się książka o. Mieczysława Witalisa, redemptorysty, duszpasterza, kaznodziei i historyka sztuki. Jej tytuł to: „Eucharystia – zobaczyć WIĘCEJ”. Jest ona pięknym owocem 60-lecia kapłaństwa, które o. Mieczysław będzie przeżywał w czerwcu br.

Ta książka, jak chciałby jej autor, ma stanowić „dobijanie się” do pełniejszego rozumienia wielkiej tajemnicy naszej wiary: Eucharystii. Nie jest to tylko teologia, ani tylko liturgika, ani historia sztuki sakralnej czy recepcji odnowy posoborowej. Jest to synteza tych elementów, dodatkowo ubarwiona fascynującymi opowieściami i poruszającymi refleksjami kapłana, który widział i doświadczył wiele w swoim długim i bogatym życiu. Jest to książka o „Eucharystii osobiście przeżywanej, medytowanej, zgłębianej, adorowanej, przyjmowanej, sprawowanej, objaśnianej wiernym – i to na (…) zmieniających się etapach historii świata”.

Ma ona czytelnika poprowadzić i dopomóc mu dostrzegać więcej, głębiej. Bowiem często nasze uczestnictwo w Eucharystii jest bardzo powierzchowne, oderwane od jej istoty. Przychodzimy do kościoła, ale znajdujemy się jakby obok głównego nurtu wydarzeń. Dlatego warto spojrzeć z wielu perspektyw na to, co istotne, co stanowi o sensie i wartości eucharystycznego spotkania. Po to jest ta książka: dla każdego szukającego głębszego zrozumienia i lepszego sposobu przeżywania Eucharystii.

Mieczysław Witalis, Eucharystia – zobaczyć WIĘCEJ,
Wydawnictwo Homo Dei, Kraków 2015, stron 256 (oprawa twarda, kolor)
Więcej na stronie Wydawnictwa Homo Dei


Spis treści

Zamiast wstępu

Część I – Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy na twarze!

Część II – „Z rąk kapłańskich przyjmij, Panie….” – Eucharystia jako OFIARA

Część III – Dążenie do syntezy

Część IV – Dopełnienia – silva rerum

Z pokłonem Matce Najświętszej

Posłowie


Oto fragment książki:

Zamiast wstępu

Kryształowa kula o mieniących się barwach

Chcę pisać o Eucharystii – taki ma być temat. Temat?! Czy stukanie mego serca od ponad 84 lat – to jest dla mnie temat? Czy kochane gniazdo rodzinne, z którego wyruszyłem w tak długą już drogę – to też tylko temat?

Eucharystia o s o b i ś c i e przeżywana, medytowana, zgłębiana, adorowana, przyjmowana, sprawowana, objaśniana wiernym – i to na jakże różnych i zmieniających się etapach historii świata, Kościoła i własnej – czy może być przedmiotem takiego ot skrobania piórem po papierze lub stukania na maszynie, jak przy szkolnym wypracowaniu „na temat”?

Historia mego przeżywania Eucharystii – gdy byłem dzieckiem, ministrantem, nowicjuszem zakonnym, klerykiem, księdzem: księdzem młodym, księdzem w sile wieku, wreszcie starszym, księdzem przed i po Soborze Watykańskim II (!) – w sumie tak długie lata jak gdyby „zamieszkiwania” w Eucharystii – czy może to być jedynie wspominkową gawędą lub przedmiotem jakiegoś tam elaboratu? A kontekst historyczny świata, Polski (jakże często nazbyt chyba barwny!), wreszcie samego K o ś c i o ł a to też sprawa znacznie poważniejsza jak na jedną z wielu możliwych prób pisania o czymś.

Przestrzeń czasowa duża: moje przyjście na świat miało miejsce nieco po połowie II Rzeczpospolitej, w roku 1931. Pójście do wiejskiej szkoły, zwanej podówczas powszechną – jeszcze przed II wojną światową, czyli za prezydenta Ignacego Mościckiego oraz marszałka Rydza Śmigłego (okres zwany sanacją). Ale Pierwsza Komunia Święta – już za Hitlera, w Generalnej Guberni. Wtedy dzieciak mieszkający w środku Małopolski, nad rzeką Białą, wpadającą za Tarnowem do Dunajca, przynosił do domu świadectwo dwujęzyczne: niemiecko-polskie. Sytuacja dość paradoksalna, gdy się zważy, że obecnie już od 24 lat żyję i pracuję w polskiej archidiecezji u ujścia Odry, i to po stronie Berlina, bo to lewobrzeżny Szczecin!

Dalsze etapy młodości: matura eksternistyczna w czasach głębokiego stalinizmu (1950) – w Warszawie na Żoliborzu, jako utajony zakonnik z solidnego, ale wtedy pozbawionego praw państwowych liceum redemptorystów w Toruniu. Niektórzy współbracia, nieraz zdolniejsi ode mnie, zdający w innych miastach, którym nie udało się skutecznie swojej zakonności ukryć, zostali „upaleni” (dwu w Katowicach, zwanych w latach 1953–1956 Stalinogrodem).

Wyższe seminarium – czasy aresztowania prymasa Wyszyńskiego i likwidacji klasztorów w sąsiedniej Czechosłowacji, z czym i myśmy się poważnie liczyli. Po święceniach studia historii sztuki na KUL-u, bo na uczelnię państwową księdza by nie przyjęto (a tak blisko była mekka sztuki – Kraków!); w Lublinie start we wrześniu 1956, czyli na miesiąc przed „październikiem gomułkowskim” – w wyniku czego udało mi się jednak już na drugi rok przenieść do Krakowa na UJ i tam ukończyć studia.

W Krakowie biegaliśmy po kościołach, gdzie głosił kazania ks. Karol Wojtyła. Raz, gdy jako biskup pomocniczy celebrował u oo. kapucynów Mszę św. – mnie wypadło głosić okolicznościową homilię. Później relacje były żywsze, ale mieszkając w Podgórzu, równocześnie pełniłem funkcje dyrektora muzeum diecezjalnego oraz kurialnego referenta od spraw sztuki w rodzinnej diecezji tarnowskiej. „Tarnów nam Ojca ukradł”, powiedział już wtedy arcybiskup i kardynał Karol, gdy składał mi propozycję, bym razem z prof. Wiktorem Zinem zajął się ekspozycją zbiorów Muzeum Archidiecezji Krakowskiej w krużgankach poaugustiańskiego klasztoru przy kościele św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu. (Notabene dziś augustianie do Krakowa wrócili, a wspominane muzeum znalazło piękną lokalizację przy ul. Kanoniczej, obejmując między innymi pokoje, w których mieszkał św. Jan Paweł II jako biskup sufragan).

I tu szerszy kontekst kościelny. Były to czasy 1000-lecia chrztu Polski, maryjnej peregrynacji Obrazu Jasnogórskiego (raczej pustych ram), a ponad wszystko Soboru Watykańskiego II. Papieżem był bł. Paweł VI, ja – urodzony za Piusa XI, wyświęcony za Piusa XII, dyplomowany za św. Jana XXIII – miałem jeszcze przed sobą czasy Jana Pawła I, św. Jana Pawła II, Benedykta XVI i obecnego papieża Franciszka. Lata biegły, przybywało okrągłych papieskich portrecików w rzymskiej Bazylice św. Pawła za murami, a jeszcze szybciej narastały problemy i dokonywały się bardzo znaczące zmiany, między innymi właśnie w liturgii – dziedzinie tak ważnej dla rozumienia i sprawowania Eucharystii. W sumie olbrzymia przestrzeń czasowa, naznaczona wręcz rewolucyjnymi przemianami współczesnej mentalności i teologicznej refleksji Kościoła. W Tarnowie wypadło mi kierować – co ważne – przystosowywaniem świątyń diecezji do wymogów nowej, zreformowanej liturgii posoborowej (między innymi sprawa tzw. ołtarzy „twarzą do wiernych”). W związku z tym musiałem uczestniczyć w wielu ogólnopolskich obradach specjalistów z tej dziedziny. Co do teologicznych refleksji nad tajemnicą Eucharystii, za czasów Jana Pawła II odbywały się u nas obchody dwóch kongresów eucharystycznych: krajowego (1987) oraz światowego (Statio Orbis, czyli zakończenie kongresu) we Wrocławiu (1997). Z tej okazji miały miejsce liczne sympozja naukowo-duszpasterskie, opublikowano wiele rozpraw. Były też i dokumenty najwyższej rangi: oficjalne wypowiedzi Stolicy Apostolskiej, a co szczególnie trzeba zaakcentować, św. Jan Paweł II (o czym będzie jeszcze mowa w trzeciej części) od października 2004 do października 2005 ogłosił Rok Eucharystii w Kościele – to ostatni tak znaczący akcent pastoralny jego pontyfikatu, gdyż w połowie tego właśnie okresu odszedł do Pana! Pozostał po nim jednak list apostolski Mane nobiscum Domine (7 października 2004), ukierunkowujący przeżywanie tegoż roku duszpasterskiego, oraz ogłoszona rok wcześniej encyklika Ecclesia de Eucharistia(17 kwietnia 2003). Zwołał także Synod Biskupów na temat Eucharystii, który odbył się już za pontyfikatu Benedykta XVI, któremu też dane było opublikować odnośny dokument końcowy: posynodalną adhortację Sacramentum caritatis z 22 lutego 2007 roku.

Nie będę się tu odwoływał w formie cytatów do tej obszernej literatury, bo charakter niniejszej wypowiedzi jest inny; jeden tylko dłuższy fragment z adhortacji Benedykta XVI znajdzie się w rozdziale o poszukiwaniu syntezy. Jednak to wszystko w jakiś sposób stanowi zaplecze podejmowanych tu rozważań i osobistego „dobijania się” do ciągle pełniejszego rozumienia owej Wielkiej Tajemnicy Wiary.

(…)

Cicho, Mieciu, tu Bozia!

Dziecko w kościele wtedy [w okresie przedsoborowym] – to nie tylko Msza św. Nakaz „chodzenia na Mszę” był oczywiście bardzo sumiennie przestrzegany – furmanką lub pieszo, „choćby żabami biło”! Warto jednak pamiętać, że przed zmianami soborowymi Mszę św. odprawiano tylko od rana do godzin południowych, nie było zatem tak powszechnych dziś Mszy wieczornych. Przyczyną był chyba w pierwszym rzędzie bardzo rygorystyczny post eucharystyczny od północy, i to w pełnym zakresie. Nawet łyk wody nie pozwalał już przystąpić do Komunii św., o czym obszernie będzie mowa później. W tej sytuacji długie godziny popołudniowe i wieczory stanowiły obszerną przestrzeń celebrowania różnych uroczystych nabożeństw, sprawowanych przeważnie z wystawieniem Najświętszego Sakramentu w monstrancji. A zatem: majowe i czerwcowe litanie, październikowy różaniec, wielkopostne gorzkie żale i drogi krzyżowe, wcześniej czterdziestogodzinne nabożeństwa przed Popielcem, dni krzyżowe, pierwsze piątki miesiąca z litanią i Komunią św., chociaż bez Mszy, uroczyste zakończenie roku i szczególnie cenny polski fenomen: niedzielne nieszpory, śpiewane w wersji ludowej, zatem właściwie liturgiczna modlitwa psalmami zwykłych świeckich ludzi, nadto ojczysty język z uroczymi archaizmami Kochanowskiego i przejmujące własne melodie w różnych odmianach. Przejaw pobożności, ale i ważkie zjawisko kulturowe, nie dziw zatem, że zostawiło to swój ślad w narodowej operze, to jest Halce Moniuszki (pamiętamy: „Po nieszporach, przy niedzieli…”).

Słyszałem, że liturgiści z krajów Zachodu wyrażali zdziwienie i niemal zazdrość, iż w Polsce jeszcze przed Soborem lud powszechnie modlił się psalmami. Doszło jednak do paradoksu, że właśnie w dobie posoborowego ożywienia liturgii – głównie z powodu wprowadzenia Mszy św. wieczornych – tradycja owych nieszporów niemalże upadła! Niektóre z wyliczonych nabożeństw celebrowane są nadal, ale ze względów czasowych muszą one konkurować z odprawianą Mszą św., stanowiąc do niej najczęściej dodatek, podczas gdy wtedy miały one dla siebie całą tę przestrzeń. Ceremoniał, zwłaszcza przy wieczornym mroku, jakże urzekający: wielość świec (cztery lub sześć wielkich na ołtarzu i sześć mniejszych, tzw. sakramentek tuż obok monstrancji, przy tronie nad tabernakulum), dzwonki, kadzidła, śpiewy, kazania, przy czym charakter tych modłów i pieśni był bardzo zróżnicowany w zależności od rodzaju nabożeństwa. Prawdziwe poczucie nieba – tylko te ciemniejące stopniowo okna w prezbiterium przed oczami ministranta, który do domu musiał wracać samotnie przez ponad trzy kilometry, z czego jedna trzecia to ścieżki nad rzeką, między kępami krzaków, a niejeden z nich jawił się jak czyhające groźne straszydło, zwłaszcza jeżeli pojawił się jeszcze jakiś szmer…

Skądinąd liczyło się nie tylko to, co się w kościele dzieje, ale sam fakt, że jest to właśnie kościół. Dla dziecka, zwłaszcza na wsi, którego zwykłym otoczeniem było domowe obejście: podwórko, stodoła, stajnia, szopy itd., kościół stanowił cudowną krainę – samo zbliżanie się do niego budziło niezwykły respekt (ogrodzenie, wysokie drzewa, pobliska plebania, jakieś święte znaki), a co dopiero czarujący urok wnętrza. Pierwszy pobyt, który docierał już do świadomości dziecka: mama nas tam prowadzi lub niesie, najpierw przedsionek i kropielnica, krzyż, przejmująca cisza, później mijane pod chórem konfesjonały, rzędy ławek, a miedzy nimi przestrzeń prowadząca do ołtarza – tam właśnie mama najpierw sama nabożnie osuwa się na kolana, następnie pomaga nam obok siebie uklęknąć, ujmuje dziecięcą dłoń, by nakreślić nią znak krzyża, kładzie palec na ustach i wskazując czerwone światełko na ołtarzu, szepce do ucha: cicho, dziecko, tam Bozia!

Mieczysław Witalis, Eucharystia – zobaczyć WIĘCEJ,
Wydawnictwo Homo Dei, Kraków 2015, stron 256 (oprawa twarda, kolor)

Za: www.redemptor.pl