Zdaję sobie sprawę, że tytuł tej książki jest równie prowokujący, co kontrowersyjny, zwłaszcza w kontekście nie tak dawno obchodzonego roku św. Teresy z Ávila, której głównym hasłem było Solo Dios basta! („Bóg sam wystarczy!”). Popularna pobożność zresztą podąża raczej za tym właśnie hasłem, niż za tezą Białkowskiej, która zdaje się odbierać Bogu wszechmoc działania – czy to bezpośrednio, czy też poprzez ludzi. A jednak już pierwsze strony książki skłaniają do refleksji, że coś w tezie Białkowskiej jest na rzeczy. Dalsza lektura pokazuje, jak trafnie w tym krótkim zdaniu opisany jest problem zanegowania ludzkiej kondycji księży mierzących się z depresją, wypaleniem, samotnością czy też bezdusznością instytucji, której są częścią, sami nierzadko postrzegani jako jej funkcjonariusze.
Niektórzy książkę odrzucą, przeczytawszy sam tytuł i uznawszy go za herezję. Inni zniechęcą się do niej przez wzgląd na Autorkę, bo Monika Białkowska nie ma obecnie najlepszej prasy w części polskiego Kościoła. Mówi się, że szkodzi Kościołowi, obnażając skandale i słabości ludzi Kościoła, piętnując niewydolność i bezduszność kościelnej instytucji. Ona sama najwyraźniej uważa, że skandalem jest grzech, a nie to, że ktoś cię o nim dowie. Tu się z nią zgadzam. Kościół musi sam się nawracać, zgodnie z zasadą Ecclesia semper reformanda. O dobry wizerunek Kościoła warto dbać, ale tylko wtedy, gdy jest to wizerunek prawdziwy.
Odnośnie do samej książki. Czytając ją, miałem rzadko odnoszone wrażenie, że napisał ją ktoś, kto zna mój świat. Nie wszystkie opisane przez Monikę Białkowską zjawiska i problemy przeżyłem osobiście, ale w zasadzie ze wszystkimi się zetknąłem w ten czy w inny sposób.
Ja sam otarłem się o depresję i wdzięczny jestem Bogu i mojemu przyjacielowi, że na tym się skończyło. Depresja nie zawsze objawia się smutkiem, poczuciem bezsensu czy utratą chęci życia. Czasem jej dominującym sygnałem jest bezsilność. Gdy pochowałem mojego ojca, to ona właśnie uniemożliwiła mi normalne funkcjonowanie. Duchowo miałem w sobie wszystko poukładane i smutek wynikający ze śmierci taty mieszał się z głębokim przekonaniem, że był zawodnikiem, który w dobrych zawodach wystąpił, bieg ukończył, wiary ustrzegł i zwyciężył. Poukładał z Chrystusem swoje życie i dał swoje „Amen” na zbliżającą się śmierć. Wszystko to było dla mnie klarowne i wdzięczny byłem Bogu za całą historię odchodzenia ojca, aż po ostatni dzień, aż po iście królewski pogrzeb.
Duchowe poukładanie jednak nie wystarczyło i ciało uległo pod ciężarem stresu. Gdy zeszło napięcie, odmówiło posłuszeństwa. Fizycznie nie byłem w stanie funkcjonować. I wtedy mój serdeczny przyjaciel – był wówczas przełożonym mojego domu zakonnego – powiedział, że potrzebuję pomocy lekarza, zaś lekarz zadziałał szybko i zdecydowanie – zarówno przepisując potrzebne leki, jak i wyjaśniając zaistniały kryzys od strony fizjologii.
Od lat zajmuję się bioetyką. Kiedyś zorganizowałem na KUL-u konferencję naukową o problemie stygmatyzacji przez choroby i…terapie psychiatryczne i psychologiczne. Najgorsza jest autostygmatyzacja – gdy człowiek dotknięty chorobą psychiki zaczyna o sobie myśleć jako o kimś gorszym i aby uciec przed poniżającą lub dyskwalifikującą go opinią na własny temat, odmawia wizyty u psychiatry lub psychoterapeuty i podjęcia stosownego leczenia. Wszystko to wiedziałem i zdążyłem poznać i psychiatrów, i cierpiących na depresję lub chorobę afektywną dwubiegunową pacjentów, których leczyli. Medycynę miałem oswojoną. Dlatego się nie broniłem. Nie wiem natomiast, czy sam bym się zwrócił o pomoc do lekarza, gdyby nie interwencja mojego współbrata.
Leczenie farmakologiczne trwało półtora roku. Leki pozwalały mi normalnie pracować, przy czym „normalnie” na początku oznaczało, że byłem w stanie się zmobilizować, by pójść do biura i zrobić to, co konieczne. Dawki najpierw rosły, potem, po ponad roku, lekarz pozwolił mi je stopniowo zmniejszać i w końcu odstawić. Równolegle zmieniało się moje funkcjonowanie. Na początku spałem po kilkanaście godzin na dobę. Potem mogłem coraz więcej. Stopniowo wróciła gotowość do większej aktywności, spotkań i rozmów. To nie był tylko efekt działania leków. Dopiero po czasie zorientowałem się, że proces zdrowienia w ogromnej mierze polegał na delikatnym monitorowaniu mojego stanu przez mojego przyjaciela (a lepiej powiedzieć – przyjaciół) i przez mojego lekarza. Nie zostawili mnie samego i na szczęście ja sam się od nich nie odsunąłem.
Można powiedzieć, że miałem dużo szczęścia, choć w moim świecie coś takiego jak fart nie występuje. Faktem jest, że w trudnym momencie nie byłem sam. Zarówno moi współbracia, jak i przełożeni mnie wspierali – dyskretnie i z braterską miłością. Pomocą byli także przyjaciele spoza Zgromadzenia – może niezbyt liczni, ale sprawdzeni. Nie byłem sam. Dzięki ich pomocy łatwiej było się modlić, łatwiej było „wrócić do siebie”.
Zdaję sobie sprawę, że wielu – w tym bohaterowie książki Moniki Białkowskiej – ma znacznie trudniejsze, boleśniejsze doświadczenie z depresją. Nadto wielu dotkniętych tą chorobą przeżywa ją w samotności, bez wsparcia swoich przełożonych i współbraci w zakonie czy diecezjalnym prezbiterium. Niektórzy są przekonani, że ich gorszy nastrój lub obniżona wydolność to sytuacja przejściowa i wystarczy wziąć się w garść. Inni boją się, że zostaną uznani za wariatów – przez innych księży, przez biskupa lub prowincjała, przez samego siebie. Jeszcze inni nie mają zaufania do lekarzy – w ogóle, do psychiatrów również; więc się nie leczą. Wszyscy oni próbują „się ogarnąć” o własnych siłach. Niektórym się uda, innym – nie. Zostawieni sami sobie, choćby i na własne życzenie, ryzykują rozwój choroby, która nieleczona może ich zniszczyć.
To jest prawdziwa książka o prawdziwej, podstępnej chorobie, która zaatakować może każdego. Księdza również. Nie mówi o wszystkich księżach; każdy z nas ma trochę inną drogę, inną psychikę i żyje w odmiennych warunkach. Jednocześnie jednak Autorka opisuje problemy i sytuacje, które dotknęły i złamały konkretnych ludzi, a złamawszy – pozostawiły ich samych. W tle jest wspólnota Kościoła, z określoną, niekiedy dysfunkcyjną strukturą, wspólnota, w której najsłabsze ogniwo staje się ogniwem niechcianym. Siłą rzeczy książka jest opowieścią o Kościele, który nie jest już wspólnotą, opowieścią o biskupach i proboszczach, i przełożonych, którzy bardziej dbają o swój i instytucji wizerunek, niż o księży, którzy im zostali powierzeni. Jest to smutna opowieść o kapłańskiej samotności, o porzuceniu kapłanów posłanych jak owce między wilki – porzuceniu przez pasterzy, którzy ich nie bronią.
Swoją drogą, gdyby swoje historie opowiadali Monice Białkowskiej nie księża, a ludzie świeccy, książka wcale by nie była bardzo odmienna. Gdyby w miejsce prowincjała lub biskupa postawić prezesa korporacji czy firmy, a zamiast proboszcza – menagera średniego szczebla, opisywane procesy wyglądałyby bardzo podobnie. Świeccy też chorują na depresję. I im również nie wystarczy powiedzieć, by się pomodlili. Komuś złamanemu bólem żałoby, mobbingiem w pracy, odrzuceniem przez rodzinę czy bankructwem – Pan Bóg sam nie wystarczy. Chory potrzebuje lekarza, a przywalonemu ciężarem nieszczęśnikowi trzeba, by ktoś przyszedł z pomocą i go spod tego ciężaru wyciągnął. Zresztą wcale nierzadko człowiek w depresji nie ma siły się modlić i wezwanie do pacierzy tylko go dobije. Trzeba go – jak paralityka do Jezusa – zanieść w Bożą obecność, otaczając własnym wstawiennictwem.
Wracając do książki Bóg sam nie wystarczy – mimo niekiedy przytłaczającego obrazu wyłaniającego się z jej kart, nie można powiedzieć, że przygotowany przez nią tekst jest pozbawiony nadziei. Autorka pokazuje, co trzeba zrobić, by przyjść z pomocą przeżywającym trudności psychiczne księżom. Co więcej, pokazuje, że to można zrobić, bo w wielu krajach takie działania już są podejmowane. Umieszczone w książce świadectwa – to prawda, nie wszystkie – również niosą świadectwo nadziei, odsłaniając drogi pomocy, jakiej doświadczyli opowiadający o sobie prezbiterzy. Cała zresztą książka jest mocnym głosem, że problem osamotnienia, swoistego porzucenia, wypalenia i depresji wśród księży został zauważony przez niektórych i że trzeba nam wszystkim się nim zająć.
W moim przekonaniu książka Białkowskiej powinna być lekturą obowiązkową dla każdego biskupa, prowincjała, proboszcza – jako pomoc w rachunku sumienia. Powinien ją przeczytać każdy ksiądz, by niejako spojrzeć na siebie samego z boku – być może po lekturze poszuka pomocy psychoterapeuty dla siebie lub swojego kolegi. Powinni przeczytać ją ci, którzy kochają Kościół, by mogli kochać go głębiej. I mądrzej.
ks. dr hab. Piotr Kieniewicz MIC
Książka dostępna na: www.wydawnictwo.pl
