Św. Antoni i Powstanie Warszawskie

W 73. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego mamy dla Was wyjątkowe wspomnienie o. Ignacego Rejcha, który ten trudny czas spędził we franciszkańskiej świątyni na Warszawskiej Starówce. To wzruszająca opowieść o wierze, przetrwaniu i… św. Antonim. Zapraszamy do lektury!

Nie dał się zdjąć

Powstanie Warszawskie. Sierpień 1944 r. Jest już trzecia dziesiątka tego miesiąca. Na Warszawską Starówkę, jak i na całą stolicę, sypią się ze wszystkich stron pociski i bomby. Franciszkanie z rogu ulic Franciszkańskiej i Zakroczymskiej prawie od miesiąca mają swoje cele zakonne w piwnicy klasztoru. Śpią – o ile śpią – na siennikach wypchanych słomą i poukładanych na węglu. Bo piwnica to skład węgla niezbędnego na potrzeby kuchni, która w tamtym okresie nie miała jeszcze wszystkich nowoczesnych urządzeń. W tej samej piwnicy gnieżdżą się ranni i uciekinierzy z Woli, bo musieli stamtąd uchodzić przed nacierającymi wojskami niemieckimi. Klasztor warszawski w sierpniu 1944 r. stał się więc zbawiennym schroniskiem dla szukających ratunku: rannych, uciekinierów, głodnych.

Bombardowanie nie ustawało. Z okolic Dworca Gdańskiego nadlatywały na Starówkę pociski, nazywane przez nas wtedy „krowami”. Skąd ta nazwa? Nie wiadomo. Ale można je było usłyszeć, bo kończąc swój niszczycielski lot, wydawały charakterystyczny świst. Kto ten świst usłyszał, krył się, gdzie mógł. Chyba taki jeden „egzemplarz” uderzył w okno celi, w której mieszkał o. prowincjał Maurycy Madzurek. Pocisk nie rozerwał się, wyburzył całe okno i „wylądował” pod łóżkiem. Leżał pod tym łóżkiem chyba wściekły, że się nie rozerwał. A gdyby do tego doszło, jakaś część klasztoru poszłaby w rozsypkę. Ale i bez tego pocisku kościół i klasztor były mocno uszkodzone. Palił się dach kościoła, ale ponieważ był to tylko niewielki fragment, przy użyciu koców i innych płacht udało się go zagasić z pomocą świeckich ukrywających się u nas.

Warunki przeżycia w czasie powstania z dnia na dzień się pogarszały. Bombardowanie już spowodowało w kościele i klasztorze duże uszczerbki. Trzeba było ratować od zagłady najcenniejsze rzeczy. Najświętszy Sakrament już wcześniej znalazł swoje pomieszczenie w klasztornej piwnicy. Pan Jezus więc był wśród nas – a my z Nim. Ale… w kościele nadal pozostawał cudowny obraz św. Antoniego, otoczony pięknym ołtarzem z historyczną balustradą. To patron Warszawy. Warszawiacy czcili go tu bardzo, i to każdego dnia, zwłaszcza o godzinie 10-tej dziękowali mu, uczestnicząc we Mszy Świętej.

Ojciec prowincjał polecił nam zdjąć obraz św. Antoniego w celu jego zabezpieczenia i przechowania w bezpiecznym miejscu. Ołtarz wraz z obrazem św. Antoniego wisiał na północnej ścianie kościoła, tuż obok wejścia do zakrystii. Przygotowaliśmy różne narzędzia, które miały nam pomóc w zdjęciu obrazu: drabiny, młotki, drągi. Obraz był samą ramą przymocowany do konstrukcji ołtarza. Wyznaczonego dnia, a była to już końcówka sierpnia, stawiliśmy się przed obrazem w celu jego zdjęcia: o. Cezar Baran, o. Zdzisław Baran, o. Roch Betlejewski, br. Benigny Murlinkiewicz (zakrystian i opiekun ołtarza), br. Leon Florek i ja, kleryk Ignacy Rejch. Stałem na drabinie razem z o. Rochem po lewej stronie obrazu. Była wczesna godzina ranna. Przystąpiliśmy do roboty. Nikt ze zdejmujących obraz nie wiedział, że jest tak mocno osadzony w konstrukcję ołtarza. Św. Antoni ani drgnął. Patrzył tylko na nas w swojej „barokowej sukience” i chyba dziwił się, co chcemy mu zrobić. Może myślał: „Zostawcie mnie w spokoju!”? I gdy w dalszym ciągu usiłowaliśmy ruszyć obraz, nagle usłyszeliśmy dźwięk nadlatujących samolotów. I rozpoczęło się. Huk za hukiem spadających i burzących bomb. Żadna z nich nie trafiła w kościół, ale musiały spaść w pobliżu, bo ze sklepienia kościoła zaczął sypać się tynk, kawałki cegieł i odłamane części ornamentów zdobiących wnętrze. Kościół zaczął tonąć w kurzu i ciemności. Ktoś zawołał: „Uciekajmy!”. I tak w ciągu kilku sekund, porzuciwszy wszystkie narzędzia, znaleźliśmy się w piwnicach klasztoru. Św. Antoni pozostał na swoim miejscu.

W kilka dni po naszej próbie zdjęcia obrazu, kiedy już nas nie było w klasztorze, wielki pocisk armatni przebił od strony tzw. kwadratu klasztornego mur kościoła, przy którym był ołtarz naszego Świętego. Wyrył na wylot olbrzymią dziurę, zdruzgotał całą nastawę ołtarzową wraz z piękną barierką, która otaczała ołtarz. Obraz był nietknięty. Pozostał na swoim miejscu. Wiatr hulał przez dziurę, potem po zgliszczach kościoła. A św. Antoni wisiał nadal. Dopiero po wielu latach przyszło natchnienie, że może to właśnie on myślał wtedy: „Próbowaliście mnie zdjąć, ochronić, schować, ale się nie dałem, bo KTOŚ INNY był moją mocą, KTOŚ INNY mnie tu sprowadził i KTOŚ INNY chciał, abym tu pozostał”. I tak św. Antoni trwał dalej w swoim kościele.

O. Cezar Baran, wydelegowany w drugiej połowie stycznia 1945 r. przez o. prowincjała do odbudowy kościoła i klasztoru (po rozpoczęciu ofensywy wojsk sowieckich na Berlin), rozpoczął swoją pracę od odprawienia Mszy Świętej na gruzach ołtarza św. Antoniego. Podobno była to pierwsza Eucharystia sprawowana w Warszawie po jej opuszczeniu przez niemieckich okupantów. A św. Antoni w swoim metalowym habicie też w tej Najświętszej Ofierze uczestniczył, wierząc, że to jego miejsce będzie odbudowane, a on znów będzie dobry i łaskawy dla swoich czcicieli. Tak też się stało. Ołtarz został odbudowany za o. Albina Pawickiego, a św. Antoni spogląda na wiernych już bez barokowej sukienki i przedwojennej barierki wokół ołtarza.

Ignacy Rejch OFMConv

Artykuł ukazał się na łamach dwumiesięcznika franciszkańskiego „Posłaniec św. Antoniego z Padwy”. Zapraszamy na stronę pisma: www.poslaniecantoniego.pl. Znajdziecie tam ciekawe teksty, piękne zdjęcia i dowiecie się więcej o franciszkańskim dwumiesięczniku. Polecamy!

Za: www.franciszkanie.pl.