Pożegnano najstarszego polskiego misjonarza Świętej Rodziny

Pogrzeb ks. Czesława Meresa MSF odbył się w Żernicy. Kapłan miał 91 lat.

Mszy pogrzebowej w kościele pw. św. Michała Archanioła przewodniczył biskup gliwicki Jan Kopiec, a koncelebrowały ją dziesiątki kapłanów diecezjalnych i zakonnych. Wśród nich był również wiceprowincjał Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny ks. Robert Ciżewski MSF. Życiorys zmarłego przedstawił w homilii proboszcz parafii ks. Marek Winiarski MSF.

Śp. ks. Czesław Meres MSF urodził się 25 kwietnia 1927 r. w Żywcu, miał sześcioro rodzeństwa. Jego młodość i czasy szkolne były naznaczone II wojną światową. Po niej, aby móc wstąpić do seminarium, musiał uzupełnić szkołę średnią i zdać maturę.

W 1952 r. wraz z innymi klerykami został wyrzucony z zamku w Szczytnej, gdzie mieszkali, i zaproponowano im świeckie studia. Wszyscy seminarzyści jednak odmówili. Święcenia kapłańskie ostatecznie przyjął 27 maja 1956 r. z rąk bp. Piotra Kałwy we Wrocławiu.

Jak przypomniał w kazaniu proboszcz, ks. Czesław Meres „mocno podkreślał, że nikt z całej tej grupy (wyświęconych tego dnia 50 księży diecezjalnych i 6 misjonarzy Świętej Rodziny – przyp. red.) nie rzucił kapłaństwa”.

Jako kapłan dał się poznać jako gorliwy rekolekcjonista, misjonarz i kaznodzieja. W trudnych czasach przemieszczał się autobusami, pociągami, a nawet furmankami. W różnych placówkach duszpasterskich, gdzie pracował lub pomagał, odprawiał też Msze Święte w języku niemieckim, do których skrupulatnie się przygotowywał.

Ponad 30 lat temu rozpoczął pracę w Gliwicach jako rektor i proboszcz domu zakonnego – wówczas była to jeszcze diecezja opolska, zaś od 1992 r. pozostawał w diecezji gliwickiej.

Mimo sędziwego wieku, do samego końca nie szczędził sił i z zapałem angażował się w pracę duszpasterską. Z uwagą śledził też rozpoczęcie budowy nowego kościoła w Żernicy. Jeszcze w ostatnią niedzielę przed Mszą św. o 11.00 wyspowiadał kilkanaście osób.

Tego samego dnia osłabł i przeszedł wylew. Zmarł niecałą dobę później 20 sierpnia. Jak podkreślał ks. Winiarski, do samego końca nie potrzebował opieki, „szybko żył i szybko zmarł. (…) Silny jak dąb”.

Za: gliwice.gosc.pl.