Kościół powinien być przestrzenią dialogu kultur

Wielokulturowość Kościoła jest naprawdę nowym sposobem ukazywania Bożego Oblicza w ciągu historii – mówi o. Arturo Sosa Abascal SJ. Generał jezuitów podkreśla wagę reform w kierunku synodalności i ożywienia kolegialności, jakie podejmuje dziś papież Franciszek. Odnosi się też do problematyki seksualnego wykorzystywania małoletnich, wskazując na potrzebę postawienia ofiar w centrum uwagi Kościoła.

Andrzej Majewski SJ: W blisko 500-letniej historii zakonu jest ojciec pierwszym generałem jezuitów pochodzącym z Ameryki Południowej. Podobnie papież Franciszek „został znaleziony” przez kardynałów „na końcu świata”. Jak ojciec widzi ten zbieg wydarzeń. Czy w Kościele nastał czas Ameryki?

Arturo Sosa Abascal SJ: Myślę, że to rzeczywiście zbieg okoliczności, ale też Kościół w Ameryce Łacińskiej od wielu lat jest bardzo żywy. Sięga to jeszcze czasów kolonialnych. Muszę dodać, że dla Ameryki Łacińskiej momentem prawdziwego odrodzenia i rozbudzenia wielkiego entuzjazmu wiary był Sobór Watykański II. To po nim zaczęły powstawać wspólnoty podstawowe, zaczęto zastanawiać się nad odnową sposobów głoszenia Ewangelii, nastąpiło zbliżenie do Biblii, odnajdywano źródła życia w Eucharystii, w zaangażowaniu społecznym, w solidarności itd. A zatem Kościół latynoski naprawdę poszedł po linii nauczania ostatniego Soboru. Także Towarzystwo Jezusowe było bardzo zaangażowane w odnowę posoborową – w tym ojciec Bergoglio, dzisiejszy papież. On był starszym ode mnie jezuitą. Ja wstąpiłem do Towarzystwa, kiedy Sobór dobiegał końca.

Myślę, że Kościół na całym świecie docenia tę drogę, jaką przeszedł przez ostatnie 50 lat Kościół Latynoski, bowiem Kościół ten przeszedł długą drogę inkulturacji, refleksji teologicznej, pracy z ubogimi. To wszystko spowodowało, że stał się ważnym punktem odniesienia dla innych.

AM: Wydaje się, że Kościoły lokalne na całym świecie stają się jakby coraz mniej europejskie. Do czego prowadzi ten proces deeuropeizacji Kościoła?

– Rezultatem jest Kościół bardziej katolicki, naprawdę powszechny. Myślę, że jest to Kościół, w którym coraz to bardziej odbija się Oblicze Boga, oblicze wielokulturowe. Bóg uczynił nas współtwórcami stworzenia, a podstawowym dziełem twórczości ludzi jest kultura – różne kultury. A zatem wielokulturowość Kościoła jest naprawdę nowym sposobem ukazywania Bożego Oblicza w ciągu historii.

Sądzę, że także i w ten sposób Kościół może wnieść ogromny wkład w procesie wielokulturowej globalizacji, a więc takiej, która szanuje to bogactwo, jakim jest kulturowe zróżnicowanie. Pozostaje jeszcze inne wielkie wyzwanie, wyzwanie dialogu kultur, ponieważ samo współistnienie kultur w łonie jednego organizmu Kościoła to za mało. Potrzeba więc, by ta wielość i różnorodność nas przemieniała, abyśmy – w świetle Ewangelii – mogli wzajemnie się wzbogacać tym, co posiadamy i udostępniać nasze wartości innym. Moim zdaniem, największym wyzwanie dla przyszłości Kościoła jest bycie przestrzenią dialogu kultur.

AM: A zatem obowiązuje nadal znana maksyma: „Roma locuta, causa finita” (Rzym przemówił, sprawa zakończona”)?

– Myślę, że nie, w tym sensie, że papież Franciszek, idąc drogą Soboru Watykańskiego II, podejmuje ogromny wysiłek, aby ożywić Kościół „synodalny”, kolegialny. Bardzo poważnie potraktował on tę sprawę, o której zresztą wiele mówią dokumenty soborowe. Papież przedstawiany jest jako „animator”, „koordynator” tego, co dzieje się w Kościołach na całym świecie. A więc nie postrzega on siebie jako „ostatnie słowo”, ale daje się wypowiedzieć Kościołowi. Myślę, że tak było niedawno, podczas synodu poświęconego młodym, gdzie zadziałały takie właśnie bodźce.

Wkrótce rozpocznie się synod poświęcony Amazonii, ale także synod poświęcony rodzinie szedł w podobnym kierunku, pokazując rodzinę w różnych sytuacjach i miejscach. Franciszek zmienił także sposób odbywania wizyt „Ad limina”, składanych przez biskupów. Obecnie jest to czas poświęcony słuchaniu i doświadczeniu wspólnoty. A odpowiadając na poważny problem nadużyć seksualnych zwołał do Rzymu przewodniczących wszystkich Episkopatów.

A zatem Rzym wykonuje „posługę Piotrową” utwierdzania braci w wierze, stając się „czynnikiem jedności”, ale nie jedności pojmowanej na sposób wojskowy czy „ujednolicania”. Jest to jedność we wspólnym poszukiwaniu i rozeznawaniu tego, jakiego świadectwa pragnie Duch Święty od nas dziś, w tym momencie dziejów.

AM: Kościół w Ameryce Łacińskiej był i jest mocno zaangażowany w sprawy społeczno-polityczne. My w Europie przywykliśmy do tego, że Kościół nie powinien angażować się w politykę. Jak sobie z tym poradzić?

– Myślę, że nie tylko Kościół w Ameryce Łacińskiej jest poważnie zaangażowany w sprawy społeczne czy społeczno-politycznej, ale także Kościół w Afryce czy w Azji. Obecna sytuacja Kościoła w Europie jest wynikiem bardzo złożonej tradycji. Na przestrzeni wieków Kościół w krajach Europy był zbyt mocno wciągnięty w procesy polityczne, co skutkowało wieloma poważnymi problemami.

Pochodząc spoza Europy mam wrażenie, że Kościół na tym kontynencie ponownie stawia sobie pytanie: w jaki sposób mógłby on odnaleźć się w obecnej sytuacji, ale też przyczynić się do rozwoju Europy, do jej jedności, która jest jednym z wielkich, powojennych darów. Sądzę, że na obecnym etapie Europa powinna postarać się o zjednoczenie o wiele głębsze. Znów – patrząc trochę z zewnątrz – Europa uczyniła ogromne postępy na drodze ku jedności, która dziś wydaje się być zagrożona. Myślę, ze Kościół europejski, motywowany również przez papieża, zadaje sobie to właśnie pytanie: w jaki sposób możemy zaangażować się w tę sprawę?

Jest jeszcze jeden temat, który – moim zdaniem – w jakiejś mierze wstrząsa Kościołem w Europie. Chodzi o przyjmowanie imigrantów. Stanowią oni duże wyzwanie dla kontynentu. Pojawiają się różne reakcje. Zadaniem Kościoła jest dawanie chrześcijańskiego świadectwa przez przyjmowanie imigrantów. Sądzę, że Kościół w Europie zaczyna traktować ten problem bardzo poważnie. Także nasz zakon jest wezwany, by podejmować działania na tym polu. Mamy tu wiele do zrobienia, powinniśmy szukać w tej sytuacji wspólnego dobra.

Ale bodźcem do poszukiwania wspólnego dobra są też problemy ekologiczne, degradacja środowiska. To wszystko są wielkie wyzwania, które domagają się od nas podejmowania o wiele większego wysiłku.

AM: Pochodzi ojciec z Wenezueli. Także tu, w Polsce, dzięki przekazom medialnym, śledzimy przejmujące obrazy jakie docierają do nas z ojca ojczyzny. Jakie widzi ojciec szanse na wyjście z tego dramatu?

– Największą część Kościoła w Wenezueli stanowią proste, ubogie wspólnoty, a więc te które zostały najbardziej dotknięte kryzysem społecznym i migracyjnym. Wenezuela tradycyjnie była krajem, który przyjmował zewsząd migrantów: z Ameryki Łacińskiej ale też z innych krajów – również z Europy, a szczególnie uchodźców reprezentujących wszystkie warstwy społeczne. Szkolnictwo katolickie odgrywa istotna rolę w społeczeństwie Wenezueli, obejmując wszystkie grupy społeczne.

A zatem kryzys, jaki dziś przeżywa Wenezuela, dotknął Kościół, rozumiany jako Lud Boży. Wszyscy: ludzie świeccy, zakonnicy i zakonnice, księża i biskupi starają się być blisko ludzi dotkniętymi dziś problemami, ponieważ przeżywają je w swoich wspólnotach. Wszyscy są przekonani o potrzebie nalezienia jakiejś nowej drogi.

Większość ludzi w Kościele jest przekonana co do konieczności zmiany rządu, to znaczy jest świadoma, że obecny kryzys – który można nazwać wręcz „humanitarnym” ze względu na brak podstawowych usług, lekarstw, pożywienia, wody, elektryczności – jest konsekwencją prowadzonej polityki. Nie jest możliwa zmiana tej sytuacji bez zmiany rządu.

Odnoszę wrażenie, że konferencja episkopatu przy wielkim wsparciu zakonników i zakonnic oraz całej wspólnoty, jasno dała temu wyraz mówiąc: musimy znaleźć rozwiązanie kryzysu i dlatego musimy znaleźć sposób na zmianę rządów. Tak, by można było utworzyć rząd jedności narodowej, który będzie w stanie opracować nową strategię, stawiającą czoło sytuacji i rozpisać nowe wybory.

W Kościele – jak zawsze – ścierają się różne opinie, ale wszyscy są za pokojowymi zmianami. To oczywiście wymaga czasu. Nie da się wszystkiego zmienić z dnia na dzień. A nawet jeśli byłoby to możliwe, to w tym momencie jest to walka o władzę. Rząd nawet nie chce myśleć o możliwości zmian i ucieka się do środków przemocy, którymi dysponuje. Ale – paradoksalnie – są to środki słabe. Na chwilę obecną sytuacja pozostaje trudna i nieprzewidywalna.

AM: Czy ojciec odwiedził już Wenezuelę po swoim wyborze na generała jezuitów?

– Odwiedziłem Wenezuelę jako syn mojej mamy (śmiech). Tak, byłem w Wenezueli już 3 razy. Jako generał odwiedziłem również przy okazji tamtejszych jezuitów i wielu naszych współpracowników w misji, ale przede wszystkim jechałem tam, by zobaczyć mamę.

AM: Przed tygodniem w Polsce miał swoją premierę film dokumentalny zawierający świadectwa ofiar księży, którzy dopuścili się pedofilii. Wielu uważa, że Kościół stracił swoją wiarygodność przez ujawnione skandale pedofilskie. Jak my, jezuici, powinniśmy reagować, żeby ta reakcja była zgodna z Ewangelią?

– Jako jezuici jesteśmy wezwani, by iść za wskazaniami Ojca Świętego. Papież dokonał ważnej zmiany strategii, stawiając w centrum uwagi ofiary tych nadużyć. Zażądał od całego Kościoła poważnego ich wysłuchania, udzielenia pomocy, uwierzenia w ich świadectwa, zagwarantowania sprawiedliwego osądu – w sensie kanonicznym, ale też cywilnym. Nie traktowania takich przypadków jakby nic się nie stało, postarania się o naprawienie wyrządzonych krzywd w takim stopniu, w jakim tylko to jest możliwe i przy użyciu wszelkich środków, jakimi jesteśmy w stanie zadysponować, w dialogu z ofiarami.

Sądzę, że wszystko to, co odnosi się do Miłosiernego Boga, ma tutaj zastosowanie, ponieważ potrzebne jest miłosierne serce, aby wreszcie naprawić tę sytuację dzięki przebaczeniu. Tak właśnie jezuici chcą postępować: nie zostawiać tych rzeczy na boku i nie bronić za wszelką cenę swojego prestiżu. Problemy, niestety, istnieją i musimy – zgodnie z żądaniem papieża wyrażonym w liście z sierpnia ubiegłego roku – cierpieć z tymi, którzy cierpią – także ze sprawcami takich czynów, którzy są naszymi braćmi.

Ale powinniśmy zrobić wszystko to, co do nas należy: domagać się sprawiedliwości dla ofiar i mieć pootwierane wszystkie kanały, aby móc usłyszeć wszelkie oskarżenia, jakie do nas docierają, osądzić te czyny i starać się je naprawić. Z doświadczeń ostatnich lat wynika, że gdy docierało do nas jakieś oskarżenie, zawsze było w nim coś na rzeczy – sprawa bardziej czy mniej poważna, ale coś było.

Poza tym, obok takiego właśnie reagowania my, jako jezuici, powinniśmy zaprowadzać systematyczną prewencję, aby zapobiec tego typu sytuacjom w prowadzonych przez nas dziełach i w naszym środowisku.

Kongregacja Generalna w 2016 roku zażądała od całego Towarzystwa szczególnej troski o zmianę kultury zachowań, która może rodzić takie nadużycia. Niestety, nie jest to tylko problem Kościoła. Rozpoczęliśmy naszą prace od powołania niewielkiej komisji, która ma za zadanie przyjrzeć się, w jaki sposób stawić czoło tej sprawie, która jest tak złożona. Pracuje ona pod kierunkiem Sekretariatu ds. Sprawiedliwości, gdyż mamy tu do czynienia z problemem struktur społecznych. Mam nadzieję, że w ciągu ok. 3 lat będziemy dysponować konkretną wiedzą, w jaki sposób możemy przyczynić się do głębszych przeobrażeń mentalności w tej materii.

AM: A jak powinniśmy postępować ze sprawcami? Jak zakon powinien reagować na tych współbraci, którzy wyrządzili wielkie krzywdy?

– Idziemy za przykładem naszego Pana Jezusa Chrystusa, który powiedział, że nie przyszedł szukać tych, którzy się dobrze mają, ale leczyć chorych. Ci, którzy dopuścili się takich nagannych czynów, są naszymi braćmi, pozostają nimi jako jezuici. A ci, którzy, na skutek różnych okoliczności musieli opuścić zakon, nie przestają być ludźmi. Z punktu widzenia ludzkiego, chrześcijańskiego, ale i miłosierdzia – o nich też winniśmy się troszczyć.

AM: Rozpoczął się proces beatyfikacyjny naszego charyzmatycznego ojca Pedro Arrupe, którego postać – jak się wydaje – budziła pewne zastrzeżenia w Rzymie… Czy nie sądzi ojciec, że były generał mógłby być dobrym patronem ludzi udających się na wszelkiego rodzaju „peryferie czy granice”?

– Oczywiście, postać o. Pedro Arrupe jest bardzo pociągająca, najpierw ze względu na jego osobistą historię i początek powołania, już po rozpoczętych studiach medycznych. Pamiętajmy, że po wznowieniu działania naszego zakonu po kasacie, jezuici podjęli wielki wysiłek misyjny, wysyłając w dużej liczbie misjonarzy z Europy i Ameryki Północnej do Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. To ich zasługą jest dzisiejszy stan zakonu w tych częściach świata. Z tej grupy misjonarzy odnowionego Towarzystwa wywodził się o. Arrupe. Jego sposób życia i działania wynikał z zażyłości z Bogiem w duchu św. Ignacego, odnajdującego Boga we wszystkim i ponad wszystkim. Trzeba też dodać, że o. Arrupe odznaczał się wielką wrażliwością. Kiedy nikt jeszcze nie mówił o uchodźcach i ich cierpieniach on już dostrzegał te „znaki czasu”. Jemu zawdzięczamy, że dzisiaj jezuici zajmują się uchodźcami na wielką skalę. Zgadzam się, że o. Arrupe mógłby być patronem ludzi pracujących na granicach, ale równie dobrze mógłby stać się patronem rozeznawania, i na pewno wierności Kościołowi, może też być patronem pomagającym przy odczytywaniu znaków czasu.

AM: Czas na podsumowanie wizyty w Polsce…

– To jest moja pierwsza wizyta w Polsce. Byłem przez dwa tygodnie. Odwiedziłem wiele miast, spotkałem tu żywy Kościół i społeczeństwo z wielką pasją budujące przyszłość. Z serca błogosławię temu procesowi i życzę, byśmy byli świadkami Pana, co zresztą jest zgodne z polską tradycją.

***
Arturo Sosa Abascal urodził się 12 listopada 1948 r. w Caracas w Wenezueli. Otrzymał licencjat z filozofii na Katolickim Uniwersytecie Andrés Bello w 1972 r., a później w 1990 r. uzyskał tytuł doktora nauk politycznych na Uniwersytecie Centralnym Wenezueli. Mówi po hiszpańsku, włosku, angielsku i rozumie język francuski.

W latach 1996-2004 o. Sosa pełnił funkcję Prowincjała jezuitów w Wenezueli. Wcześniej był koordynatorem apostolatu społecznego i w tym samym czasie Dyrektorem Socjalnego Centrum Gumilla, centrum badań i działań społecznych jezuitów w Wenezueli.

O. Arturo Sosa poświęcił swoje życie badaniom i nauczaniu. Zajmował różne stanowiska w środowisku uniwersyteckim. Był profesorem i członkiem Rady Katolickiej Fundacji Andrés Bello i rektorem Katolickiego Uniwersytetu w Táchira. Prowadził badania i nauczał w dziedzinie nauk politycznych w wielu ośrodkach i instytucjach, takich jak Katedra Współczesnej Teorii Polityki i Departament Zmian Społecznych w Wenezueli na Wydziale Nauk Społecznych.

W 2004 r., będąc już profesorem Departamentu Wenezuelskiej Myśli Politycznej Katolickiego Uniwersytetu w Táchira, został zaproszony jako wizytujący profesor przez Centrum Studiów Latynoamerykańskich na Uniwersytecie Georgetown w Stanach Zjednoczonych. Podczas 35. Kongregacji Generalnej w 2008 r. o. generał Adolfo Nicolás SJ mianował o. Arturo Sosa SJ konsultorem generalnym, z siedzibą w Wenezueli. W 2014 r. o. Sosa dołączył do wspólnoty Kurii Generalnej, gdzie powierzona mu została funkcja delegata ds. Międzyprowincjalnych Domów Rzymskich Towarzystwa Jezusowego, w skład których wchodzą: Papieski Uniwersytet Gregoriański, Papieski Instytut Biblijny, Papieski Instytut Wschodni, Obserwatorium Watykańskie, Civiltà Cattolica, a także międzynarodowe kolegia jezuickie w Rzymie.

W październiku 2016 r. został wybrany przełożonym generalnym Towarzystwa Jezusowego. Swoją pierwszą wizytę w Polsce rozpoczął 6 maja 2019 r.

Za: ekai.pl