Papież w Ameryce Południowej – relacja i homilie

Publikujemy relację z pielgrzymi Ojca Świętego Franciszka wraz z homiliami za portalami Radia Watykańskiego i Radia Maryja.


Papieska homilia w Guayaquil o rodzinie i Maryi

Ponad milion wiernych uczestniczyło w Mszy odprawionej przez Papieża Franciszka w Parku de Los Samanes w Guayaquil. Na tę Eucharystię sprawowaną w intencji rodzin Ekwadorczycy czekali od wielu godzin. Na miejscu celebracji trwało bowiem całonocne czuwanie. Mimo zmęczenia pątników i upału Ojciec Święty został powitany wręcz entuzjastycznie. Jego otwarty samochód przejeżdżał przez sektory o wiele dłużej niż planowano, często się zatrzymując.

W wygłoszonej podczas liturgii homilii Papież nawiązał do odczytanej wcześniej Ewangelii o godach w Kanie Galilejskiej. Wskazał przede wszystkim na osobę Matki Bożej, która jest czujna, z ufnością idzie do Jezusa i działa. Jej troska wyraziła się w prośbie skierowanej do Jezusa: „Nie mają już wina”. Franciszek zaznaczył, że wesele w Kanie powtarza się w każdym pokoleniu, każdej rodzinie, każdej osobie. A zatem „dajmy miejsce Maryi; «Matce», jak mówi ewangelista. Przejdźmy wraz z Nią drogę Kany” – podkreślił Ojciec Święty. Zauważył, że Maryja jest czujna i zatroskana o potrzeby nowożeńców. „Nie pogrąża się w zadumie, nie zamyka się w swoim świecie, Jej miłość sprawia, że jest Ona «dla innych». I dlatego zdaje sobie sprawę z braku wina. A wino jest znakiem radości, miłości, obfitości” – mówił Papież, podając także przykłady tego, co dzieje się, gdy go zabraknie.

„Jakże wielu z naszych nastolatków i ludzi młodych dostrzega, że w ich domach już od dawna nie ma takiego wina. Jakże wiele kobiet samotnych i zasmuconych zadaje sobie pytanie, czy miłość odeszła, czy miłość wywietrzała z ich życia. Jakże wiele osób starszych czuje się wykluczonych ze świętowania swoich rodzin, zostało postawionych w kącie i nie może napić się codziennej miłości swoich dzieci, swoich wnuków, swoich prawnuków. Brak tego wina może być również skutkiem braku pracy, chorób, trudnych sytuacji, jakich doświadczają nasze rodziny na całym świecie. Maryja nie jest matką «roszczeniową», nie jest też teściową, która pilnuje, żeby nacieszyć się naszym brakiem doświadczenia, naszymi błędami czy zaniedbaniami. Maryja po prostu jest Matką: jest blisko, czujna i troskliwa. Jak pięknie jest to usłyszeć! Maryja jest matką!” – powiedział Papież.

Maryja z ufnością idzie do Jezusa, Maryja prosi. Nie idzie do gospodarza wesela: bezpośrednio przedstawia trudności małżonków swojemu Synowi. Jej troska o potrzeby innych przyspieszyła „godzinę” Jezusa, której Ona jest częścią, od żłóbka po krzyż. Uczy nas modlitwy, rozpalając nadzieję, która nam wskazuje, że nasze troski są również troskami Boga.

„Nieustanna modlitwa wyrywa nas ze sfery naszych obaw, sprawia, że przezwyciężamy to, co nas boli, co nami wstrząsa, lub czego nam brakuje, i pomaga nam wczuć się w położenie innych, «założyć ich buty». Rodzina jest szkołą, w której modlitwa przypomina nam również, że mamy bliźniego, w najbliższym otoczeniu, którego wyraźnie widzimy: żyjącego pod tym samym dachem, który dzieli z nami życie i jest w potrzebie” – mówił Franciszek.

I w końcu Maryja działa. Słowa: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5) skierowane do sług, są także zachętą dla nas, abyśmy oddali się do dyspozycji Jezusowi, który przyszedł nie po to, aby mu służono, lecz aby służyć. Służba stanowi kryterium prawdziwej miłości. I tego, ze względu na wzajemną miłość, powinniśmy uczyć się szczególnie w rodzinie. W rodzinie bowiem nikt nie jest odrzucany.

„Rodzina jest najbliższym szpitalem: gdy ktoś jest chory, pielęgnuje się go tutaj jak tylko można. Rodzina jest pierwszą szkołą dla dzieci, jest niezbędną grupą odniesienia dla ludzi młodych, jest najlepszym «przytułkiem» dla osób starszych. Rodzina jest wielkim «bogactwem społecznym», którego inne instytucje nie mogą zastąpić. Musi być wspomagana i stymulowana, by nie utracić nigdy właściwego sensu służebności, którą społeczeństwo zapewnia swoim obywatelom. W rezultacie te usługi, jakie społeczeństwo daje obywatelom, nie są jakąś formą jałmużny, ale prawdziwym «zadłużeniem społecznym» wobec instytucji rodziny, która jest podstawą i która tak wiele wnosi do wspólnego dobra wszystkich. Rodzina tworzy także mały Kościół, który nazywamy «Kościołem domowym» i który wraz z życiem przekazuje czułość i miłosierdzie Boże. W rodzinie wiara miesza się z mlekiem matki: doświadczając miłości rodzicielskiej odczuwamy mocniej bliskość miłości Boga” – powiedział Papież.

Kontynuując rozważanie o rodzinie Franciszek zauważył, że to w niej właśnie dzieją się cuda z tym, co posiadamy i czym jesteśmy. Nieraz nie jest ona idealna, nie jest tym, o czym marzymy, ani tym, czym „powinna być”. Ale przecież nowe wino wesela w Kanie Galilejskiej rodzi się w stągwiach służących do oczyszczenia, czyli miejscach, w których wszyscy porzucali swój grzech. „W rodzinie każdego z nas oraz we wspólnej rodzinie, jaką wszyscy tworzymy, niczego się nie odrzuca, nic nie jest bezużyteczne” – przypomniał Franciszek i nawiązał do zbliżającego się Synodu Biskupów na ten właśnie temat.

„Tuż przed rozpoczęciem Roku Jubileuszowego Miłosierdzia, Kościół odbędzie Synod Zwyczajny poświęcony rodzinie, aby dojrzało prawdziwe duchowe rozeznanie oraz aby znaleźć konkretne rozwiązania i konkretną pomoc w wielu trudnych i ważnych wyzwaniach, z jakimi rodzina dzisiaj musi się zmierzyć. Zachęcam was do wzmożenia modlitwy w tej intencji, aby nawet to, co uważamy za nieczyste, jak woda w stągwiach, to, co nas gorszy lub przeraża, Bóg – sprawiając nadejście swojej «godziny» – mógł przekształcić w cud. Rodzina dzisiaj potrzebuje tego cudu” – powiedział Franciszek.

Kończąc swoje rozważanie Papież podkreślił, że w Kanie wszystko zaczęło się od tego, iż „nie mieli wina”, a wszystkiego tego można było dokonać, ponieważ Niewiasta Maryja, będąc czujną, potrafiła złożyć w rękach Boga swoje troski oraz działała mądrze i odważnie. Ale niemniej ważny jest rezultat końcowy: skosztowali najlepszego z win. I to jest dobra wiadomość: zostanie podane najlepsze wino, nadchodzi to, co najpiękniejsze, najgłębsze i najwspanialsze dla rodziny.

„Najlepsze z win dopiero nadejdzie, chociażby wszystkie dane i statystyki mówiły co innego. Najlepsze wino nadejdzie dla tych, którzy dziś widzą, że wszystko się wali. Szepcąc te słowa, trzeba w nie uwierzyć: najlepsze wino dopiero nadejdzie w cichym szmerze serca każdego z nas. Najlepsze wino dopiero nadejdzie i dotrze do zrozpaczonych i niekochanych. Bądź cierpliwy, miej nadzieję, rób tak, jak Maryja: módl się, działaj, otwórz swe serce, ponieważ najlepsze wino dopiero nadejdzie. Bóg zawsze zbliża się do peryferii tych, którym zabrakło wina, którzy muszą tylko pić strapienia; Jezus ma słabość do marnowania najlepszego wina z tymi, którzy z tego czy innego powodu czują, iż rozbiły się im wszystkie stągwie” – powiedział Franciszek.

lg/ rv


Homilia Papieża Franciszka wygłoszona podczas Msza św. w Parku Samanes w Guayaquil w Ekwadorze

Usłyszany przed chwilą fragment Ewangelii jest pierwszym wymownym znakiem, opisanym w Ewangelii św. Jana. Troska Maryi, która zamieniła się w prośbę skierowaną do Jezusa: „Nie mają już wina” i odniesienie do „godziny” zostaną zrozumiane w relacjach o Męce Pańskiej.

Dobrze, że tak się dzieje, bo pozwala to nam zobaczyć pragnienie Jezusa, by nauczać, towarzyszyć, leczyć i radować, zaczynając od tej skargi Jego Matki: „Nie mają już wina”.

Wesele w Kanie powtarza się w każdym pokoleniu, każdej rodzinie, w każdym i każdej z nas pragnących sprawić, aby nasze serca mogły się opierać na miłości trwałej, płodnej i radosnej. Dajmy miejsce Maryi; „Matce”, jak mówi ewangelista. Przejdźmy wraz z Nią drogę Kany.

Maryja jest czujna na tym rozpoczętym już weselu, jest zatroskana o potrzeby nowożeńców. Nie pogrąża się w zadumie, nie zamyka się w swoim świecie, jej miłość sprawia, że jest Ona „dla innych”. I dlatego zdaje sobie sprawę z braku wina. Wino jest znakiem radości, miłości, obfitości. Jakże wielu z naszych nastolatków i ludzi młodych dostrzega, że w ich domach już od dawna go nie ma. Jakże wiele kobiet samotnych i zasmuconych zadaje sobie pytanie, czy miłość odeszła, wyparowała z ich życia. Jakże wiele osób starszych czuje się wykluczonych ze świętowania swoich rodzin, zostało postawionych w kącie i nie może napić się codziennej miłości. Brak wina może być również skutkiem braku pracy, choroby, trudnych sytuacji, jakich doświadczają nasze rodziny. Maryja nie jest matką „roszczeniową”, nie jest teściową, która czuwa, żeby nacieszyć się naszym brakiem doświadczenia, błędami lub nieuwagą. Maryja jest Matką: jest blisko, czujna i troskliwa.

Ale Maryja z ufnością idzie do Jezusa, Maryja prosi. Nie idzie do gospodarza wesela: bezpośrednio przedstawia trudności małżonków swojemu Synowi. Otrzymana odpowiedź wydaje się zniechęcająca: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?” (J 2,4). Tymczasem jednak złożyła ten problem w rękach Boga. Jej troska o potrzeby innych przyspieszyła „godzinę” Jezusa. Maryja jest częścią tej godziny, od żłóbka po krzyż. Ona, która „potrafi przemienić stajnię dla zwierząt w dom Jezusa, ze skromnymi pieluszkami i z olbrzymią czułością” (EG 286) i także nas przyjęła jako dzieci, gdy miecz przeniknął Jej serce, uczy nas składania naszych rodzin w rękach Boga; uczy modlitwy, rozpalając nadzieję, która nam wskazuje, że nasze troski są również troskami Boga.

Nieustanna modlitwa wyrywa nas ze sfery naszych obaw, sprawia, że przezwyciężamy to, co nas boli, pobudza nas czy wręcz każe zwrócić się ku naszym bliźnim, wczuć się w ich położenie, „wejść w ich buty”. Rodzina jest szkołą, w której modlitwa przypomina nam również, że mamy bliźniego, w najbliższym otoczeniu, którego widzimy: żyjącego pod jednym dachem, dzielącego życie i będącego w potrzebie.

I w końcu Maryja działa. Słowa: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5) skierowane do sług, są także zachętą dla nas, abyśmy oddali się do dyspozycji Jezusowi, który przyszedł nie po to, aby mu służono, lecz aby służyć. Służba stanowi kryterium prawdziwej miłości. A uczymy się jej szczególnie w rodzinie, w której stajemy się sługami ze względu na wzajemną miłość. W rodzinie nikt nie jest odrzucany; w niej „uczymy się prosić o pozwolenie, nie popadając w serwilizm, mówić «dziękuję», dając wyraz szczeremu docenieniu tego, co otrzymujemy, opanowania agresji lub chciwości i proszenia o przebaczenie, gdy wyrządzimy jakieś zło. Te małe gesty szczerej uprzejmości pomagają budować kulturę życia dzielonego z innymi i szacunku dla tego, co nas otacza” (LS 213). Rodzina jest najbliższym szpitalem, pierwszą szkołą dla dzieci, niezbędną grupą odniesienia dla ludzi młodych, najlepszym schronieniem dla osób starszych. Rodzina jest wielkim „bogactwem społecznym”, którego inne instytucje nie mogą zastąpić. Musi być wspomagana i stymulowana, aby nigdy nie utracić właściwego znaczenia usług, jakie społeczeństwo świadczy swoim obywatelom. Nie są one bowiem jakąś formą jałmużny, ale prawdziwym „zadłużeniem społecznym” wobec instytucji rodziny, która wnosi tak wiele do wspólnego dobra wszystkich.

Rodzina tworzy także mały Kościół, „Kościół domowy”, który wraz z życiem przekazuje czułość i miłosierdzie Boga. W rodzinie wiara miesza się z mlekiem matki: doświadczając miłości rodzicielskiej odczuwamy, jak bliska jest miłość Boga.

To w rodzinie dzieją się cuda z tym, co posiadamy, z tym, czym jesteśmy, z tym, co mamy pod ręką… Nieraz nie jest idealna, nie jest tym, o czym marzymy, ani tym, czym „powinna być”. Nowe wino wesela w Kanie Galilejskiej rodzi się w stągwiach służących do oczyszczenia, czyli miejscach, w których wszyscy porzucali swój grzech… „Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska” (Rz 5,20). W rodzinie każdego z nas oraz we wspólnej rodzinie, jaką wszyscy tworzymy niczego się nie odrzuca, nic nie jest bezużyteczne. Tuż przed rozpoczęciem Roku Jubileuszowego Miłosierdzia, Kościół odbędzie Zwyczajny Synod Biskupów poświęcony rodzinie, aby dojrzało prawdziwe duchowe rozeznanie oraz aby znaleźć konkretne rozwiązania wielu trudnych i ważnych wyzwań, z jakimi rodzina musi się dzisiaj zmierzyć. Zachęcam was do wzmożenia modlitwy w tej intencji, aby nawet to, co uważamy za nieczyste, co nas gorszy lub przeraża Bóg – sprawiając, by nadeszła Jego „godzina” – zechciał przekształcić w cud.

Wszystko zaczęło się, od tego, że „nie mieli wina” i wszystkiego tego można było dokonać, ponieważ Niewiasta – Dziewica – będąc czujną, potrafiła złożyć w rękach Boga swoje troski oraz działała mądrze i odważnie. Ale niemniej ważny jest rezultat końcowy: skosztowali najlepszego z win. I to jest dobra wiadomość: zostanie podane najlepsze, nadchodzi to, co najpiękniejsze, najgłębsze i najwspanialsze dla rodziny. Nadchodzi czas, w którym zakosztujemy codziennej miłości, w którym nasze dzieci odkryją na nowo wspólną nam przestrzeń, a dorośli będą mieć udział w codziennych radościach. Najlepsze wino nadchodzi dla każdej osoby, która podejmuje ryzyko miłości. Nadchodzi ono, mimo iż wszystkie dane i statystyki mówią inaczej; najlepsze wino przyjdzie do tych, którzy dziś widzą, że wszystko się wali. Szepcąc te słowa, trzeba w nie uwierzyć: najlepsze wino dopiero nadejdzie – i powtarzać je zrozpaczonym i niekochanym. Bóg zawsze zbliża się do peryferii tych, którym zabrakło wina, którzy muszą tylko pić strapienia; Jezus ma słabość do marnowania najlepszego wina z tymi, którzy z tego czy innego powodu czują, iż rozbiły się im wszystkie stągwie.

Tak jak zachęca nas Maryja, czyńmy „wszystko, cokolwiek nam powie” i bądźmy wdzięczni, że w tym naszym czasie i naszej godzinie nowe wino, to najlepsze, pozwala nam odzyskać radość bycia rodziną.

vatican.va


Guayaquil: spotkanie Franciszka ze wspólnotą jezuitów

Po Mszy w Parku de Los Samanes Franciszek udał się do Centrum Edukacyjnego Javier prowadzonego w tym mieście przez jezuitów. Tam spotkał się ze swoimi współbraćmi. Centrum w Guayaquil, założone w 1956 r., ustawicznie się rozrasta. W tym roku jest tam ponad 1,5 tys. uczniów. Kolegium należy do Federacji Szkół Jezuickich Towarzystwa Jezusowego w Ameryce Łacińskiej.

Spotkanie z jezuitami z różnych miejscowych wspólnot trwało prawie półtorej godziny. Współbracia Papieża nie zajmują się na tamtym terenie wyłącznie nauczaniem, ale także pracą socjalną. Franciszek miał m.in. okazję rozmowy z mającym 91 lat o. Paquito, którego poznał w czasie wizyty w kolegium, będąc przełożonym prowincji argentyńskiej. O. Paquito był wtedy magistrem nowicjatu, a o. Bergoglio wysyłał do tamtejszego kolegium argentyńskich współbraci, w sumie ok. trzydziestu. Wśród nich był również przyjaciel Franciszka o. Diego Fares. I chociaż Franciszek osobiście spotkał się z o. Paquito tylko trzy razy, to jednak utrzymywali częsty kontakt. „O. Paquito był zaskoczony, że Papież cały czas o nim pamięta” – powiedział obecny na spotkaniu o. Antonio Spadaro SJ, redaktor naczelny La Civiltà Cattolica.

Jak poinformował watykański rzecznik o. Federico Lombardi, spotkanie z jezuitami odbyło się w bardzo rodzinnej i nieformalnej atmosferze. Na wspólnym obiedzie obchodzono między innymi 49. urodziny o. Spadaro, który w prezencie otrzymał od miejscowych jezuitów tort orzechowy. Ojciec Święty poprosił, by dla solenizanta umieszczono na nim okolicznościowe świeczki. Franciszek wśród swoich współbraci czuł się znakomicie, zrezygnował nawet z przewidzianej chwili odpoczynku i poobiedniej sjesty. Wśród obecnych w kolegium była również współpracownica jezuitów zaangażowana w pomoc kobietom, które doświadczyły przemocy i procederu handlu ludźmi.

Z Guayaquil Franciszek wrócił samolotem do stołecznego Quito.

lg/ rv 


Wizyta Franciszka w pałacu prezydenckim i katedrze w Quito

Po powrocie do stołecznego Quito Franciszek udał się do pałacu prezydenckiego na krótkie spotkanie z Rafaelem Correą. Rozmowy toczyły się za drzwiami zamkniętymi. Papież podarował prezydentowi mozaikę z wizerunkiem Matki Bożej oraz dwa najważniejsze dokumenty swego magisterium: adhortację Evangelii gaudium i encyklikę Laudato si’. Jak zauważył potem watykański rzecznik, w tych dwóch dokumentach streszcza się całe przesłanie, jakie Ojciec Święty chce przekazać podczas tej podróży Ameryce Łacińskiej.

Papieżowi towarzyszyli watykański sekretarz stanu i szef papieskiej dyplomacji, którzy spotkali się z ekwadorskim ministrem spraw zagranicznych. Na zakończenie wizyty w pałacu prezydenckim Franciszek i Rafael Correa wspólnie pozdrowili zgromadzone przed budynkiem tłumy Ekwadorczyków.

Następnie Ojciec Święty udał się pieszo do pobliskiej katedry. Po drodze pozdrowił chorych i niepełnosprawnych. W kościele modlił się przed Najświętszym Sakramentem i złożył kwiaty przed wizerunkiem Maryi. Po wyjściu z katedry spotkał się ze zgromadzonymi tam wiernymi. Zrezygnował z przemówienia przygotowanego na tę okazję i ograniczył się do krótkiego pozdrowienia.

„Udzielę wam błogosławieństwa, każdemu z was, waszym rodzinom, wszystkim wam bliskim i temu wielkiemu, szlachetnego narodowi Ekwadorczyków, aby nie było różnic, aby nie było wykluczonych, aby nie było ludzi odrzuconych, aby wszyscy byli braćmi, aby wszyscy byli brani pod uwagę i aby nie pomijano nikogo z tego wielkiego narodu ekwadorskiego. Każdemu z was, waszym rodzinom udzielam błogosławieństwa. Ale wpierw razem odmówmy Zdrowaś Maryjo” – powiedział Papież.

lg/ rv


Papieska Msza w intencji ewangelizacji narodów

Postawienie Kościoła w stan misji wymaga od nas odtworzenia komunii. Ewangelizacja nie polega na uprawianiu prozelityzmu, ale na przyciąganiu oddalonych swoim świadectwem. Papież Franciszek mówił o tym w czasie uroczystej Mszy w Quito. Liturgia sprawowana była w intencji ewangelizacji narodów. Wzięło w niej udział 1,5 mln Ekwadorczyków.

Ojciec Święty nawiązał do miejsca celebry, którym był Park Dwóchsetlecia. Upamiętnia on wołanie o niepodległość hiszpańskiej Ameryki. „Nasze wołanie na tym miejscu, które przypomina tamto pierwsze wołanie wolności, aktualizuje okrzyk św. Pawła: «Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!»” – mówił Franciszek wskazując, że jest on równie palący i pobudzający, co wołanie tamtych pragnień niepodległościowych. Papież przypomniał, że prawdziwa ewangelizacja rodzi się nie z grzmiących słów czy skomplikowanych technik, ale „z radości Ewangelii”, napełniającej serce i całe życie tych, którzy spotykają się z Jezusem.

„«Ojcze, spraw, aby byli jedno, aby świat uwierzył» – tego On pragnął, spoglądając w niebo. To od Jezusa pochodzi ta prośba w kontekście posłania: «Jak Ty mnie posłałeś do świata, tak i Ja ich posłałem do świata». W tej chwili Pan doświadcza na samym sobie tego, co najgorsze na tym świecie, który kocha, i to szalenie: intryg, nieufności, zdrady; ale nie chowa głowy, nie rozpacza – mówił Papież. – My również stwierdzamy codziennie, że żyjemy w świecie zranionym wojnami i przemocą. Powierzchownym byłoby myślenie, że podziały i nienawiść dotyczą jedynie napięć między krajami czy grupami społecznymi. W rzeczywistości są one przejawem tego «rozpowszechnionego indywidualizmu», który nas rozdziela i przeciwstawia sobie nawzajem; przejawem rany grzechu w sercach ludzkich, od którego skutków cierpi także społeczeństwo i całe stworzenie. Jezus wysyła nas właśnie do tego pełnego wyzwań świata, a nasza odpowiedź nie polega na tym, że mamy odwracać wzrok czy udowadniać, że nie mamy środków albo że rzeczywistość nas przerasta. Nasza odpowiedź powtarza wołanie Jezusa oraz przyjmuje łaskę i zadanie jedności”.

Franciszek zauważył, że ewangelizacja ma moc, gdy prawdziwie idziemy za Jezusem, odkładając na bok prywatę, marzenia o przywództwie, a wybierając człowieka i jego dobro.

„«Podczas gdy w świecie, zwłaszcza w niektórych krajach, pojawiają się na nowo w różnych formach wojny i konflikty, my, chrześcijanie, podkreślamy potrzebę uznania drugiego człowieka, leczenia ran, budowania mostów, zacieśniania relacji i pomagania, by jeden nosił brzemiona drugiego» – mówił Franciszek. – Pragnienie jedności zakłada słodką i pocieszającą radość ewangelizowania, przekonanie, że się posiada ogromne dobro, które należy głosić, i że zakorzenia się ono, gdy się je głosi; a każdy, kto przeżył to doświadczenie, nabywa jeszcze większej wrażliwości na potrzeby innych. Stąd też bierze się potrzeba, by walczyć o integrację na wszystkich szczeblach, unikając egoizmów, wspierając komunikowanie się i dialog oraz pobudzając do współpracy. Trzeba ufać sercu towarzysza wędrówki bez lęku i nieufności. «W powierzeniu się drugiemu jest coś ze sztuki, pokój jest jak dzieło sztuki». Nie sposób pomyśleć, że zajaśnieje jedność, jeśli światowość wywołuje wojnę między nami, w bezpłodnym dążeniu do władzy, prestiżu, przyjemności czy bezpieczeństwa ekonomicznego”.

Franciszek podkreślił, że świat potrzebuje dziś przekonującego świadectwa. Jednym z jego elementów jest jedność. „Jedność, o którą prosi Jezus, nie jest uniformizmem, lecz wieloraką harmonią, która przyciąga” – wskazał Ojciec Święty.

„Niezmierne bogactwo, zróżnicowanie, wielorakość, która staje się jednością za każdym razem, gdy pamiętamy o tamtym Wielkim Czwartku. Broni nas to przed pokusą dyktatury, ideologii czy sekciarstwa. Jedność nie jest też umową sporządzoną na naszą miarę, w której stawiamy warunki, wybieramy jednych i wykluczamy innych – mówił Papież. – Jezus modli się, abyśmy stali się częścią wielkiej rodziny, w której Bóg jest naszym Ojcem, a my wszyscy jesteśmy braćmi. Nie polega to na tym, że mamy te same upodobania, te same niepokoje czy te same zdolności. Jesteśmy braćmi, gdyż z miłości Bóg nas stworzył i przeznaczył nas, wyłącznie z własnej inicjatywy, abyśmy byli Jego dziećmi. Stać się częścią boskiego «my» – to jest zbawienie, które Bóg dokonuje, a Kościół radośnie głosi”.

bz/ rv


Homilia wygłoszona podczas Mszy św. w Parku Dwóchsetlecia

Słowo Boże zachęca nas do życia jednością, aby świat uwierzył.

Wyobrażam sobie ten szept Jezusa w czasie Ostatniej Wieczerzy jako krzyk podczas tej Mszy świętej, sprawowanej w Parku Dwustulecia. Dwustulecia tamtego Krzyku o Niepodległość Ameryki Hiszpańskiej. Był to krzyk, zrodzony ze świadomości braku swobód, bycia uciskanymi i grabionymi oraz uzależnionymi „od korzyści tych, którzy aktualnie sprawują władzę” (EG 213).

Chciałbym, aby dzisiaj oba te krzyki zabrzmiały zgodnie w obliczu cudownego wyzwania ewangelizacji. Aby narodziła się ona nie z grzmiących słów ani w wyniku stosowania skomplikowanych technik, ale „z radości Ewangelii”, która „napełnia serce i całe życie tych, którzy spotykają się z Jezusem. Ci, którzy pozwalają, żeby ich zbawił, zostają wyzwoleni od grzechu, od smutku, od wewnętrznej pustki, od izolacji” (EG 1). My wszyscy, zgromadzeni tutaj wokół stołu z Jezusem, jesteśmy krzykiem, wołaniem, zrodzonym z przekonania, że Jego obecność pobudza nas do jedności, „ukazuje piękną perspektywę, wydaje upragnioną ucztę” (EG 14).

„Ojcze, spraw, aby byli jedno, aby świat uwierzył” – w ten sposób pragnął On tego, spoglądając w niebo. To od Jezusa pochodzi ta prośba w kontekście rozesłania: „Jak Ty mnie posłałeś do świata, tak i Ja ich posłałem do świata”. W tej chwili Pan doświadcza na samym sobie tego, co najgorsze z tego świata, który kocha, i to w sposób szaleńczy: intryg, nieufności, zdrady, ale nie chowa głowy, nie rozpacza. My również stwierdzamy codziennie, że żyjemy w świecie zranionym wojnami i przemocą. Czymś powierzchownym byłoby sądzenie, że podziały i nienawiść dotyczą jedynie napięć między krajami lub grupami społecznymi. W rzeczywistości są one przejawem tego „rozpowszechnionego indywidualizmu”, który nas rozdziela i przeciwstawia nas sobie (por. Evangelii gaudium, 99), przejawem rany grzechu w sercach ludzkich, od którego skutków cierpi także społeczeństwo i całe stworzenie. Ściślej mówiąc Jezus wysyła nas do tego pełnego wyzwań świata a nasza odpowiedź nie polega na tym, że mamy stać się roztargnionymi czy udowadniać, że nie mamy środków albo że rzeczywistość nas przerasta. Nasza odpowiedź powtarza wołanie Jezusa oraz zgadza się na łaskę i zadanie jedności.

Temu krzykowi wolności, rozlegającemu się od nieco ponad 200 lat, nie brakuje przekonania ani siły, historia jednak mówi nam, że był on mocny tylko wtedy, gdy odkładał na bok skłonności do ocen osobistych, chęć wyłącznego przywództwa, brak zrozumienia innych procesów wyzwoleńczych o różnych cechach charakterystycznych, ale nie sprzecznych z tego powodu.

I ewangelizacja może być narzędziem jedności dążeń, wrażliwości, oczekiwań a nawet pewnych utopii. Oczywiście, że tak jest: w to wierzymy i o to wołamy. Powiedziałem już: „Podczas gdy w świecie, zwłaszcza w niektórych krajach, pojawiają się na nowo w różnych formach wojny i konflikty, my, chrześcijanie, podkreślamy potrzebę uznania drugiego człowieka, leczenia ran, budowania mostów, zacieśniania relacji i pomagania, by «jeden drugiego nosił brzemiona»” (EG67). Gorące pragnienie jedności zakłada słodką i pocieszającą radość ewangelizowania, przekonanie, że się posiada ogromne dobro, które należy głosić i że głosząc je, ono się zakorzenia; i każda osoba, która przeżyła to doświadczenie, nabywa jeszcze większą wrażliwość na potrzeby innych (por. EG 9). Stąd też bierze się potrzeba walki o włączenie wszystkich szczebli, unikając egoizmów, wspierając komunikowanie się i dialog oraz pobudzając współpracę. Trzeba ufać sercu towarzysza wędrówki, bez lęku ani nieufności. „W powierzeniu się drugiemu jest coś ze sztuki, pokój jest jak dzieło sztuki” (EG 244), nie sposób pomyśleć, aby zajaśniała jedność, jeśli doczesność duchowa powoduje w nas stan wojny między nami, w bezpłodnym poszukiwaniu władzy, prestiżu, przyjemności lub bezpieczeństwa ekonomicznego.

Jedność ta już jest działaniem misyjnym, „aby świat uwierzył”. Ewangelizacja polega nie na uprawianiu prozelityzmu, ale na przyciąganiu swoim świadectwem oddalonych, na pokornym zbliżaniu się do tych, którzy uważają, że są daleko od Boga i od Kościoła, zalęknionych lub obojętnych, aby im powiedzieć: „Pan wzywa również ciebie, byś stanowił część Jego ludu, i czyni to z wielkim szacunkiem i miłością!” (EG 113).

Misja Kościoła jako sakramentu zbawienia współgra z jego tożsamością jako Ludu w drodze, z powołaniem do wchłaniania w siebie w swym marszu wszystkich narodów kuli ziemskiej. Im bardziej intensywna jest wspólnota między nami, tym bardziej sprzyja to misji (por. Jan Paweł II, Pastores gregis, 22). Postawienie Kościoła w stan misji wymaga od nas odtworzenia komunii, chodzi bowiem już nie o działanie wyłącznie na zewnątrz… prowadzimy działalność misyjną do wewnątrz i na zewnątrz, jawiąc się „jako matka, która wychodzi naprzeciw, jako gościnny dom, stała szkoła komunii misyjnej” (Aparecida, 370).

To marzenie Jezusa jest możliwe, gdyż ofiarował się za nas, bo „za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie”. Życie duchowe ewangelizatora rodzi się z tej tak głębokiej prawdy, że nie można jej pomylić z niektórymi chwilami religijnymi, jakie niosą pewną pociechę; Jezus uświęca nas, aby pobudzić do osobistego spotkania z Nim, które karmi spotkanie z innymi, zaangażowanie w świecie i pasję ewangelizacyjną (por. EG 78).

Intymność Boga, dla nas niezrozumiała, objawia się nam za pomocą obrazów, które mówią nam o wspólnocie, komunikacji, oddaniu i miłości. Dlatego jedność, o którą prosi Jezus, nie jest uniformizmem, „lecz wieloraką harmonią, która przyciąga” (EG 117). Niezmierne bogactwo zróżnicowania, wielorakość, która osiąga jedność za każdym razem, gdy pamiętamy o tamtym Wielkim Czwartku, oddala nas od pokusy propozycji bliższych dyktaturom, ideologiom lub sekciarstwu. Nie jest również regułą, sporządzoną na naszą miarę, w której stawiamy warunki, wybieramy składniki i wykluczamy innych. Jezus modli się, abyśmy stali się członkami wielkiej rodziny, w której Bóg jest naszym Ojcem a my wszyscy jesteśmy braćmi. Nie zasadza się to na posiadaniu tych samych upodobań, tych samych niepokojów czy tych samych zdolności. Jesteśmy braćmi, gdyż Bóg nas stworzył i przeznaczył nas, wyłącznie z własnej inicjatywy, do bycia Jego dziećmi (por. Ef 1, 5). Jesteśmy braćmi, ponieważ „Bóg zesłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: «Abba, Ojcze!»” (Gal 4, 6). Jesteśmy braćmi, gdyż – usprawiedliwieni przez krew Jezusa Chrystusa (por. Rz 5, 9) – przeszliśmy ze śmierci do życia, stając się „współdziedzicami” obietnicy (por. Ga 3, 26-29; Rz 8, 17). Jest to zbawienie, którego dokonuje Bóg i głosi radośnie Kościół: tworzyć część boskiego „my”.

Nasz krzyk na tym miejscu, które przypomina tamten przykład wolności, aktualizuje okrzyk św. Pawła: „Biada mi (…), gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9, 16). Jest on równie palący i pobudzający, co krzyk tamtych pragnień niepodległościowych. Podobnie fascynuje, ma w sobie ten sam ogień, który przyciąga. Niech oba będą świadkiem wspólnoty braterskiej, która na nowo jaśnieje!

Jakże pięknie byłoby, gdyby wszyscy mogli podziwiać nas, troszczących się o siebie nawzajem; wzajemnie wspierających się i towarzyszących sobie. To właśnie dar z siebie tworzy stosunki międzyludzkie, które rodzą się nie z dawania sobie „rzeczy”, ale z dawania samego siebie. W każdym dawaniu ofiaruje się własną osobę. „Dawać się” oznacza pozwalać, aby działała w nas samych cała potęga miłości, jaką jest Duch Święty i w ten sposób wychodzić naprzeciw Jego mocy stwórczej. Człowiek, dając siebie, wraca na spotkanie z samym sobą dzięki swej prawdziwej tożsamości dziecka Bożego, podobnego Ojcu i tak jak On – dawcy życia, brata Jezusa, o którym daje świadectwo. To jest ewangelizowane, to jest nasza rewolucja – gdyż nasza wiara zawsze jest rewolucyjna – to jest nasz najgłębszy i ciągły krzyk.

vatican.va