Prosto z misji: Radosne Boże Narodzenie i bolesny Nowy Rok

Na samym początku otrzymajcie ode mnie najserdeczniejsze życzenia Bożonarodzeniowe i Noworoczne. Życzę Wam Dużo Błogosławieństw i radości z każdej przeżytej chwili.

Niech ten Nowy rok będzie dla Was rokiem rosnącej wiary i dzielenia się nią z innymi, którzy ją zatracili.

Dla mnie ten rok jak na razie zaczął się nie za ciekawie i boleśnie. Ale zacznijmy od początku.

Dotrzeć na miejsce

Miałem wyruszyć tydzień wcześniej, ale poprzez planowanie wykopania studni na terenie naszej parafii i omówienia wszystkiego z NGO Alaska, musiałem trochę zmienić moje plany. Jednak 5go grudnia byłem już w drodze. Miałem trochę szczęścia, ponieważ akurat jedno z NGO poruszało się w tamtą stronę łodzią motorową. Jednak zostawili nas 10km od Toch, ponieważ woda była tak zarośnięta wodorostami, że byśmy musieli pchać łudź godzinami. Jak zawsze pełno wody, przekroczenie jednej z rzek przyniosło mi trochę trudności, bo woda sięgała mi po szyję, kupa trawy, a no głowie miałem plecak. Razem z Jeremijasem udało nam się dotrzeć do Widier około wieczora. Przygotowaliśmy chatę, łóżko, moskitierę i można odpoczywać.

Kozy, kury i ja

Jeremijas nie miał ostatnio szczęścia, ponieważ hieny wdarły się do Luak, czyli chaty dla kóz i stracił ponad dwadzieścia. Pozostały mu dwie malutkie sieroty. Aby je uchronić musiały spać ze mną w chacie, plus kura, kogut i pięć piskląt. Oczywiście wszyscy się zmieściliśmy. Jednak około północy kózki się obudziły i sobie beczały. Chciałem im dać wody, ale odmówiły. Nic, trzeba było czekać aż im przejdzie. Jak się uspokoiły i trochę zasnąłem, kogut odezwał się około czwartej. Postraszyłem go, że będzie moim śniadaniem, ale nie zareagował.

Doreak

Kolejnego dnia po godzinie  drogi, doszliśmy do naszej destynacji, czyli Doreak. Tam na mnie czekał katechista Mojżesz. Nasz kościół i chata znajdują się obok marketu i czerwonego krzyża, jest tłocznie i głośno. Wyjątkowo, bo Czerwony Krzyż właśnie robi zrzuty żywności i dystrybucję, więc każdego dnia napływają ludzie. Codziennie samolot robi trzy rundy, odbywa się rejestracja ludzi i dystrybucja. Oczywiście dla marketu jest to okazja, aby zarobić. Kobiety od samego rana zaczynają przygotowywać żywność, kawę i herbatę na sprzedaż. Postanowiliśmy więc z Mojżeszem, że będę mieszkał u niego w chacie na drugim końcu wioski. Spokój i cisza. Jednak codziennie udawałem się na market, aby porozmawiać z ludźmi i wypić kawę. Większość już mnie zna, więc jest okazja, aby poćwiczyć język.

Czas nauki języka z Mojżeszem szybko się jednak skończył, ponieważ dostał malarię i przeleżał trzy dni. Jednak nie zrezygnowaliśmy z błogosławieństw domostw i kawy na markecie. Niedzielna Eucharystia, była połączona z chrztami – wiem jednak, że dobrze są przygotowani, bo Mojżesz dobrze naucza i dba o wspólnotę. Wciąż mamy czas Adwentu, więc jest okazja, aby przygotować ludzi jeszcze lepiej na Święta Bożego Narodzenia.

Msza w Doreak

Po niedzieli, podczas naszych odwiedzin rodzin spotkaliśmy Daniela, który jest żołnierzem. Pracował on u boku Rieka Machara w Dżubie, następnie musiał uciekać do Chartumu i obecnie wrócił do domu. Poprosił nas abyśmy przyszli na modlitwę dziękczynną, którą mam poprowadzić, w kolejną niedzielę, wieczorem. Oczywiście z radością się zgodziliśmy. Dla mnie trochę wyzwanie, bo będzie to ciężka niedziela. Msza w Phayad, dostanie się do Doreak do domu Daniela i modlitwa z godzinnymi przemówieniami.

Phayad

W czwartek udaliśmy się do kolejnego centrum, Phayad, gdzie katechistą jest Steven. Nie jest to jednak miejsce bardzo oddalone od Doreak. Po przepłynięciu rzeki, pokonaliśmy kilkaset metrów człapiąc w wodzie – dotarliśmy na miejsce. W domu Stevena odorują mnie dwie urocze bliźniaczki, mają z 5 lat – Jedna Nyaboss, bo się pierwsza urodziła, druga Nyaduos – ta która czekała. Jak idę umyć sandały w rzece, czy na wieczorną przechadzkę, muszą iść ze mną. W drodze powrotnej postrącam im owoce wielkości śliwki z drzewa z kolcami, którymi dzieci się zajadają i wracamy do domu.

Mam kolejną okazję, aby poćwiczyć język, tym razem z ex katechistą Michelem. Był to jeden z najstarszych katechistów w tym regionie, ożenił się, ale niestety z czasem postanowił wziąć sobie drugą żonę – tym samym musiał zrezygnować z funkcji katechisty. Jednak wciąż jest bardzo aktywny i szanowany przez ludzi jako lider. Codziennie siadamy sobie pod drzewem, ja mu czytam i pytam o znaczenia słówek, on czasami pyta o angielski, który chce się nauczyć.

Kolejną niedzielę rozpoczęliśmy od porannej eucharystii, następnie udaliśmy się do Doreak, aby modlić się razem z Danielem. Oczywiście, jako wojskowy, podczas modlitwy byliśmy otoczeni przez wojsko i zaproszonych gości. A ponieważ był obecny komisarz Doreak, to i było także dużo ciężkiej broni. Nie byłem jednak sam na modlitwie, przybył także pastor kościoła prezbiteriańskiego, Emmanuel, wraz ze swoim chórem młodzieżowym. Poprosiłem go, aby chóry śpiewały na przemian z naszym i jak przyszedł czas na modlitwy zaprosiłem ich do modlenia się razem z nami. Kierując słowo do Daniela starałem się mu przekazać, kto powinien kierować go jako lidera, jakimi wartościami powinien żyć dając przykład innym, jak być tym co buduje jedność i pokój. Zaraz po przemówieniach podali nam do zjedzenia yotyot z mięsem i ryżem następnie ruszyliśmy w drogę powrotną walcząc z chcącymi nas pożreć komarami.

Boże Narodzenie w Toch

Toch i Boże Narodzenie

We wtorek przyszła młodzież, aby mnie zabrać do Toch (7km), gdzie odbędzie się nasza Bożonarodzeniowa uroczystość. Wszystkie centra regionu Mareang zaczęły schodzić się do Toch w sobotę. Było dużo śpiewów i pochodów. Wciąż rodziny przygotowują domostwa, noszą wodę, błoto i odnawiają chaty. Niedzielę rozpoczęliśmy od Eucharystii, jeszcze w klimacie oczekiwania i zadumy. Ostatnie momenty przygotowań na przyjście Tego, którego tak bardzo oczekujemy. Wiemy, że będzie On wielki, będzie królem, będzie dawcą pokoju – jak bardzo pragniemy pokoju w tym miejscu.

Kolejną Eucharystię rozpoczęliśmy o północy – Pasterką. Młodzież przygotowała sztukę na temat Bożego Narodzenia, po czym rozbrzmiało uroczyste Agueth (gloria). Moja żarówka podłączona do power bank mówiła nam o tym jak bardzo pragniemy światła, które rozświetliłoby nam nasze drogi, dało życie i radość, usunęło mrok. Pragniemy przyjąć Jezusa – światło, które przyszło na świat – pragniemy, aby zamieszkał z nami ukazując nam drogę do zbawienia.

Po zakończonej Pasterce chyba wszyscy byli zmęczeni, bo zapadła cisza – i ja mogłem trochę się przespać. Rano zaczęliśmy przygotowania do kolejnej Mszy.

Rozmawiając z młodzieżą i pytając o Nyadin, pożalili mi się, że kolejne święta zostawiamy Nyadin na boku, a ludzie mówią, że ksiądz o nich zapomniał. Katechiści nic nie planowali, bo w Nyadin nie ma katechisty, ale dla mnie było ważne, że są ludzie i czekają. Było to dodatkowo jedyne miejsce do którego, przez ostatnie kilka lat nikt nie dotarł. Zaczęliśmy więc planować z młodzieżą moją podróż, aby odwiedzić centrum Nyadin.

Eucharystia była bardzo uroczysta i pełna ludzi. Niektórzy naliczyli 3.500 osób. Był obecny komisarz Doreak i oczywiście pełno przemówień. Rozpoczęliśmy Mszę o 13.00, a skończyliśmy o 17.00. Kolejna okazja, aby skierować Słowo do ludzi, to Słowo, które właśnie przyszło na świat, to które doświadczamy, które zostało spisane. Słowo, które nas naucza, prowadzi i strzeże. Słowo, które choć wymaga, wymagając dla naszego dobra, to obdarza wieloma łaskami. Smutne jest wciąż to, że to Słowo odrzucamy i nie chcemy Go przyjąć.

Czułem, że te dwa dni mnie wyczerpały, ale miałem trochę czasu na odpoczynek. Z młodzieżą postanowiłem, że wyruszamy jutro i wracamy w sobotę do Phayad, gdzie będziemy świętować Nowy Rok.

Kuerlang

Drogę do Kuerlang rozpoczynamy od przekroczenia rzeki. Musieliśmy trochę czekać na kanu, ale się udało. Kolejny etap to długa droga, ale sucha. Teren troszeczkę się zaczął zmieniać, ścieżka po środku, chaty po bokach, a za chatami z jednej i drugiej strony woda. Czułem się jak byśmy szli po długiej i wąskiej wyspie. Teren piaszczysty to i pojawiło się więcej palm. Musieliśmy pokonać dobre 10km, aby ukazał nam się busz z palmami i wioska Kuerlang.

Ponieważ ludzie się mnie nie spodziewali zaczęli szykować dla mnie chatę i coś do zjedzenia. Przyniosłem im wielką radość swoją obecnością, a jeden ze starszyzny ofiarował mi kurę. Ponieważ niedawno wioskę odwiedził komisarz to i miejsce na prysznic i latryna były gotowe. Wieczorem jednak zacząłem czuć, że coś jest nie tak z moim żołądkiem, nic mi nie chciało przejść przez gardło. Zmusiłem się, aby wciągnąć kilka łyżek sorgo z mlekiem i do spania. Wiedziałem, że to może być jakaś gardioza, która jest normą, ale nie miałem leków. Kolejnego dnia zacząłem obchodzić domostwa z błogosławieństwem. Domostw wiele to i czasu mi to trochę zajęło, plus osłabiające słońce. Zapraszaliśmy wszystkich na Mszę, która ma być w piątek (czwartek spędzę w innej wiosce).

Msza w Korjath

Korjath

Zaraz po odwiedzinach rozpoczęliśmy naszą podróż, aby udać się do Korjath, (ok. 7km) centrum Nyadin, gdzie postawiliśmy kilka lat temu kościół. Droga nie była łatwa. Po kilometrze ukazała nam się rzeka, która w większości jest pokryta trawą, wydaje się, że wody tam nie ma, a pod spodem 2 metry. Ponieważ kanu tutaj nie ma, młodzież uwiązała końce plandeki, załadowała wszystkie swoje rzeczy do środka, a ja zaś usiadłem w środku. Młodzież przepłynie, a rzeczy i mnie przepchają. Ubawiliśmy się co niemiara, bo łatwiej był pchać płachtę po ruszającej się trawie, niż pchać ją płynąc w zimnej wodzie. Tylko dziwny ptak na nas się patrzył ze zdziwieniem, co oni wyprawiają. Jednak to nie koniec, przed nami jeszcze kolejne kilometry człapania w wodzie.

Młodzież mi opowiada po drodze jak dużo ludności zamieszkiwało ten teren. Jednak po powodzi, która przyszła kilka lat temu większość się wyprowadziła. Naokoło trawa, bez ani jednego drzewa gdzieniegdzie wyspy z palmami i kokosami. Do Korjath dotarliśmy wieczorem.

Kolejnego dnia w czwartek, czułem się już nie najlepiej. Żołądek dokucza i siły opuszczają. Jednak udało mi się bez problemu wyspowiadać, odprawić Mszę, ochrzcić 23 młodych i tyle samo wybierzmować. Wieczorem siedzimy sobie z młodzieżą przy ognisku, przygotowali mi sok z kokosa (mój ulubiony – nazywa się nor). Jednak postanowiłem położyć się trochę wcześniej. W nocy miałem jednak niemiłe zdarzenie, przewracając się na drugi bok chwycił mnie okropny ból nadbrzusza po prawej stronie – trzymał chyba z minutę i puścił. Trochę bólu zostało, jednak nie przejmując się niczym próbowałem zasnąć.

Droga do Kuerlang

Powrót do Kuerlang

Kolejnego dnia z samego rana rozpoczęliśmy drogę powrotną do Kuerlang. Tam miałem mieć Mszę po obiedzie i chrzty małych dzieci. Ta sama droga, woda i ta sama rzeka. Po dojściu na miejsce poszedłem do chaty gdzie mieli podstawowe leki. Zacząłem brać metronidazol, oczywiście paracetamol był cały czas ze mną. Po obiedzie rozpoczęliśmy rejestrację dzieci i eucharystię ze chrztami. Jednak już na samym początku zrobiło mi się słabo i musiałem usiąść. Nie wiedziałem czy dam radę. Posiedziałem chwilę, jeden z młodzieży przeczytał Ewangelię. Doszedłem do normy. Podzieliłem się kilkoma słowami, ochrzciłem i udało mi się dotrwać do końca mszy. Jedno było pewne, że Pan Bóg mnie trzymał w górze abym nie padł. Na pewno zależało mu na tych dzieciach, aby były ochrzczone. Oczywiście wieczór spędziłem na odpoczynku. Chyba musiałem mieć stan podgorączkowy, bo po szybkim prysznicu zrobiło mi się zimno. Kolejny dzień rozpoczął się od znaku zapytania, co dalej. Jest sobota, ja osłabiony, ludzie zaczynają się schodzić na Nowy Rok do Phayad, a przede mną 17km do Phayad. Jutro Msza.

Oczywiście szybko się nie poddaję, a iść muszę – nikt mnie nie będzie nosił. Po drodze zrobiłem kilka przerw i dotarłem do Toch. Tam miałem ze dwie godziny odpoczynku, posiłek, herbatę na wzmocnienie. Czułem się w miarę dobrze, więc ruszyliśmy dalej, szło się spokojnie, bez większych problemów. Wieczorem dotarłem do Phayad i padłem.

Phayad i Nowy Rok

Niedziela rano nie była ciekawa. Choć powoli brzuch i brak apetytu przechodził to ból nadbrzusza nie. Dodatkowo zauważyłem mój mocz w kolorze koka-koli i moja skóra zmieniła kolor z białego na żółty. O 12.00 rozpocząłem Eucharystię. Słowa z trudem przechodziły mi przez gardło, czułem, że nie wystoję pięciu minut. Wstałem tylko na modlitwy i na przeistoczenie, krótkie kazanie na siedząco, pobłogosławiłem katechistę Stevena i rozdał komunię. Po Mszy uciekłem od razu do chaty – byłem bardzo osłabiony i miałem gorączkę. Czekałem na Mszę o północy, cały czas leżąc. Raz było lepiej, raz gorzej. Przed północą postanowiłem jednak, że Steven poprowadzi modlitwę i rozda komunię, bo zakonsekrowałem wystarczająco dużo, ja wygłoszę kazanie i będę siedział u jego boku. Nic więcej nie dam rady zrobić. Kolejnego dnia nie mogłem ludzi zawieść, jest uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, każdy na mnie liczy. Trochę się lepiej czułem i apetyt powracał, więc zacząłem jeść więcej. Podczas Mszy czułem się troszkę lepiej, ale i tak na dłuższe momenty siadałem. Było obecnych wiele przedstawicieli lokalnego rządu i wiele przemówień. Jednak chyba tym razem Maryja była ze mną i mnie tak, co chwilę podnosiła– a może i czasami kopnęła mówiąc rusz się i nie marudź. I tak po tym wszystkim czułem wdzięczność za ten czas i za ludzi, którzy tak licznie się zgromadzili – nie mogłem uciec i ich zostawić. Może i potrzebowałem trochę tej drogi krzyżowej, jednocząc się z tymi co cierpią, aby nie czuli się sami.

Wszystko by było w porządku, ale wciąż jestem 20km od domu. Co robić? Ja leżę bez zmian, czasami Michel przynosi mi do picia lokalne lekarstwo, gorzkie i czerwone. Jednak postanowiliśmy, że we wtorek udam się do Kuergay i stamtąd wezmę kanu do Old Fangak.

W kanu-karetce

Do Kuergay i Old Fangak

Znowu paracetamol i w drogę. Idziemy i idziemy. Pocę się i słabnę, ale nie poddaję, po chwili odpoczynek. Położyłem się pod drzewem. Pytam Jamesa, daleko jeszcze?, odpowiedź, daleko trochę. No dzięki wielkie, pocieszył. Przedarliśmy się przez kolejne chaszcze – w głowie miałem tylko myśli, albo będę szedł, albo mnie zakopią tutaj. Dochodząc do Kuergay zerknąłem na mój GPS – 10km. No rzeczywiście blisko, szkoda że nie powiedzieli za rogiem.

Znowu poleżałem, wypiłem herbatę i do kanu. James to potężny i silny chłopak. Mam nadzieję, że szybko zapłyniemy. Nie było źle, bo jak chciałem to mogłem leżeć albo siedzieć. Taka kanu-karetka pomyślałem. Woda pluska od wiosła, po godzinie zrobiło się ciemno i zimno. Po trzech i pół godzinach dotarłem do Old Fangak, jest 20.30, a ja przemarznięty.

MSF (Lekarze bez Granic) i Ewakuacja

Kolejnego dnia, w środę, od razu udałem się do kliniki Doktor Jill i MSF. Popatrzyli, zrobili mi USG w pokoju, gdzie każdy przechodził wychodził, nawet pies był zainteresowany, co oni mi robią. Powiększona wątroba i żółte oczy. Przyczyn może być wiele, a klinika robi tylko podstawowe badania. Może być to nawet wirusowe zapalenie wątroby A,B czy C. Szukając sposobu do jak najszybszego dostania się do Dżuby poszedłem się także zapytać MSF. Wiedziałem, że mają tyle przepisów, że bardzo ciężko ich o cokolwiek prosić, a ewakuują tylko swój personel – jednak spróbowałem, wiedząc, że jest tam kilka osób, które nas odwiedzają i są bardzo uczynni. To nie ta sama ekipa, co była wcześniej. Michel, koordynator od razu przydzielił mi lekarza ze Szwajcarii, Aleksander, który miał jeszcze raz mnie przebadać i napisać opinię. Okazało się nawet, że Aleksander ma dziewczynę w Polsce i zna kilka zwrotów po polsku. Tym razem trafiłem na łóżko do namiotu polowego. Aleksander wypisał kartę skonsultował się z dr. Jill i tak samo stwierdził, że najlepsza byłaby ewakuacja do Dżuby. Michel od razu podał moje dane do centrali MSF w Dżubie i pozwolenie na ewakuację pierwszym samolotem MSF przylatującym do Old Fangak, czyli w piątek (jak by odmówili musiałbym czekać tydzień czasu na lot WFP, helikopterem). W czwartek wieczorem Michel przyszedł do naszego domu z informacją, że mogę lecieć, mam przyjść do nich o 9.30. Rano dostałem jeszcze kroplówkę na wzmocnienie i przedostaliśmy się na pas startowy.

Dżuba

Jeszcze tego samego dnia udałem się do prywatnego szpitala Dżuba Medcal Complex. Na korytarzu jest rejestracja a obok duże krzesło na którym zmierzyli mi ciśnienie i temperaturę oraz wagę (57kg). Ustawiłem się w kolejce do lekarza. Dr. Fred podał całą listę testów, które miałem porobić w różnych miejscach Dżuby i wrócić do niego z wynikami. Pobieranie krwi w szpitalu – czułem się jak w budce telefonicznej. Na jednym krześle próbówki, igły i strzykawki i drugie krzesło, na którym miałem usiąść. Przyszła starsza pani, myślałem że będzie sprzątać a ona za igły się łapie. Patrzyłem na jej każdy ruch, co robi, co pisze, uff udało się. Kolejny pobór krwi wyglądał jak kantor, tłok wewnątrz, rzeczy porozrzucane, w drugim pomieszczeniu jakieś mikroskopy są – powinno być dobrze. Płatność przy okienku i można siadać. Pobrali krew i powiedzieli za dwie godziny. Kolejne miejsce to USG. Na ławce pan się przedstawił, że jest doktorem, zaprosił mnie do obskurnego pokoju i kazał się położyć. Uruchomił generator i szybciutko wziął się do pracy. Prawa strona, lewa strona, brzuszek, wydruk i po kłopocie. Chyba nie trwało to dłużej niż 10min. Dla mnie szybko to byle jak, może ekspert, albo oszczędzał paliwo w generatorze, o które w Dżubie ciężko.

Tak to wyniki wyszły i diagnoza, że mam Malarię i lekki, a może i nie Tyfus. Biorę leki na malarię, i mam nadzieję, że za 2 dni będę wiedział, co dalej.

Jak nie będzie lepiej będę musiał się dostać do Kenii, Nairobi do większego szpitala. Tak to już tutaj jest. Jednak wszystko w rękach Pana Boga.

Proszę o modlitwę i pamięć.

Za: www.krzysiekimisje.pl