Salezjanie – Angola: Dinho, z ulicy ku przyszłości – “nie chcę już wrócić do tego, co było”

Na zakończenie czerwca, miesiąca poświęconego dzieciom z Afryki, przytaczamy bezpośrednie świadectwo jednego z chłopców z Angoli, Dinho. Po trudnej przeszłości, zmienił swoje życie w “Dziecięcym Ośrodku Wspólnotowym” (CIC) parafii pw. św. Józefa z Nazaretu, na peryferii Luandy.

Nazywają mnie Dinho, ale moje prawdziwe imię to Adam. Mam 14 lat. Urodziłem się w dzielnicy “Buena Fe”, na peryferii Luandy. Od dziecka nie znałem ojca, miał drugą kobietę i był na wojnie. Moja matka, Ewa, zamieszkała z innym mężczyzną, który był moim ojczymem. Bardzo cierpiałem w tym czasie, ponieważ oboje często kłócili się ze sobą i mnie bili. Kiedy zakończyła się wojna, 10 lat temu, spotkałem prawdziwego ojca, Noè. Miałem 4 lata i uciekłem po kryjomu z domu, aby go odwiedzić, ale za każdym razem, kiedy to miało miejsce, obrywałem od mamy.

Przez jakiś czas chodziłem do szkoły, potem jednak, zmęczony biciem i kłótniami w domu, pewnego dnia uciekłem z domu na ulicę “Primero de Mayo”, w centrum Luandy, i zaprzyjaźnilem się z innymi chłopcami. Spałem pod gołym niebem na jakiejś tekturze, cierpiąc z powodu deszczu i zimna; chodziłem w jakichś brudnych łachach, zacząłem wdychać benzynę i palić marihuanę; aby mieć coś do zjedzenia i ubrania przystałem do grupy najstarszych chłopców, którzy zmuszali mnie i innych w moim wieku do żebrania dla nich, a jak nie byliśmy w stanie coś wyżebrać, to wymierzali nam karę. Często w nocy policja budziła nas i zmuszała do sprzątania pomieszczeń dworca oraz mycia samochodów i innych pojazdów; także oni nas karali.

W końcu zmęczyło mnie to życie na ulicy i spotkałem Ks. Bosko w jego Synach: kapłan salezjanin i kilku wolontariuszy przychodzili każdego tygodnia, grali z nami i puszczali nam filmy o Jezusie i życiu Ks. Bosko. Udzielali nam porad i zachęcali nas do porzucenia ulicy i udania się do dziennego ośrodka w dzielnicy Lixeira. Mając już dość cierpienia, ja i Paiziño, mój przyjaciel i towarzysz z ulicy, udaliśmy się do ośrodka Ks. Bosko. Zostaliśmy serdecznie przyjęci, uczęszczałem na kurs pisania i czytania, zacząłem uprawiać sport, doceniać capoeirę i wycieczki na plażę. Dzisiaj Lucrecia, nasza kucharka, jest dla nas także matką, a nasi wychowawcy są naszymi braćmi, korygują nas, ale nie karzą.

Pogodziłem się także z moją matką, nauczyłem się modlić i podobają mi się piosenki, których uczy ks. Roberto; ze mną jest 20 kolegów. Po pewnym czasie pobytu tutaj i dobrym zachowaniu udamy się do domu dziecka, gdzie będzie się wymagać od nas większego zaangażowania. Naszym marzeniem jest, by stamtąd udać się do Kalakala, szkoły, gdzie można wyuczyć się zawodu, aby potem zarabiać na życie w przyszłości. Wiele razy wracałem na ulicę, aby się narkotyzować, ale potem tego żałowałem, powracałem do nich, a oni mnie przyjmowali, ale postawili pewne warunki. Teraz nie chcę już wrócić do tego, co było.

Mam bardzo dobrego przyjaciela, ma na imię Eliseo, dobrze się z nim czuję. Lubię się modlić i każdego dnia proszę Jezusa i Maryję, aby mi pomogli, bym nigdy nie powrócił na ulicę i do narkotyków, i o to samo proszę dla moich kolegów, którym staram się pomagać. W przyszłości chciałbym pracować jako stolarz. Dziękuję Ks. Bosko i wszystkim moim wychowawcom za dobro, które mi wyświadczyli.

ANS – Luanda

Za: www.infoans.org