Sowulewska W. OSBCam, Wpływ przemian kulturowych na życie kontemplacyjne

W kontekście tego, co zostało powiedziane wcześniej, klasztory kontemplacyjne jawią się jako szczególne „cząstki” Kościoła – tego Kościoła, w którym po Soborze Watykańskim II, podobnie zresztą jak i w całym świecie, widać zarówno dobro, jak i zło, na który można patrzeć albo miłosiernym spojrzeniem Boga dostrzegającym piękno, dobro i wielkość, albo złym okiem Szatana cieszącego się z niepowodzeń, niedoskonałości i upadków oraz usiłującego zasiać zamęt, niepewność i beznadziejność. Nie muszę mówić, że chciałybyśmy patrzeć na rzeczywistość jedynie tym pierwszym spojrzeniem i myślę, że zostałyśmy powołane właśnie do takiego patrzenia, a nawet więcej – do świadczenia o tym, co widzimy.

W posynodalnej adhortacji Vita consecrata wspólnoty klauzurowe zostały porównane do „miasta na górze i światła na świeczniku” (59 za J 13,34; Mt 5,3.8), zaś w Instrukcji o klauzurze Verbi sponsa życie tych wspólnot  nazwano „milczącym promieniowaniem miłości i przeobfitą łaską w pulsującym sercu Kościoła Oblubienicy” (5), „darem Bożym dla wszystkich, zajmującym centralne miejsce w tajemnicy komunii eklezjalnej” (por. 7).

Nawiązując do przemian zachodzących we współczesnym świecie, porównałabym  klasztory kontemplacyjne do wysp rozrzuconych po burzliwym morzu. Ośmielę się powiedzieć: do rajskich wsyp! Na każdej z nich znajduje się (a przynajmniej powinna się znajdować) latarnia morska, przyzywająca i wskazująca drogę żeglarzom. Zmęczeni walką z żywiołem, wyczerpani –  może już bez nadziei i chęci do dalszej drogi – żeglarze wiedzą, że pośród toni istnieje obszar, a nawet liczne obszary, gdzie jest twardy grunt pod nogami, gdzie słońce świeci pełnym blaskiem, gdzie panuje spokój, cisza i pogoda, gdzie żadna burza nie wydaje się groźna. Obraz ten sprawia może wrażenie idealistycznego, ale w rzeczywistości takim nie jest, choćby z tego powodu, że jak na każdą wyspę, morze przynosi i wyrzuca na brzeg wszelkiego rodzaju przedmioty, a także zanieczyszczenia i odpady cywilizacji. Czy zdołamy posortować je, odrzucić śmieci, a wykorzystać rzeczy nadające się do użytku? Oto jest pytanie godne naszych czasów.

Niezależnie od tego, w jakim stopniu poradzimy sobie z tym zadaniem, musimy pełnić naszą misję. A jest to misja profetyczna. Mniszki realizują profetyczną misję Kościoła – głoszą Królestwo Boże i Ewangelię, tyle tylko, że nie słowem i czynem, ale samą swoją obecnością w świecie. Mają być dla współczesnych sobie ludzi znakiem – takim samym, jak był dla Izraelitów Mojżesz czy Eliasz, jak był dla Niniwitów Jonasz, jak był potem Benedykt czy Franciszek, jak jest dla nas wszystkich sam nasz Pan, Jezus Chrystus. Mają być zbawczym znakiem, pełnym mocy samego Boga. „Konkretny wkład mniszek w dzieło ewangelizacji, ekumenizmu, rozwoju Królestwa Bożego w różnych kulturach jest wybitnie duchowy – jak dusza i zaczyn przedsięwzięć apostolskich… Ich życie, całkowicie i w pełni bezinteresownie oddane na służbę chwały Bożej, samo przez się jest głoszeniem i rozprzestrzenianiem prymatu Boga i transcendencji osoby ludzkiej, stworzonej na Jego obraz i podobieństwo” (Verbi sponsa, 7).

Dodać tu trzeba, że jest to sposób życia i ewangelizowania sprawdzony od wieków, od początków chrześcijaństwa. Już bowiem „od zarania dziejów Kościoła, za wezwaniem Ducha, asceci i dziewice decydowali się na prowadzenie bardziej intensywnego życia religijnego. Od II i IV wieku monastycyzm, wraz z wyjściem na pustynię, zaczął przyjmować postać życia wspólnotowego czy życia w odosobnieniu, jakie później zadecydowały o jego rozwoju” (Konstytucje Mniszek Kamedułek, Wprowadzenie). Dzisiaj wszystkie zakonnice kontemplacyjne określają siebie mianem mniszek, podkreślając w ten sposób nie tylko rodzaj życia ukrytego za murami w klauzurze oddzielającej je od świata, ale także związek z wielowiekową tradycją mniszą. Tak jak półtora tysiąca lat temu, również i dzisiaj, Duch Boży wiedzie mniszki „na pustynię” po to, by żyć w radykalnym ubóstwie, w radykalnym zjednoczeniu z Bogiem, w radykalnym oderwaniu od świata. Dotyczy to zarówno poszczególnych osób jak i całych wspólnot monastycznych. Pierwsze wspólnoty mnisze powstawały bowiem w ten sposób, że wokół pustelnika przepełnionego Bożym Duchem i tym Duchem promieniującego, gromadzić się zaczynali ludzie zauroczeni pięknem i mocą życia poświęconego całkowicie i radykalnie Bogu. Przebywali nieraz wielkie przestrzenie, by zaczerpnąć ze źródła Bożej mądrości i Bożej miłości skumulowanej w poświęconym Bogu człowieku.  Ludzie ci przyciągali jak magnez, nie można było się im oprzeć. Za każdym z Ojców Pustyni ciągnęły tłumy naśladowców, uczniów i „interesantów”. Jeszcze na przełomie X i XI wieku „uciekał” nieustannie od tych tłumów św. Romuald, zakładając coraz to nowe wspólnoty. Podobnie dzieje się i dziś. Klasztory kontemplacyjne przyciągają ludzi – zarówno tych potrzebujących modlitwy i duchowej pomocy, jak też zainteresowanych tym rodzajem życia. Pomimo zmniejszającej się liczby powołań, zainteresowanie kontemplacją i wartościami duchowym nie słabnie!

Nawiązując do  wypowiedzi ks. prof. Marka Starowieyskiego, trochę przez przekorę, chciałabym zwrócić uwagę na fakt, że tym, co przyciągało ludzi do pierwszych mnichów, było nie ich wykształcenie, lecz świętość i radykalizm życia całkowicie oddanego Bogu i sprawie Jego Królestwa. Nie oznacza to jednak, jakobyśmy nie doceniały wagi nauki i wykształcenia. Wprost przeciwnie!  Mnisi byli i powinni być nadal przepełnieni mądrością – tyle tylko, że prawdziwa Boża mądrość niekoniecznie musi pokrywać się z mądrością rozumianą tak, jak się ją dzisiaj na ogół rozumie. Ks. Prof. M. Starowieyski ujął to wspaniale, tłumacząc, czym jest prawdziwa teologia, która według niego jest nie meblowaniem głowy, lecz budowaniem człowieka i jako taka musi się składać z trzech nierozerwalnie ze sobą związanych elementów: wiedzy, życia i modlitwy. Tak właśnie i my chciałybyśmy rozumieć mądrość, której szukamy oraz za którą i ku której idziemy. Przypuszczam, że to właśnie miał na myśli św. Hieronim, gdy w Liście do Heliodora, w którym pośmiertnie wysławia mnicha Nepocjana, pisał, iż «ustawiczna lektura i całodzienne rozważania zrobiły z niego bibliotekę Chrystusa (bibliotheca Christi)»(Epistula 60). Chciałybyśmy móc powiedzieć tak o sobie! Mamy bowiem świadomość, że im będziemy mądrzejsze, im szersze horyzonty będziemy miały, im głębsze zdobędziemy podstawy naukowe, a zwłaszcza biblijne i teologiczne, tym doskonalsze będzie nasze świadectwo, tym lepiej wypełnimy naszą misję wobec Kościoła i wobec świata.