Castelli Ferdinando , SJ, Zakonnicy a literatura

o. Ferdinando Castelli, SJ

ZAKONNICY A LITERATURA

 

Zakonnicy a literatura: na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że pomiędzy tymi dwoma rzeczywistościami nie istnieje żaden związek. Jednak tak nie jest. Sięgając wyłącznie do przykładu płaszczyzny historycznej, jasno jawi się ścisły związek pomiędzy życiem Zakonnym a twórczością literacką. Wystarczy wspomnieć o dorobku Instytutów zakonnych o wielkich tradycjach humanistycznych, jak na przykład, benedyktyni z Cluny w Średniowieczu, a w Renesansie Oratorium św. Filipa Neri oraz kolegia jezuickie. Nie wolno też zapominać o rzeszach zakonników, których dziełem była prawdziwa symbioza pomiędzy najwyższą świętością a autentyczną literaturą: mowa tu o św. Janie od Krzyża oraz o św. Franciszku z Sales, by zacytować jedynie te dwa wybitne nazwiska.

Nie chcąc jednak przytaczać historii, wolimy przeanalizować słowa jakie w tej kwestii padły na Soborze Watykańskim II. W Gaudium et spes, pod numerem 62, czytamy:

„Na swój sposób także literatura i sztuka mają wielkie znaczenie dla życia Kościoła. Usiłują one bowiem dać wyraz przyrodzonemu uzdolnieniu człowieka, jego problemom i doświadczeniom w dążeniu do poznania i doskonalenia siebie oraz świata; starają się ukazać stanowisko człowieka w historii i w całym świecie, jego nędze i radości, oświetlić potrzeby i możliwości ludzi oraz naszkicować lepszy los człowieka. W ten sposób literatura i sztuka mogą podnosić wzwyż życie ludzkie, przedstawione w różnorakich formach, stosownie do czasów i miejsc”.

W dalszej części dostrzeżemy wagę tego typu stwierdzeń soborowych w odniesieniu do właściwego postawienia kwestii relacji między zakonnikami a literaturą. Teraz pragniemy przypomnieć tekst Perfectae caritatis zaświadczający działalność literacką zakonników. Pod numerem 8 czytamy: „W tych Instytutach do samej istoty życia zakonnego należy działalność apostolska i dobroczynna, jako święte posługiwanie i własne dzieło miłości przez Kościół im zlecone, które mają pełnić w jego imieniu”. Wśród owych działań apostolskich Sobór wymienia teatr, nauczanie, prasę, badania naukowe, telekomunikację oraz, oczywiście, literaturę.

Wystarczy zresztą pomyśleć o wpływie, jaki pewne dzieła literackie wywierają na społeczeństwo, aby pojąć znaczenie kontaktu z literaturą tych, którzy powołani są do ewangelizacji, czyli właśnie zakonników.

Czym jest literatura?

Przede wszystkim wyjaśnijmy sobie nazewnictwo. Czym jest literatura? Można ją określić następująco: to pytanie o człowieka i o życie, opracowane w formie artystycznej i przeprowadzone nie rozumowo (to filozofia), ale za pomocą wszystkich sił duszy, a szczególnie uczucia i wyobraźni („serca”, jak powiedziano by w Biblii). Literatura -stwierdza Carlo Bo inspirując się słowami J. Riviere i Ch. Du Bosa – „jest drogą, może najpełniejszą, aby poznać” samego siebie (Letteratura corne vita – Literatura jak życie, Florencja 1938); „odkryciem człowieka i świata – jak mówi T. Todorov).

Sięgając do klasyków literatury możemy u nich znaleźć człowieka na tle tajemnicy jego istnienia, jego przeciwieństw i dwuznaczności, najszlachetniejszych aspiracji i najbardziej wstydliwych upadków. Wynikiem tego jest fakt, że literatura i życie „ani się sobie nie przeciwstawiają, ani sobie nie przeczą, lecz są ze sobą związane najściślejszymi i najintymniejszymi więzami; są od siebie współzależne” (Ch. Du Bos, Vila e letteratura – Życie i literatura, Padwa 1943).

Te uściślenia powinny pomóc nam w uniknięciu pewnego bardzo popularnego nieporozumienia: że, mianowicie, literatura jest zabawą, grą, ucieczką od rzeczywistości. Jeżeli jest autentyczna, to jest wręcz odwrotnie: jest sondą egzystencji, „obnażoną” wizją naszego serca. P. Van der Meer stwierdza: „Dostojewski, Bloy, Claudel, Bernanos wnieśli, dzięki swej poetyckiej intuicji, więcej w poznanie głębi człowieka, niżeli wszyscy filozofowie, teolodzy i psycholodzy” (La terra e il regno – Ziemia i królestwo, Alba 1969).

Autorów tak pojętej literatury zwiemy klasykami. Wyjaśnijmy to. Określenie „klasyk” nie ma być antytezą „romantyka”; nie ma się także odnosić do autorów uznawanych za „wzorce” w dziedzinie mistrzostwa zasad, technik i tajemnic w sztuce tworzenia. Klasycznym jest autor umiejący sportretować życie w złożoności jego tajemnicy, potrafiący je opisać ze wszystkimi uniwersalnymi składnikami, stawiający nas wobec „prawdy” człowieka, zatem prawdy nas samych; raniący nas przez dotykanie naszych newralgicznych miejsc umysłu i serca, czyli taki, który nigdy nie pozostawia nas niewzruszonymi lub obojętnymi. Innymi słowy, klasykami są pisarze każdej epoki, którzy zapytują nas o podstawowe kwestie, szokują nas, niepokoją, odkrywają wnętrze nam samym.

Antytezą autora klasycznego jest autor piszący zgodnie z wymogami mody, wciąż tak efemerycznej i powierzchownej; która podąża tworząc swoje dzieło drogą komercyjnej kalkulacji; oferujący się, wraz ze swą „profesją”, jako ktoś, dzięki komu przyjemnie spędzimy czas i będziemy mogli mile oddalić się od prawd, które parzą. Tej nie „prawdziwej” literatury nie można lekceważyć, gdyż może ona czasami mieć zbawienne działanie; a poza tym, nie wszyscy pisarze zostali obdarzeni geniuszem. Nie jest to jednak literatura, którą będziemy tu omawiać.

Poznać, aby dopomóc

Po powyższych wyjaśnieniach łatwo będzie zrozumieć relację Życia Zakonnego i literatury. Opiera się ona na fakcie, że literatura jest poznaniem człowieka, a życie zakonne nie może pomijać tego typu poznania, wedle stwierdzeń Soboru zawartych we wspomnianym już Gaudium et spes. Objaśnijmy to bliżej. Zadaniem Życia Zakonnego jest oddawanie Bogu chwały. Zatem, jeśli żyjący człowiek jest najwyższą chwałą Boga, to konieczne jest, by zakonnicy poznali go jak najlepiej, by uczynić go „żyjącym”, czyli chwałą Boga. Aby go poznać, należy się do niego zbliżyć, wysłuchać go. I właśnie to umożliwia nam literatura, bez udawania się w miejsca odległe lub niebezpieczne.

Kim jest człowiek? Zapytajmy o to jednego z klasyków współczesnej literatury, Franza Kafkę, bystrego znawcę ludzkiej kondycji. Człowiek jest nieszczęsną istotą, anonimową i zagubioną, poszukującą wciąż punktu odniesienia, wiadomości o zbawieniu, Absolutu, który pomógłby mu istnieć, ostatniej instancji, która nadałaby sens jego życiu. Próżne poszukiwania. Zamek jest nieprzenikniony (co znaczy, że zbawienie jest nieosiągalne) zaś Proces kończy się egzekucją ofiary (czyli, że jest się skazanym, nie wiedząc nawet dlaczego). A więc jesteśmy nieuchronnie skazani na błąkanie się po ziemi bez celu i w samotności? Może istnieje jakieś przesłanie o zbawieniu, lecz nie jest nam dane go pojąć.

„Cesarz wysłał do ciebie maleńki cieniu zagubiony w najdalszej dali cesarskich włości, właśnie do ciebie cesarz wysłał wiadomość ze swego łoża śmierci. Kazał posłańcowi przyklęknąć przy swym łożu, szepcąc mu tę wieść na ucho. Posłaniec natychmiast ruszył w drogę, lecz bezgraniczne tłumy hamują jego bieg. Wyważa on zamknięte drzwi, przeskakuje schody i mury obronne, udaje mu się przedrzeć przez sale pałaców. Gdyby tylko miał wolną drogę na zewnątrz, jakby poleciał! i wkrótce usłyszałbyś cudowne uderzenia jego ręki w twe drzwi. Ale całe cesarskie miasto stanęło mu naprzeciw, środek świata pełen swych odpadków. Nikomu nie uda się tędy przejść, tym bardziej nie uda się posłańcowi zmarłego. Lecz ty siedzisz w oknie i marzysz o tej wieści, kiedy nadchodzi wieczór”. (II messaggio dell’ imperatore – Cesarskie przesłanie).

Objaśnijmy tekst Kafki. Bóg istnieje i najbardziej zrozpaczonym przesłał wieść o zbawieniu, lecz jego wrogowie nie chcą dopuścić, by dotarła ona do adresatów. Bóg przedstawiony jest jako umierający („ze swego łoża śmierci”): chodzi tu o tego Boga, który u Nietzschego oraz w kulturze XIX i XX wieku został uznany za „zmarłego”. W istocie, w życiu wielu europejczyków, Bóg jest nieobecny, martwy dla nich. Ów Bóg, uznany za zmarłego przekazał swoje zbawcze przesłanie (Objawienie) najmniejszemu i najbardziej oddalonemu ze swych poddanych, lecz siła zła nie dopuszcza, by ta doń dotarła (Kafka modlił się w ten sposób: „Ja pytam cię, a ty mi nie odpowiadasz. Gdybyś mi odpowiedział, gdyby tak twe wargi uchyliły się, twe oko ożywiło i zadźwięczało słowo, jakie mi przeznaczyłeś!” (Confessione e immagini – Spowiedź i obrazy, Mediolan 1960).

Zakonnik, nastawiony na Orędzie o zbawieniu nie może przeczytać dzieła Kafki i zasnąć spokojnie. W dziele tym staje on naprzeciw człowieka pozbawionego Chrystusa, idącego nie wiedząc gdzie, pod złowróżbnym niebem. Co się z nim stanie? Czy ma jakieś znaczenie jego tęsknota za utraconą Ojczyzną? Czy może ona być interpretowana jako wołanie o pomoc, nawet jeśli tak słabe czy urywane? Cóż mu odpowiedzieć, kiedy wyznaje, że czuje się skazany za grzechy jakich nie zna? Czy nie ma żadnego lekarstwa na jego samotność obrzydliwego owada?

Na kafkowskich ścieżkach spotykamy naszego Eugenio Montale. Kim jest człowiek? Jaki jest sens życia? Dokąd podążamy? Odpowiedzi poety mają coś wspólnego z kamieniami nagrobnymi. Mówią jedynie o „bólu istnienia”. Czasem zdarza mu się jednak, spojrzeć na horyzont w nadziei dojrzenia tam przyjaznej ziemi, na której możnaby zasiać nasze nadzieje. Czy będzie to możliwe?

Nie wiemy, jaki los da nam jutro,

ponure czy radosne;

może wyjść nam wypadnie

na nietknięte polany,

gdzie szumi wieczna woda młodości;

a może zejść

aż do najniższej doliny,

w ciemność, straciwszy wspomnienie poranka.

A może przyjmą nas obce ziemie: zgubimy pamięć słońca,

wypadnie nam z pamięci podzwanianie rymów.

Och, bajka, z której wysnuwa się nasze życie, zmieni się nagle w ponurą historię nie do opowiadania!

(Mediterraneo, przekład Renata Wojdan, „Poezje wybrane” – Montale PIW 1987).

Obcość, zagubienie, niepowodzenie każdego planu w „ponurej historii, jaką jest życie, tajemnica istnienia: oto tło, na którym spotykamy człowieka, jaki potrzebuje ewangelizacji. Chory na nichilizm, to daje się ponieść przygnębieniu i wita ze smutkiem nadzieję, która znika, tak jak czynią to Kafka i Montale, to znów zamyka się w czarnej rozpaczy, zdominowanej koszmarem śmierci, jak Thomas Bemhart. Do niego należą te słowa: „Czy nie uderzył was fakt, że ludzie mieszkają na cmentarzach? Że wielkie miasta są wielkimi cmentarzami, a małe – cmentarzami mniejszymi. A wsie, jeszcze mniejszymi? I że łóżko to grób? I że ubranie jest strojem pogrzebowym? A wszystkie nasze czyny, to ćwiczenia przygotowujące nas do śmierci?

Jak zbliżyć się do tych zrozpaczonych osób, którzy są naszymi bliźnimi? Jakim mówią językiem? Jakie ścieżki przebyli, by dotrzeć do chłodu ciemnej i śmiertelnej ściany? Na jawie realności są nadal wrażliwi? Zakonnik wie, że jego konsekracja otrzymuje chrzest na drodze takich pytań. „Niech nikt nie sądzi – czytamy w Lumen gentium, n. 46 – że zakonnicy z racji swego poświęcenia stają się bądź wyobcowani spośród ludzi, bądź nieużyteczni w społeczności ziemskiej…”

Widzieć poza pozorami

Literatura daje również możliwość pozania człowieka w jego głębokiej i ukrytej rzeczywistości. Aspekt ten jest niezwykłej wagi dla apostolatu. Zatrzymywa­nie się przy pozorach, wykrzyczanych słowach, przekleństwach, przy hałaśliwych i skandalicznych gestach, bez rozumienia, jakie prawdy kryją się za tym wszystkim, jest bardzo niebezpieczne. Narażamy się wówczas na walkę z wiatrakami. W kwestii tej paradogmatem może być przygoda Artura Rimbauda oraz egzegeza, jaką jej poświęcił Paul Claudel. Omówimy to szerzej zarówno ze względu na wagę zagadnienia, jak i na fakt sławy bohaterów.

Rimbaud, enfant sublime ze względu na wspaniałość swej poezji, mortel demon z powodu złej krwi, jaka płynie w jego żyłach i czyni go buntownikiem w stosunku do wszystkich i wszystkiego, cyniczny, pogardliwy, bluźnierczy. Hoduje we włosach wszy, żeby obdzielać nimi ludzi z dobrego towarzystwa; na ławkach wycina słowa: Mort a Dieu; marzy o kataklizmach i krwi i życzy ich wszystkim; Industńels, princes, senats (Perissez! Puissance, justice, historie: a bas!) ea nous est du. Le sang! sang! La flamme d’or…

Z jakiego tajemniczego powodu zadeklarował śmierć Boga? Aby zająć jego miejsce. W tym celu staje się jasnowidzem na drodze długiej, ogromnej, przemyślanej rozwiązłości w każdym sensie słowa i zabija w sobie rozróżnienie pomiędzy dobrem a złem. W wieku 19 lat decyduje, że nie napisze więcej jednej linijki (choć stworzył nieśmiertelne liryki) i zaczyna wędrować jako wagabunda. Umiera w wieku 37 lat. Wariat? Szatan przemieniony w poetę? Anioł upadły z niebiańskich wysokości?

Pozwólmy, by odpowiedział Claudel. W La Messe la-bas wyobraża on sobie, jak Bóg żąda wyjaśnień od Rimbauda, który usiłuje mu się wymknąć.

Jakiego brzegu nie osiągnąłeś? Jaka została ci przygoda i jaka miłość? Dobry czas wybrałeś, by stać się ślepym i głuchym!

Czy to prawda, że jestem twym Bogiem? Myślałeś, że tak łatwo uda ci się mi wymknąć? I pomimo tego wszystkiego, co uczyniłem przeciw tobie, czyż naprawdę tak łatwo mnie nie kochać?

Ciężkie były te rzeczy, jakich ci okrutnie zabroniłem, obdarowując cię nimi, tylko dlatego, że mnie w nich nie było.

Czy strawa jaka odrzucała cię od pierwszego kęsu, to z powodu mojej nieobecności?

A co powiesz na biesiadę, jaką teraz spożywamy tylko ty i ja, bok w bok? Czyż nie jest czysty ten chleb, jaki daję ci do jedzenia i nie mocne wino, jakim jestem?

Kim się posłużysz, żeby oddzielić twoją osobę od mojej? Jaka jest część twego bytu, w której mnie nie ma i która do mnie nie należy?

Ego sum. To ja. Twój dom jest wystarczająco duży, abym się w nim zmieścił. Zanim się o tym dowiedziałeś, byłem tam, i pozostaję z człowiekiem, którego stworzyłem. Tam-gdzie-Ja-Jestem, gdybym się wycofał, ty przestałbyś istnieć.

Pójdź ze mną, gdzie Ja Jestem, w tobie samym, a dam ci klucze do istnienia. Tam gdzie Ja Jestem – to tam, gdzie od wieków trwa tajemnica twego stworzenia.

Niepotrzebnie się niepokoisz, nie będziesz mógł wiecznie bronić się od mego pokoju. Czujesz, czy nie, że jestem tu, ten współbiesiadnik, na którego czekałeś? (…)

Abyś mnie nie wolał, nie powinieneś był mnie poznawać.

W tekście, tak przepełnionym poezją i teologią, Claudel sugeruje nam dwie prawdy: niemożność wymknięcia się Chrystusowi (gdyż tylko w nim znajduje się to, czego nasze serce tak rozpaczliwie szuka) oraz przekonanie, że jedynie w Chrystusie człowiek odnajduje pełnię i wartość. Bunt Rimbauda jest tęsknotą za transcendencją, złością na własną niemożność, obwieszczeniem przegranej; jest także dziwacznym aktem wiary i modlitwą ułożoną oszalałymi słowami; jest wreszcie pośrednim stwierdzeniem romantycznego i surrealistycznego dążenia do osiągnięcia boskości własnymi siłami.

Otworzyć się na świat

Jednym z najbardziej ponurych zagrożeń, jakie czyhają w życiu zakonnika, jest skupienie się na sobie samym. Kiedy tak się dzieje, horyzonty ograniczają się aż do stanu, kiedy stają się maleńkimi fragmentami słabego światła w którym majaczy nasz własny cień. Żyje się drobnymi rzeczami: małymi zadaniami, obawą przed utratą swego małego spokoju, małymi kompromisami ze swym poświęceniem. Strach przed tym stanem zainspirował Ojca D. M. Turoldo do napisania liryki zatytułowanej Piu non abitare conventi – Nie zamieszkujcie w klasztorach. Ma ona cechy alarmującego krzyku i rozwija się na dwóch płaszczyznach: odrzucenia zakonu-schronienia oraz pragnienia wolności w celu niesienia wszystkim Chrystusa. Nie zamieszkujcie w klasztorach ze skały aby serce nie przemieniło się w kamień (…)

Wolni, o mnisi, powróćcie Bez sakwy, nadzy stopami po asfalcie.

Niech wam klasztor będzie takim światem jakim kiedyś była Europa.

Obalcie ogrodzenia tych miast-obozów, gdzie każdy jest opasany podejrzeniem, nawet brata (…)

Niech starczy wam namiot by schronić się przed burzami a Bóg powróci jako wędrowiec by stąpać po drogach, i śpiewać z wami pustynne psalmy.

Niech wam starczy wyczytać wasze imię

na wietrze

i błękitnym niebie:

wyszeptane

pod palmą

w przerwach między śpiewami.

O bracie Nikt

jesteś wiecznym obrazem Chrystusa rozproszonym w każdym skrawku ludzkości, sztandarem którego nam brak…

Ojciec Turoldo z Zakonu Sług Marii i poeta o gruntownym przygotowaniu, buntuje się na myśl, że zakonnicy usychają między starymi murami klasztorów, gdzie serce może zamienić się w kamień. Trzeba otworzyć się na ludzkość, głosić wszystkim braterstwo w imię Tego, którego najbardziej potrzebujemy. Już nie „ucieczka” od świata, ale zanurzenie się w świat, by mógł wrócić do Pana.

By otworzyć się na świat, by poznać jego najbardziej palące problemy, jego hańby, dążenia i sprzeczności, wielka literatura służy nam ogromną pomocą. Niektóre dzieła literackie są prawdziwymi wielkimi oknami otwartymi na ludzkość: ukazują jej oblicze i rany, każą słuchać jej głosu, kreślą zarys historii. Wystarczy pomyśleć, pozostając w naszych czasach, o dziełach A. Sołżenicyna, Saul Bellowa Juliena, Greena, Octavio Paza, Ni Mahfuza, C. Achebea, Shusaku Endo, A. Sono,

  1. Prisco, które są nazwiskami autorów żyjących. Kazania ojca Segneri na temat piekła poruszają, z pewnością ze względu na obrazowość przedstawienia, lecz wizja piekła, jaką grzesznik nosi w duszy, przedstawiona przez J. Greena (na przykład w Ciascuno la sua notte – Każdy ma swą noc) robi o wiele większe wrażenie, gdyż jest bardziej autentyczna. Wiemy wprawdzie, że Pan jest nam bliski i nie może nas opuścić, lecz dramaturgię i ciężar jego milczenia przekazują nam wiersze Turolda i C. Rebor’a. Świat bez Boga jest pustynią, wiemy o tym i doświadczamy tego na różne spososby, lecz nie ma w tym owej siły wyrazu, jaką T. S. Eliot zawarł w swym wierszu The Waste Land – Opuszczona ziemia.

Te dzieła szokują, niepokoją, oświecają. Czytanie ich i przemyśliwanie, to jakby wychodzenie z nas samych i trafianie na nieznane lądy, gdzie trzeba się angażować. Znamy chrześcijan „nijakich”, którzy odkryli na nowo żar wiary dzięki lekturze Quinto evangelio – Piątej ewangelii Mario Pomilio. W rzeczywistości, uważne przeczytanie tej powieści oznacza orzeźwiającą kąpiel, uwalniającą od duchowego lenistwa i orientującą w stronę „żywej” wiary.

Van der Meer, prócz tego, że jest znakomitym literatem, był benedyktyńskim mnichem, mając za sobą okres udanego małżeństwa. W cytowanej książce La terra e il regno – Ziemia i królestwo zamieszcza bardzo celną uwagę z punktu widzenia naszego tematu. „Nie mówię – pisze – że trzeba koniecznie czytać Bernanosa, Grahama Greena, Dostojewskiego w refektarzach klasztorów! Nie! Ale wśród mnichów i mniszek roku 1959 obecna jest potrzeba silnego odżywienia, jak powiada św. Paweł. Mnisi i mniszki nie mogą przeżywać swego życia kontemplacyjnego bez poznania tej wspaniałej literatury, która ich wzmacnia w pełni życia człowieka i Boga”.

Przezwyciężyć szarzyznę dni

Jest jeszcze inny element potwierdzający dobroczynne działanie literatury w odniesieniu do Życia Zakonnego: sztuka a literatura, kiedy jest autentyczna jest zawsze sztuką – wspomaga zakonnika w przezwyciężaniu takich przeszkód, jakie mogłyby hamować go w drodze ku Bogu. Chodzi tu o rutynę, spłycającą entuzjazm, odbarwiającą horyzonty i pozbawiającą ducha najświętsze obowiązki. Życie wspólnoty, skandowane codziennymi zajęciami, spotkaniami z tymi samymi ludźmi, obciążone ograniczeniami poszczególnych jednostek, może pochłonąć wspaniałość powołania i przemienić szlachetne dusze, w dusze pełne rezygnacji. Sztuka może mieć działanie uzdrawiające. Ponieważ sztuka jest pięknem, a piękno porusza, ^ odmładza, przerywa szarzyznę dni.

Na ten temat, wśród innych, Paweł VI napisał odkrywcze słowa. Przeglądając książkę Franco Lanzy Paolo VI e gli scrittori – Paweł VI a pisarze (Rzym 1994) uderza zarówno znajomość literatury Papieża, jak i jego zalecenie obcowania z artystami. W Dialoghi eon Paolo VI – Dialogach z Pawłem VI (Mediolan 1969) Jean Guitton wkłada w jego usta te odkrywcze słowa charakterystyczne dla duszy miłującej piękno:

„O błogosławiony głosie sztuki, o magiczne echo, które z tajemnicy niemego piękna wydobywasz muzykę znaków i wrażliwych form, kiedyż znów będziesz śpiewać, kiedy swym nieludzkim wdziękiem będziesz znów do nas mówić o radosnej drodze nagłej intuicji, otwartej dla wszystkich, o tajemnym świecie i o głębi Bytu, dzięki któremu nasze sprawy mają sens i początek?”.

Paweł VI podziwiał T. S. Eliota ze względu na jego zdolność plastycznego opisywania samotności człowieka zostawionego samemu sobie i z powodu jego symbolicznej siły z jaką poeta przedstawia odrodzenie się człowieka, kiedy spotyka Miłość. Oczywiście, poematy Eliota, takie jak Quattro guarteiti – Cztery kwartety oraz dramaty, jak Assassino nella cattedrale – Morderstwo w katedrze uderzają duszę, jak strumienie światła i wstrząsają nią, także swą siłą przedstawienia i symbolicznym pięknem. Eliot – jak Hopkins, Claudel, Manzoni, Rebora – pomaga nam modlić się, widzieć i żyć poza.

Lecz Paweł VI czytał również poetów „przeklętych” jak Rimbaud, Baudelaire i Verlaine, ponieważ swą intuicją artystyczną zaświadczyli „głęboką potrzebę Łaski w ostępach demonicznych symboli, w samotnych pustyniach nieobecności” (Franco Lanza, dz. cyt.; 78). Kiedy się jest prawdziwym poetą, nawet przeklętym, jest się świadkiem i twórcą piękna. A wszyscy – przede wszystkim zaś zakonnicy – odczuwamy potrzebę piękna, będącego blaskiem Prawdy (św. Tomasz), głosem, jakim cały stworzony świat chwali Boga (św. Augustyn), zbawieniem świata (Dostojewski), świetlistą wspólnotą z Dobrocią i Prawdą (św. Tomasz).

W drugim tomie Liberi e fedeli in Crisio – Wolnych i wiernych w Chrystusie Ojciec B. Haring pisze: „Odrzucić piękno jako coś zbędnego oznacza uczynić życie nędznym, ochydnym, wulgarnym, jałowym. Dla chrześcijanina znającego i wielbiącego glorię i majestat Boga, pogardzanie pięknem równe jest zdradzie Ducha, gdyż piękno jest blaskiem prawdy i dobra. W nim człowiek odczuwa siłę tego wszystkiego, co dobre i prawdziwe. Kto poznaje prawdę i dobro własnym jestestwem jest otoczony miłością i pięknem” (str. 131).

Tekst Ojca Haringa odnosi się do nauk ojców greckich, św. Augustyna i przede wszystkim św. Bernarda, według którego via pulchńtudinis, „droga piękna” jest jedną z najbardziej skutecznych w dochodzeniu do Boga.

Zagadnienie powołania zakonnego w literaturze – przegląd

Zastanówmy się teraz jaki obraz powołania zakonnego przekazuje literatura współczesna? Niemożliwe jest danie jednoznacznej odpowiedzi. Można powiedzieć, że każdy autor ma jej własną wizję. I można, mimo wszystko, odnaleźć parę wspólnych im cech.

W pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, pod wpływem pozytywizmu, powołanie zakonne było przez niektórych uważane za zjawisko chorobliwe, za deformację świadomości, inni, ograniczyli je do kwestii ambicji i uleczalnej choroby. Na tej pozycji, w czasach nam współczesnych, znajduje się Umberto Eco. Tłum mnichów zaludniający jego powieść In nome deila rosa – Imię róży kieruje się namiętnościami wszystkich rodzajów, prowadzących nawet do zbrodni. Inni autorzy poruszają się pod bardziej przychylnym niebem: powołanie zakonne jest czymś w rodzaju filantropijnego wyboru, godnego szacunku i wysoce dobroczynnego (Pirandello, Silone, G. Saviane); czasem jest także wyrazem afirmacji ducha nad ciałem oraz potrzebą ucieczki od zgiełku i chaosu społecznego, choć nie zawsze ze szczęśliwym zakończeniem (wspomnijmy Padre Sergio – Ojca Siergieja L. Tołstoja).

U tych autorów i u wielu innych, brak podstawowego składnika powołania zakonnego: wezwania ze strony Chrystusa. W konsekwencji ich wizja jest fałszywa, nieostra. Opowiadają o codziennych przypadkach życiowych, nie zaś o powołaniu zakonnym, które bazuje na tym, co ponadnaturalne i nawołuje do radykalizmu ewangelicznego. Natomiast pisarze tworzący swe dzieła z punktu widzenia wiary lepiej i w sposób bardziej interesujący oddają kwestię powołania. Którzy to autorzy?

Powołanie jako dar samego siebie

W Giovedi Santo – Świętym Czwartku F. Mauriac przedstawia zbawienie jako „ogromną rzekę łask” mającą odnowić świat. Aby ta rzeka dotarła do dusz trzeba, by ochotnicy złożyli Chrystusowi w ofierze swe życie. Powołanie jest właśnie ową wolą darowania siebie innym.

W dramacie E’mezzanotte – Jest północ, Dottor Schwitzer – Doktorze Schwitzer Gilbert Cesbron wprowadza na scenę doktora Alberta Schweitzera i Ojca Charlesa de Foucaulda: miłość darowana oraz miłość składana w ofierze. De Foucauld wybrał afrykańską pustynię by stać się „bratem uniwersalnym” na drodze całkowitej ofiary miłości. Kiedy spytano go, czy czasem patrzy w lustro, odpowiedział: „Wiele lat temu stanąłem twarzą w twarz z nieznajomym. Po jego niespokojnym spojrzeniu spytałem się sam siebie: „Co mogę zrobić dla tego starca? Wyciągnąłem do niego dłoń: stałem przed lustrem”.

W innym dramacie La statua in frantumi – Roztrzaskana statua ten sam Cesbron ma zamiar roztrzaskać na kawałki fałszywą statuę Teresy z Lisieux, przedstawiającą świętą uśmiechniętą, romatyczną, melodramatyczną, „patronkę młodych krawcowych”, i stworzyć figurę prawdziwą: męczennicę miłości, która zgasła w wieku 24 lat i była czystym obrazem Ukrzyżowanego. Cesbron wkłada w jej usta dwie kwestie odzwierciedlające znaczenie jej poświęcenia zakonnego: „Błogosławieństwo! Nie to mnie pociąga… To miłość (…) Tylko miłość się liczy”; „Nie ma takiej duszy na świecie, która nie byłaby naszym synem”.

W słynnej powieści Cardinale H. M. Robinson – Kardynał H. M. Robinsona przedstawia Lalage dziewczynę pełną życia i radości w przeddzień jej wstąpienia do nowicjatu Geraldynek. Geraldynki? To siostry zajmujące się chorymi na raka w ostatnim stadium choroby. „Jestem do tego urodzona” – twierdzi. Powieściopisarz komentuje: „Ów bulwersujący sposób postępowania z szeroko otwartymi ramionami! Związana ściśle ze swym powołaniem, poświęcona czystości, mogła przelać swą żarliwość na wszystko, co spotykała”. Czystość zakonników – sugeruje H. M. Robin­son – to zdolność dawania się innym w radości. To podejście reprezentuje E. Jonesco w dziełku Maximilien Kolbe – Maksymilian Kolbe. W oświęcimskim bunkrze, w oczekiwaniu na śmierć, O. Kolbe nie należy już do siebie samego, pochłonięty do reszty pocieszeniem, błogosławieniem, wysłuchiwaniem innych. Jego ślub czystości uczyniły z niego ojca wszystkich. Odmawia wyjaśnienia słowami swego powołania; chce je tylko ucieleśnić przekształcając siebie w dar miłości aż do śmierci.

Niepokoić, aby nawracać. Być, aby pobudzić do bycia.

Niektórzy pisarze określają znaczenie powołania jako dar siebie dla Boga i mówią o misjonarskiej pasji. Jest to słuszne, gdyż bez niej powołanie – jakiekolwiek powołanie zakonne – jest pozbawione znaczenia. W znowelizowanych statutach Kartuzów można przeczytać następujące słowa: „Jeśli przystępujemy naprawdę do Boga, nie zamykajmy się w sobie, ale przeciwnie, nasz umysł rozszerza się a nasze serce powiększa tak bardzo, że może objąć sobą cały wszechświat i zbawczą tajemnicę Chrystusa. Oddzieleni od wszystkich, jesteśmy ze wszystkimi połączeni przed obliczem żyjącego Boga”.

W tej perspektywie widzi powołanie Diego Fabbri w sztuce Veglia d’anni – Czuwanie z bronią. Jeśli Chrystus jest tym, który – jak twierdzi Fabbri w Processo a Gesu – Procesie Jezusa – „podsyca wszystkie nadzieje świata” konieczne jest, by niektórzy szlachetnie ofiarowali się, by zasiać Kościół w świecie, konsekrując się Panu poprzez śluby zakonne. W sztuce zjawia się na scenie pięciu Jezuitów, którzy spotykają się, by dyskutować o misjonarskiej strategii w czasach współczesnych. Dyskusja nabiera gwałtowności z powodu rozbieżnych poglądów. Dramat kończy się pragmatycznymi stwierdzeniami św. Ignacego, założyciela zakonu Jezuitów.

„Jezus Chrystus, nasz Boski Mistrz, przybył zapoczątkować epokę najwyższych mąk, i pewnego dnia pomyślał, że będzie je mógł zgrabnie usunąć… Ja przybyłem, by znów rzucić je wam pod nogi, a raczej w serca! Gwałtownie! (…) Musicie uczynić świat chrześcijańskim! Musicie rozkochać go w radościach i cierpieniach Chrystusa! Oddać mękę Chrystusa! Pokłóćcie ten świat! Nie zostawiajcie go ani chwili w spokoju. Cała reszta się nie liczy”.

Fabbri podkreśla dramatyczność zakonnego powołania uznając je nie tylko za odrzucenie świata, lecz za walkę przeciwko niemu, za strategiczne zaangażowanie, aby go pokonać, zdolność dostrzeżenia jego dróg i zdemaskowanie jego manewrów. Węgierski pisarz Bela Just dostrzega tę dramatyczność z innego punktu widzenia: radykalni w seąuela Christi. Taki jest sens powieści Le due di notte – Druga w nocy (Mediolan 1939).

„Drogi przyjacielu, wy, którzy żyjecie w świecie, nie macie pojęcia o cierpieniach i walkach toczących się w klasztorach. Lecz zostało powiedziane: „Nie przyszedłem, aby przynieść wam pokój”. Niektóre pobożne dusze sądzą, że klasztor jest spokojnym schronieniem zawiedzionych: głupstwo! Klasztor oznacza pełne życie, bez złudzeń, heroiczną rezygnację przy każdej trudności i walkę przeciw ciału aż do śmierci”.

Przeżywając radykalizm Ewangelii, zakonnicy zabraniają światu gnuśnieć. Bela Just przedstawia ich jako strażników, którzy czuwają, aby nieprzyjaciel nie napadł i nie zabił. Klasztor Tamie, zagubiony wśród gór Sabaudii, zdaje się być całkiem oderwany od miasta ludzi, niepotrzebny, sterylny. W rzeczywistości istnieje pewna tajemnicza siła, nie dopuszczająca do śmierci duszy. O ile w lokalach rozrywkowych San Sebastian, Hoseggor i Saint-Jean-de-Luz ludzie zajęci są niszczeniem Miasta Boga, o tyle w klasztorze Tamie inni ludzie zajęci są budowa­niem. Niszczycielskiemu dziełu Marii Luizy (Malou) de Chevron przeciwstawia się twórcze dzieło jej brata, O. Roberto z Tamie. Znaczący i głęboki w sens jest następujący cytat: „Druga w nocy. W Tamie bije dzwon na czuwanie, mnisi wstają ze swych nędznych drewnianych łóżek i w półmroku korytarza w dwuszeregu schodzą do kościoła na jutrznię. Na całym świecie okna wielu tysięcy klasztorów rozświetlają się, miejsca w kościołach wypełniają się białymi, czarnymi i brązowymi cieniami, młodzi nowicjusze bladzi i starsi bracia upadają na ziemię i rozpoczynają psalmy”.

„W dalekich miastach i wzdłuż rzek ludzie zapominają o sobie, mogą spokojnie tańczyć, mogą szukać przyjemności; uciekinier z Tamie’ może przytulić Marię Luizę de Chevron; ale dopóki okna klasztorów będą świecić, póki niemi mnisi będą odmawiać jutrznię, póki ojcowie jak Roberto i Anselmo będą żyć i modlić się, złość Boga nie zgniecie tej nędznej ziemi, pędzącej jak oszalała ku śmierci”.

Przede wszystkim świadczyć własnym życiem

Zdaniem wielu pisarzy element, który najpełniej usprawiedliwia i charakteryzuje powołanie zakonne to świadectwo swojego życia. W czasach takich jak nasze, zdominowanych przez pragmatyzm i scjentyzm, człowiek odrzuca abstrakcyjne dyskusje: chce zobaczyć, dotknąć, sprawdzić. Błogosławieństwa ewangeliczne są wzniosłe; lecz czy także możliwe do zastosowania? Jak? Gdzie? Przez kogo? Każdy żąda znaków, namacalnych dowodów, żywych świadectw. Dostojewski, by odpowiedzieć Iwanowi Karamazowowi, który odrzuca Boga, gdyż ten pozwala na cierpienia dzieci, posłużył się jedną z żyjących chrześcijańskich „ikon”: starcem Zosimą. Owe żyjące „ikony” są „zieloną gałązką” Kościoła, twierdzi Mario Pomilio w Quinto evangelio – Piątej ewangelii: ożywiają ją, głoszą i czynią wiarygodną. W Lettere agli uomini di papa Celestino VI – Listach do ludzi Papieża Celestyna VI, Giovanni Papini potwierdza ideę, iż powołanie zakonne musi świadczyć zarówno o realności Chrystusa, jak i o możliwości życia zgodnie z Ewangelią.

„Porzuciliście świat – pisze papież do mnichów i braci – aby dać światu pokaz i przykład chrześcijańskiej doskonałości. Jeśli nie wszyscy mogą jej dokonać, niech będzie choć kilka rojów mistrzów, którzy pokazaliby, że nie jest dla człowieka niemożliwe słuchać wskazówek Człowieka-Boga. Zrezygnowaliście z cielesnych rozkoszy dla ekstazy duszy, porzuciliście dobra ziemskie dla skarbów nieba, pogardziliście zyskami z handlu dla wymiany z Bogiem, uwolniliście się od dominacji możnych, by zdobyć w regule posłuszeństwo, wolność następców Mesjasza”.

W jednej z ostatnich powieści Paolo Barbaro Diano a due – Dziennik we dwoje jawi się pewne powracające pytanie: jakie znaczenie ma lub powinno mieć życie zakonne? Odpowiedź wyniknąć będzie z wyboru bohaterki, młodej Siostry Adriany. Zrezygnuje ona w z życia w murach klasztoru, bezpieczna i chroniona regułami i tradycją, aby świadczyć miłość Pana w zakazanych dzielnicach miasta.

„Azyle zrozpaczonych, «nory» – wedle Ewangelii – najbardziej samotnych, upośledzonych na granicy człowieczeństwa: braterstwo z odrzuconymi, zagubionymi, «wyrzutkami» – oto inne określenie ewangeliczne. Miłość dla tych, którzy zdają się nie nadawać do kochania, bez żadnych możliwych odniesień do miłości nas samych: droga zakonnika przebiega tamtędy, winnica pisma dla nas nie jest niczym innym, jak jałowym polem gdzie pogrzebani żywcem oczekują na nas (…) I jeśli nie ma się dość siły, aby pogrzebać się w takim Zakładzie dla Umysłowo Chorych, można krążyć ulicami, jak pewne biedne kobiety zwolnione z domów wariatów, lub spędzać noce na czyszczeniu starców w śmierdzących salach przytułków”.

Można powiedzieć, że Siostra Adriana stała się więźniem wiersza O. Turolda, cytowanego wyżej Nie zamieszkujcie w klasztorach. Jednak najbardziej palącym świadczeniem, jakie zakonnicy powinni dać dotyczy, zdaniem wielu pisarzy i poetów, rzeczywistości oraz absolutu Boga, oraz jego miłości jaka dociera do nas poprzez Jezusa Chrystusa. W naszych czasach, napiętnowanych przez sekularyzm i materializm konieczne jest „natknąć się” na Boga Jezusa Chrystusa, który żyje w tych, co najbliżej za nim podążają. Dzisiejszy człowiek, aby na nowo odkryć wiarę, potrzebuje żywych znaków, Ewangelii ucieleśnionej w jego egzystencji. Rozum, z pewnością wartościuje i wzbogaca wiarę, ale jej nie daje, wręcz przeciwnie, łatwiej jej się opierać; kiedy natomiast spotykamy kogoś, kto postawił całe swoje życie na Chrystusa, siła takiego świadectwa czyni trudnym pozostawanie w otoczce własnego sceptycyzmu.

W Lettera a una suora – Liście do pewnej siostry (w tomie Scritti cristiani – Pisma chrześcijańskie, Mediolan 1979) M. Pomilio wspomina młodą zakonnicę, pielęgniarkę, spotkanie z którą oznaczało wielki zwrot w jego życiu. Pisarz, pomimo różnorakich trudności, opiekował się żoną w czasie jej choroby. „Na szczęście była tam ona, gotowa uśmiechać się do nas i dodawać nam otuchy”. Pytania nasuwają się jedno po drugim: dlaczego tak całkowite oddanie siebie innym? Skąd tyle siły ducha i tyle pokory’? Czemu tak duża różnica między jej zachowaniem a zachowaniem innych? Co ukrywa się w młodej zakonnicy? Przyszły pisarz „agnostyczny i bardzo mało zainteresowany zjawiskami zakonnymi” czuje, że jego „spokojny laicki wszechświat” nie wytrzymuje tej próby.

„Dotykalne odkrycie iż istnieją wybory podobne jej wyborowi, doświadczenia życiowe tak wyłączne i szokujące przeżywane z tak radosnym i czystym męstwem zmieniło radykalnie moje widzenie Chrześcijaństwa. (…) W krótkich słowach, dzięki niej wyszły na światło dzienne we mnie, jednocześnie moje głęboko ukryte «ja» i stanie się pisarzem”. Temu wydarzeniu życiowemu poświęcone są stronice na temat powołania zakonnego, jako świadectwa realności Boga, zawarte w dziele Pomilia II ąuinto ewangelio – Piąta ewangelia.

Osobiste doświadczenie Pomilia znalazło swe odbicie w dziełach poetyckich G. M. Hopkinsa, C. Rebora, P. Claudela; w sztukach D. Fabbriego, I. A. Chiusano i (w formie nieco surowej) u C. Malapartego; w dziełach powieściowych u J. Male- que (w jego głębokim Agostino Meridier), G. Cesbrona, L. Santucciego, R. Doniego, L. Radiego, M. de Saint-Pierra (w ostrych i polemizowanych I nuovi preti – Nowych księżach, Mediolan 1964). W tej powieści odnajdujemy zdanie Kard. Suharda, wyrażającego w plastycznej formie nasze rozważania na temat życia zakonnego, jako świadectwa: „Być świadkiem, znaczy uczynić się tajemnicą, żyć tak, by własne życie było niewytłumaczalne, gdyby Bóg nie istniał”.

Zakończenie

Z powyższych rozważań wynika jasno stosunek zachodzący między literaturą a życiem zakonnym. Zaniedbywać literaturę oznacza pozbawiać się wartościowego środka, zarówno pozwalającego w obrębie życia zakonnego na otwarcie horyzontów i odczuwanie piękna jak i na wyposażenie go w skuteczne narzędzia apostolskie. W tych ostatnich latach odnotowuje się wzrost zainteresowania sektorem literackim. Osobiście stwierdzamy żywotność zaangażowania i powagę zainteresowania, jakim cieszy się kurs Chrześcijaństwo i literatura w „Instytucie Nauk Religijnych” na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Należy sobie życzyć, by tego typu kursy prowadzone były dla wszystkich studentów i powierzone osobom kompetentnym, nie tylko w dziedzinie literatury, lecz również teologii.

 

Tłumaczenie: O. Kazimierz M. Lorek, B.

 

Notiziario CISM (Konferencja Wyższych Przełożonych we Włoszech), wrzesień-październik, Nr 290/1995, str. 638-654.