27 września 1660 zmarł św. Wincenty a Paulo

27 września 1660, o godzinie 4:45, w swoim pokoju w Maison St. Lazare w Paryżu zmarł w wieku osiemdziesięciu lat Monsieur Vincent de Paul, kapłan, założyciel i pierwszy Przełożony Generalny Zgromadzenia Księży Misji. Dzisiaj mija dokładnie 350 lat od tego wydarzenia. Zobaczmy jak historycy opisali ten dzień…

 
Pierre Coste tak opisuje ostatnie chwile życia św. Wincentego a Paulo: "W Paryżu, kwadrans przed czwartą rano, w swoim pokoju, w swoim krześle przy kominku, bez wysiłku czy konwulsji zmarł Monsieur Vincent. A jego twarz, jego osiemdziesięcioletnia twarz, natychmiast stała się piękna, każdy był zaskoczony. Mimo, że od początku roku Monsieur Vincent nie opuszczał swojego pokoju, aż do 14 września był stale zajęty sprawami, zawsze z tą samą jasnością. Ale 14-tego, jego nogi zaczęły niedomagać, wrzody na nich urosły do rozmiaru palca i krwawiły. Potem, od 19-go, wyczerpany cierpieniem, pozbawiony przez wiele nocy snu, poczciwy starzec zapadł w śpiączkę, z której z przerwami wychodził. 26 września, o wpół do szóstej wieczorem, przyjął ostatnie sakramenty.

Następnie, samodzielnie podjął zauważalną próbę odmówienia "Confiteor". Od tego czasu Monsiur Vincent miał siłe do krókich wypowiedzi, co jakiś czas, jedno słowo, jedna sylaba. A Monsieur Gicquel, który około drugiej nad ranem 27-go, z gorliwością w dobrej intencji ale także przedwcześnie zasugerował, nie wahania, pobożne inwokacje, święty Założyciel, który od 18-tu lat dwa razy dziennie przygotowuje się na śmierć, odpowiedział "Dość…" powórzył, aczkolwiek ostatni raz, "Jezu" zanim opanowały go agonalne drgawki. I tak, bez pamiętnych słów, "wyraźnie i prosto" zmarł Monsieur Vincent, uniesiony przez pięćdziesiąt lat całkowitego poświęcenia się służbie totalnemy Miłosierdziu" (SV III, s. 445-455)

Monsieur Gicquel,  który był obecny w chwili śmierci Wincentego pisze w swoim pamiętniku: "około czwartej jego twarza w pokryła się błyszczącą i miła pełnią. Wydawąło się, że jego twarz płonie. Potem, chwilę później jego twarz stała się biała jak śnieg. Doświadczając bliskości śmierci powtarzał słowa "Deus in adiutorium… etc." Powtarzał te słowa nigdy nie zamykając ust a jedynie ruszając nimi. Deus in adiutorium… etc. Obecni powiedzieli "Jezus" a on powtarzał je, znowu ruszając wargami. Ataki nasiliły się i około czwartej trzydzieści rozpoczął ostatnią walkę, która trwała przez kolejne piętnaście minut. Nie było konwulsji i łapania powietrza. Umarł oddając sie w ręce Pana. Umarł siedząc, bardzo majestycznie i wyglądał spokojnie i cicho jak nigdy."