Nie chcę, ale muszę. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

20101028c.png Ukazała się (czekamy na tłumaczenie w języku polskim) książka wywiad-rzeka, który z Ojcem Świętym Benedyktem XVI przeprowadził Peter Seewald. Lektura „obowiązkowa" dla każdego, kto chce sensownie rozmawiać o Kościele.
Niestety, wielu dziennikarzy książki jeszcze nie miało w rękach, a już w oparciu o jedno zdanie Papieża o prezerwatywach, naprodukowało wręcz niebywałą ilość bzdur.

Uczestniczący w prezentacji książki Peter Seewald
stwierdził, że rozgłos, jaki nadano kontrowersjom wokół prezerwatywy,
świadczy o kryzysie współczesnego dziennikarstwa.

W tej książce podjęliśmy szereg istotnych kwestii, bardzo ważnych dla
współczesnego, rozpadającego się świata. A dziś pół ludzkości dyskutuje
jedynie o prezerwatywie. Nie wydaje się wam to śmieszne czy wręcz
upokarzające?

– pytał kolegów po fachu Seewald.

No cóż! jest to śmieszne i upokarzające. Ale zanim
książkę dokładnie przeczytam, trzeba – skoro taki szum się zrobił –
odnieść się do dziennikarskich „rewelacji", że oto Benedykt XVI pozwolił
na prezerwatywę. Tymczasem Papież powiedział coś, co nie jest nowe w
nauczaniu Kościoła:

Mogą istnieć uzasadnione pojedyncze przypadki, kiedy na przykład
jakaś prostytutka zabezpiecza się, i to może być pierwszy krok w
kierunku postawy moralnej, pierwszy akt odpowiedzialności….

Nie chodzi tu o to, że prezerwatywa jest dozwolona, ale o to, że w sytuacji grzechu można
być bezwzględnym w krzywdzeniu ludzi (np. zarażaniu chorobą AIDS), albo
można starać się minimalizować skutki swego złego postępowania.

Pamiętam jak swego czasu niejaki Alberto Stella, wysokiej rangi urzędnik ONZ, stwierdził:

Gdyby nie podsycana przez instytucje kościelne demonizacja
prezerwatyw i gdyby używano ich w czasie każdego stosunku, zapewniam, że
chorobę udałoby się w tym regionie [Ameryce Łacińskiej] powstrzymać.

Taki pogląd to pomieszanie z poplątaniem. Pan Stella
zdaje się mniemać, że oto jakiś rozpustnik używa sobie tu i ówdzie od
dyskotek poczynając a na miejskich szaletach kończąc, ale jako że jest
katolikiem, to uprawia rozpustę bez odpowiedniego zabezpieczenia się,
czyli bez prezerwatywy. Wyobraźmy sobie mężczyznę, który przypadkowo
spotkanej pani proponuje niezobowiązujący seks. Pani się zgadza, a więc
oboje jadą do mieszkania mężczyzny. I tu mężczyzna oznajmia, że jest
katolikiem, a więc prezerwatywy nie założy, bo Kościół tego zabrania.
Skutek jest taki, że zaraża się od partnerki chorobą AIDS. Prawda, że
absurdalne?!

Kościół nie naucza, że rozpusta bez prezerwatywy jest mniejszym grzechem niż rozpusta z prezerwatywą. Wręcz przeciwnie! Kościół nie mówi młodym, aby bez względu na okoliczności nie używali prezerwatyw, ale wzywa ich do wstrzemięźliwości seksualnej
do czasu zawarcia opartego na wierności małżeństwa. A jeśli ktoś już
decyduje się na grzech (np. na seks z przypadkową osobą), to w tym
grzechu zachowuje się bardziej odpowiedzialnie, jeśli próbuje zmniejszyć
ryzyko zakażenia się chorobą.

Kościół zachęca do życia moralnego, a nie do zarażania innych
chorobami poprzez rozpustny seks bez zabezpieczeń. I o tym właśnie mówił
Benedykt XVI. Jest to proste i logiczne, ale ludzie pokroju Alberto Stelli nie mogą tego pojąć albo cynicznie kłamią próbując zaatakować Kościół katolicki.

A do najnowszej książki Benedykta XVI, „Światło świata", trzeba będzie koniecznie wrócić…

Za: www.wpolityce.pl