Pijarzy – Kwartalnik eSPe: W habicie czy bez…

Jest takie stare powiedzenie, że „habit nie czyni mnicha". Ma nam przypominać, że strój nie świadczy o wartości człowieka. Niby prawda, ale nie do końca. Dlatego chciałbym, abyśmy się nieco głębiej temu przyjrzeli. 

 
Tożsamość z metką

Chyba nikt się nie będzie ze mną spierał, że w naszych „mocno nowoczesnych" czasach, wielki nacisk kładzie się na wygląd zewnętrzny. Wystarczy prześledzić nieco reklamy w telewizji. Wszyscy młodzi, piękni. Jedzą najsmaczniejsze rzeczy, a w dodatku jak są ubrani! Czego jak czego, ale zdrowia i ubrań można im pozazdrościć. Już nie mówię o produktach żywnościowych czy zawsze polecanych przez lekarzy tabletkach czy też pastach do zębów. Kup, a będziesz wyglądał tak jak ja… i dzięki temu będziesz szczęśliwy! Pytanie brzmi: czy aby na pewno?


Faktem jest że, obecnie liczy się marka tego, co nosimy, i to od butów po czapkę. Już dzieci w szkole walczą o posiadanie rzeczy takich, jakie noszą ich koledzy. A jeśli nie wygrają tej walki, to czują się gorsze, niekiedy zawstydzone. W skrajnych przypadkach uważają się za odrzucone lub wręcz pogardzane. Jak osoby drugiej kategorii. Tak, jakby ubranie rzeczywiście miało świadczyć o ich wartości jako ludzi. Wiemy, że nie jest tak, ale czy jednak nie ma tu jakiejś dobrej intuicji?

Przesunięcie wartości

W tym momencie wkraczamy w niezwykle ważną i istotną kwestię tworzenia, kształtowania tożsamości człowieka. Wiemy, że osoba dojrzała to taka, która swoją wartość widzi w sobie samej, a nie w ubraniach czy pełnionej funkcji. Innymi słowy, moja wartość nie leży w tym, że mam takie czy inne spodnie, takie czy inne wykształcenie. Jestem ważny, bo jestem. Bo Pan Bóg mnie kocha. Kłopot w tym, że obecny świat uczy człowieka, by ten dostrzegał wartość w tym, co na zewnątrz. Liczę się, bo mam dobry samochód, ubrania, stanowisko, itd. I my, całe społeczeństwo – jeśli nie jesteśmy krytyczni – to właśnie tak myślimy, odczuwamy i postępujemy. Być może i czujemy się z tym dobrze, ale czy jesteśmy dojrzalsi? Być może, że inni nas oficjalnie „szanują", podziwiają, czegoś nam zazdroszczą, ale czy dzięki temu my tak naprawdę kochamy siebie, akceptujemy siebie? Bo jeśli wartość moją mierzę marką ubrania lub samochodu, oznacza to, że siebie wcale nie kocham jako człowieka, a cały szacunek do własnej osoby opieram na tym, że coś tam „osiągnąłem".

Wróćmy jeszcze do procesu tworzenia się naszej tożsamości. To kim jesteśmy i jak siebie postrzegamy, budujemy od dzieciństwa. Najpierw przez zabawy, marzenia o tym, kim chcemy być, naśladowanie różnych osób. Potem, kiedy jesteśmy starsi podpatrując, naśladując różnych idoli, przyjaciół, kolegów. Wpływ na proces tworzenia tożsamości mają też i nasze osobiste preferencje, predyspozycje, zdolności, zainteresowania. Wreszcie, około 25. roku życia (najpóźniej wtedy – tak twierdzi E.H. Erikson) powinno nastąpić „zamknięcie" tożsamości. Czyli powinienem już dobrze wiedzieć kim jestem, jaki jestem, czego chcę, itd. Jeżeli od dziecka zderzamy się z poglądem, że to, co posiadam i jak wyglądam jest najważniejsze, to istnieje wysokie niebezpieczeństwo, że będę zgodnie z tym, co mi wszczepiono, czuł, mówił i postępował. Czyli zacznę być nieco „ograniczony", gdyż nie ja będę ważny, ale to co mam i jak się prezentuję. A gdzie wartość tego, co mam w sobie? Co się stanie, kiedy ciuchy mi się zniszczą, albo nastanie kryzys i nie będzie mnie stać na markowe rzeczy? Co ze mną będzie, jak stracę stanowisko i samochód? Nie chcę być złym prorokiem, ale jeśli na tym będziesz budować, to czeka cię załamanie, depresja, utrata sensu życia… i to w najlepszym, optymistycznym wypadku.

"Markowy" habit

Ale miało być o stroju zakonnym. Właśnie. To, co wyżej napisałem, jest ściśle związane z habitem i przysłowiem o czynieniu mnichem. Jeżeli w naszych czasach aż tak bardzo kładzie się nacisk na ubiór, markę i na tej bazie tworzy się, buduje tożsamość, to wniosek jest jeden: habit, sutanna, strój zakonny jest niezwykle ważny. Ważny, bo nie oznacza jedynie świadectwa życia i wiary, ale ważny bo mówi, kim jest ten, kto go nosi. Ponadto, jeśli strój mówi o pozycji społecznej, to habit – jako że do modnych nie należy – wskazuje na fakt, iż ten ktoś kieruje się w życiu jakimiś innymi wartościami, niż te powszechnie uznane.

Ale to nie wszystko. Habit stanowi jeden z elementów życia zakonnego. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, iż wprost integralną jego część. Jeśli go noszę, przypominam sobie kim jestem. A więc, podobnie jak i we współczesnym świecie, wpływa on na formowanie tożsamości: nie osoby jako takiej, ale tożsamości osoby duchownej. Oczywiście, jeśli zakonnik wie kim jest, ma jasność swego posłannictwa, to czy nosi habit czy nie, teoretycznie nie powinno to dużo zmieniać. Ale takie myślenie może być złudne i wymaga szczególnej, w tym przypadku, ostrożności. Najpierw winniśmy sprawdzić czy ta osoba ma swą, ludzką tożsamość. Niektórzy jej nie mają: nie wiedzą kim są i po co żyją. Habit stanowi więc kolejny „markowy ciuch" wyrażający postawę: "Jestem ważny, bo mam habit". Więcej, przy pomocy habitu więcej załatwię. Chociażby szybciej zatrzymam samochód podczas jazdy autostopem. A zatem, kiedy nie dostrzegam w sobie wartości, to habit zasklepia mi dziurę, pomaga realizować moje ambicje… Gdybym go nie miał, byłbym „nikim"… Więcej, u osób niedojrzałych strój zakonny powoduje „usztywnienie", większą kontrolę: to wolno, a to już nie wypada. Przestają być „normalnymi" ludźmi, bo przecież noszą habit! Może na początku daje dumę, radość. Jednak te uczucia, jeśli osoba została „zakonnikiem dla habitu", szybko się zmieniają w niechęć, wstyd, zażenowanie, itd.

Tymczasem dla osoby dojrzałej habit ma inne znaczenie. Dojrzała osoba duchowna wie, że habit nie ją umacnia, ale dzięki niemu świadczy, mówi innym, że piękne ciuchy to tylko element zewnętrzny. Jeśli żyję w przekonaniu, iż mam wartość, bo jestem człowiekiem, jestem dzieckiem Boga, to nie ubranie się liczy, ale Bóg, Jego miłość i ja tą miłością napełniony. Habit zatem jest ważny, ale nie po to, aby dawał pewność siebie.

A co pod marką?

Na tworzenie tożsamości osoby zakonnej wpływa nie tylko habit. To, kim naprawdę jestem, kształtuje cała moja formacja. Najśmieszniejsze jest to, że są osoby, które twierdzą po latach, że formacji nie otrzymały. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że polega ona na tym, że to ja siebie formuję, to pojawiają się pytania: A zatem, co przez te lata robiłem? Na czym budowałem moje życie? Kim – jeśli zrzucę maskę – jestem? Prócz formacji, na tożsamość oddziałuje prawodawstwo założyciela: Reguła, Konstytucje, itp. Zawarte w nich treści winny przeniknąć osobę duchowną. Stać się jej cząstką. Prowadzić do otwartości, do miłości, do pełnienia charyzmatu danego zgromadzenia.
Oczywiście, te elementy nie wypełniają wszystkiego, co jest związane z tożsamością. Ale wystarczą, aby pokazać, że prawdziwa dyskusja nie dotyczy kwestii: nosić czy go nie nosić, lecz prowokuje pytanie o tożsamość. Można być niedojrzałym i ostro walczyć o noszenie habitu tylko dlatego, że z niego czerpie się poczucie bycia kimś. Można zgodzic sie na dojrzewanie i przenieść ten habit do swojego serca.

Na zakończenie chciałbym dodać, że ci którzy myślą o zakonie, o życiu duchownym, mogą nadal śnić o habicie. Ale niech równocześnie zaczną odkrywać swoją podstawową wartość w tym, że Bóg ich kocha i w tym, co im dał. W przeciwnym wypadku ryzykują szukania pewności i miłości w zakonie i stroju. A to za mało…

o. Roman Hinc OFMCap

 
Artykuł pochodzi z najnowszego kwartalnika eSPE 91 (04/2010) – www.espe.pl