Rozmowa z nowym generałem zakonu dominikanów Bruno Cadoré OP

Jeśli chcemy, by słowo, które Bóg kieruje do świata, zostało usłyszane, trzeba próbować żyć nim tak, jak czynił to Syn Boży. Nie ma innej drogi, bez względu na nasze słabości i wady.

 
Gratulujemy, Bruno! Tobie i prowincji francuskiej. I pierwsze pytanie: Czy mógłbyś opisać drogę, która doprowadziła Cię do zakonu?

Mam 56 lat. Do zakonu wstąpiłem w Strasburgu. Wcześniej ukończyłem studia medyczne. Można powiedzieć, że to one doprowadziły mnie do Strasburga, gdyż przybyłem tam, by pracować w szpitalu. Któregoś dnia wziąłem do ręki książkę telefoniczną, by sprawdzić, czy w tym mieście jest klasztor dominikanów.

Dlaczego właśnie dominikanów?

Nie wiem. W każdym razie znalazłem adres i poszedłem pomodlić się do kościoła przy naszym klasztorze. Siedziałem tam długo. Było to przepiękne doświadczenie. Zobaczyłem modlących się razem braci. Wyglądali na szczęśliwych i radosnych. Zacząłem tam częściej przychodzić. Bardzo lubiłem słuchać kazań – były takie swobodne, lekkie.

W tym czasie pracowałem w szpitalu dziecięcym, zajmowałem się pacjentami chorymi na raka. Pewnego dnia kolega powiedział mi, że zna zakonnika zainteresowanego spotkaniem z młodym lekarzem, który miałby doświadczenie obcowania ze śmiercią. Więc spotkałem się z nim. Okazało się, że był to dominikanin z klasztoru, do którego chodziłem na msze. Dzięki niemu trochę lepiej poznałem, czym jest zakon. Wyobrażam sobie, że podobnie było i jest w przypadku wielu braci: człowiek napotyka na swej drodze, trochę przez przypadek, miejsce, wspólnotę, a potem następuje coś w rodzaju dopasowania.

Dlaczego zdecydowałeś się na pracę z dziećmi chorymi na raka?

Studia medyczne zacząłem w bardzo młodym wieku, miałem zaledwie 17 lat. Od zawsze marzyłem o tym, by zostać lekarzem. A troska o zdrowie dzieci to troska o życie, które jest najdelikatniejsze, a jednocześnie najsilniejsze. W tamtym czasie, a minęło już ponad 30 lat, choroby takie jak rak czy białaczka oznaczały praktycznie śmierć. To było niezwykłe doświadczenie, próba zrozumienia, w jaki sposób medycyna się rozwija, by umożliwić ratowanie odchodzącego życia w momencie, gdy jest ono silne i pełne obietnic, a zarazem kruche i skrajnie zagrożone.

Czy jako dziecko otrzymałeś w swojej rodzinie religijne wychowanie, czy też sam szukałeś drogi do wiary i zakonu?

Choć pochodzę z rodziny katolickiej, nie mogę powiedzieć, by moi najbliżsi bardzo wyraźnie i czynnie praktykowali czy uczestniczyli w życiu Kościoła. Niemniej jednak wiarę przekazano mi w domu, zostałem posłany na naukę katechizmu, rodzice zadbali o to, abym przyjął sakramenty. Gdy byłem na pierwszym roku medycyny, pewnego dnia po powrocie z uczelni powiedziałem rodzicom, że życie zakonne byłoby dla mnie dobrą drogą.

Uważnie wysłuchali mnie, po czym ojciec powiedział, że moje pragnienie jest dobre i godne uszanowania. Natychmiast jednak dodał, że mam dopiero 17 lat, że zacząłem studia i że radzi mi, bym z nich nie rezygnował. Z drugiej strony zapewniał, że możemy wrócić do tematu, gdy tylko zechcę. Posłuchałem go. W tym czasie nie byłem w żaden szczególny sposób zaangażowany w Kościele. Chodziłem na msze i w zasadzie na tym koniec. Nigdy nie poznałem duszpasterstwa akademickiego. Po raz pierwszy usłyszałem o nim, gdy wstępowałem do nowicjatu.

A w zakonie, czym się zajmowałeś? Jakie były Twoje zadania?

Mam bardzo dobre wspomnienia z nowicjatu. Ten rok w Strasburgu był rokiem błogosławionym. Odkryłem wtedy Pismo Święte. Zazwyczaj znamy Biblię tylko na tyle, na ile słyszymy jej fragmenty w kościele. Natomiast czytanie jej i poświęcanie temu swego czasu to dla mnie nadzwyczajne wspomnienie.

Zaraz po ukończeniu nowicjatu musiałem odbyć służbę zastępczą w wojsku jako młody lekarz. Prowincjał zdecydował, że pojadę na dwa lata na Haiti. I było to dla mnie – zarówno jako dla osoby wierzącej, jak i dla przyszłego kaznodziei – niezwykłe doświadczenie. Zrozumiałem, co znaczy przymierze Boga z ubogimi. Czytałem o tym w Biblii, ale nigdy wcześniej nie spotkałem biedaków mówiących, że Bóg jest z nimi. Można to sobie w ich imieniu powtarzać. Ale usłyszeć od nich samych, że są ubodzy, że żyją pod jarzmem straszliwej dyktatury, a mimo to wierzą, że Bóg jest po ich stronie, i dzięki Niemu są w stanie znieść w życiu wszystko, cokolwiek ich spotyka, to wyjątkowe odkrycie.

(…)
Teraz zostałeś generałem zakonu. Co czułeś, gdy wypowiadałeś słowa: „Accepta, Deus adiuvet"?

Niezwykle ważne jest, by rozumieć to, czego oczekują od nas bracia. Wtedy osiągamy największą wolność. Nie dlatego że są braćmi, ale dlatego że staramy się zrozumieć, jak mamy razem pracować dla wspólnego celu, mając to samo posłannictwo głoszenia Ewangelii. Gdy powiedziałem: „accepto", ten właśnie wymiar był decydujący. Towarzyszyło temu również poczucie czegoś potężnego, może nawet zbyt wielkiego. Czuję, że jestem wobec tego zadania mały, choć pewnie przekraczałoby ono każdego z nas.

Od wyboru minęło zaledwie kilka dni, a otrzymałem już wiele listów i słów wsparcia. To dodaje mi sił i jednocześnie bardzo wzrusza. Bracia chcą, bym kochał zakon i jego misję, bym służył w zakonie razem z nimi. Tak rozumiem wewnętrznie ich życzenia.

Jako generał chciałbym przyjrzeć się braciom i siostrom, zobaczyć z bliska, w jaki sposób towarzyszą ludziom, jak wiążą swoje życie z ich życiem, na ile noszą ich radości, smutki, nadzieje, ich poszukiwanie prawdy i mądrości. Chciałbym ujrzeć, jak się troszczą o to, by bliskość Słowa Bożego uczynić zrozumiałą dla ludzi, wśród których pracują. Mam wrażenie, że właśnie to jest zadaniem generała zakonu.

Papież Paweł VI mówił, że Kościół jest dialogiem. Nie jest więc tak, że Kościół nie ma nic do powiedzenia i powinien jedynie słuchać ludzi. Kościół staje się sobą, gdy zaczyna prowadzić z ludźmi dialog. Wtedy bowiem objawia się Słowo Boże. Zadaniem zakonu jest służba temu dialogowi. Tak postrzegam naszą misję.


rozmawiali Wojciech Prus OP i Grzegorz Chrzanowski OP, tłumaczyła Katarzyna Kubaszczyk

Całość rozmowy z generałem dominikanów
o. Bruno Cadore można przeczytać
w październikowym numerze miesięcznika „W drodze"