Salezjanie: Byłem na Haiti i widziałem

Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus! Jakiś czas temu wysłałem do was list, a już uzbierało się dość dużo interesujących tematów, więc postanowiłem podzielić się nimi w kolejnym liście. Kiedyś pisałem, że co kwartał uczestniczę w zjeździe przełożonych wspólnot salezjańskich, które odbywają się w domu inspektorialnym na Dominikanie. I tym razem, wybraliśmy się z trzema współbraćmi na takie spotkanie. Ponieważ samolot linii kubańskich kursuje tylko dwa razy w tygodniu, wybraliśmy się kilka dni wcześniej przed zjazdem.

 
Samolot w dość podeszłym wielu i zdaje się "Tupolew", naszych rosyjskich braci. Podczas lotu oparcie siedzenia podpierałem rękoma, bo co chwilę rozkładało się i można było wywinąć kozła. W sumie jednak sprawował się dzielnie i na szczęście dolecieliśmy prawie planowo. Pozostało kilka dni do rozpoczęcia zjazdu, więc razem ze współbratem (Hiszpanem, a zarazem delegatem inspektorialnym na Kubę), postanowiliśmy złożyć wizytę współbraciom salezjanom na Haiti. Bez problemu udało się kupić bilet autobusowy do stolicy Haiti – Porto Principe. Po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do granicy. I gdyby nie to, że kazano nam wysiąść i iść do biura paszportowego, to pomyślałbym, że to jakieś skromne magazyny rozrzucone w szczerym polu. Dookoła panuje istny harmider, mnóstwo samochodów ciężarowych, ludzi przekrzykujących się nawzajem i biegających to w jedną, to w drugą stronę, przewożących różnego rodzaju towary na wózkach, taczkach lub po prostu przenoszących na głowie. Obok sprzedawcy ze swymi skromnie skonstruowanymi straganami, lub sprzedającymi towar prosto z taczek. Po załatwieniu formalności i przybiciu pieczątek w paszportach, wyruszamy dalej, przekraczając granicę. I tu niespodzianka szosa, a raczej to, co po niej pozostało ponieważ była cała zalana. Tylko co jakiś czas wyłaniały się kawałki ziemi dające orientację, którędy jechać. Droga wiedzie wzdłuż wielkiego jeziora, a po drugiej stronie zbocza gór. Okazało się, że droga w większości zniszczona przez niedawne trzęsienie ziemi, a resztę dopełniło jezioro, które podniosło swe wody o prawie jeden metr, skutecznie zalewając wolne przestrzenie. Co jakiś czas kierowca musiał przystawać, aby ominąć głazy tarasujące przejazd, a czasem nawet wysiadał, by niektóre usunąć. Pomagali mu w tym pasażerowie i tak pomału zbliżyliśmy się do stolicy. Co jakiś czas po jednej i drugiej stronie zaczynały pojawiać się duże pola namiotowe, oznaczające, że do celu naszej drogi już było blisko. W kałużach mętnej wody zauważyliśmy bawiące się dzieci. Zapytałem swojego współpasażera, dlaczego dzieci nie są w szkole? Odpowiedział mi, że większość z nich wogóle nie chodzi do szkoły.

Po jakimś czasie znaleźliśmy się w dwumilionowej stolicy Haiti. Taksówkarz zawiózł nas do domu inspektorialnego. Dom ten nie ucierpiał zbyt wiele podczas ostatniego trzęsienia ziemi. Po przywitaniu się z ks. Inspektorem i toalecie, ruszyliśmy z wikariuszem inspektora, aby zobaczyć nasze salezjańskie domy w stolicy (są 4 wspólnoty). Wyjechaliśmy na ulicę przeciskając się przez tłum ludzi po obu stronach, sprzedających swe towary. Większość tych towarów pochodzi z darów, które napłynęły z różnych krajów świata. Rozglądając się po zrujnowanych budynkach nie widać żadnych sklepów. Prawie wszystkie budynki zniszczone. Zajechaliśmy do jednej ze wspólnot salezjańskich. Tu zauważyliśmy ogrom zniszczenia: popękane budynki, zawalone sufity. Odwiedziliśmy jeszcze inną wspólnotę, gdzie mieści się zespół szkół mechanicznych. Tu sytuacja jeszcze gorsza. Widzieliśmy stosy gruzów, zniszczone auta. Ksiądz dyrektor tej wspólnoty oprowadził nas po terenie szkoły. Na chwilę zatrzymaliśmy się przed ogromnym zawaliskiem, a po chwili milczenia usłyszeliśmy słowa: "Tu mieścił się budynek wykładowy, gdzie zginęło 300 uczniów i dwóch naszych współbraci. Jeszcze teraz słyszę głos uczniów krzyczących i proszących o pomoc. Zatrzęsło jeszcze raz, tym razem mocniej, nie dało się nikogo uratować. Siła natury była silniejsza od człowieka." W ciszy modliłem się za tych wszystkich ludzi. Boże przyjmij ich do swojej światłości i okaż im swoje miłosierdzie.

Następnie udaliśmy się pod katedrę. Kompletnie zniszczona i chyba nie da sie ją odbudować. Tak samo z budynkami, gdzie urzędował prezydent i rząd. Z nastaniem późnego wieczora wróciliśmy do domu inspektorialnego. Podczas jazdy widzieliśmy ludzi, którzy ciąż błąkają się po ulicach. Na skrzyżowaniach pojawiły się samochody Organizacji Narodów Zjednoczonych, które patrolują ulice. Nasz przewodnik powiedział, że teraz w nocy jest niebezpiecznie. Kradzieże, napady, rozboje, morderstwa. Trzeba bardzo uważać. Dojechaliśmy do domu inspektorialnego na spoczynek, który poprzedziła mała kolacja i toaleta. Gdy sie położyłem wydawało mi się, że słyszę tych krzyczących pod gruzami, proszących o pomoc. Za oknem gwar, śpiewy aż do 4,00 nad ranem. Potem cisza, która pomogła mi zasnąć, jednak nie da długo, gdyż znów obudził mnie gwar. Wyglądając przez okono zauważyłem, że ludzie znów wychodzą ze swymi towarami, rozstawiają swoje stragany. Znów zaczyna się kolejny dzień walki o przetrwanie. Przed południem rozpoczęliśmy drogę powrotną, która nie była już tak zaskakująca. Wróciliśmy do stolicy Dominikany: Santo Domingo.

Rozpoczęły sie dni obrad. Po skończonych kilkudniowych obradach wróciliśmy na Kubę, a z niespodzianką: nie mogliśmy wylądować w stolicy Hawanie, gdyż huragan, o dość dużej sile, zwany „Paula" na to nie pozwalał. Wylądowaliśmy na innym lotnisku, ok. 300 km od stolicy w miasteczku Cayo Largo, aby przeczekać huragan. Po 2 godzinach odlecieliśmy do Hawany. Po drodze oczywiście mieliśmy dość silne turbulencje. Za moimi plecami jakaś kobieta zaczęła krzyczeć, w drugim miejscu, inna zaczęła się modlić. Przyłączyłem się do jej modlitwy i ja, ale w ciszy. Po wylądowaniu na chwilę całe lotnisko utonęło w mroku z powodu braku prądu. Z wielkim opóźnieniem dotarliśmy do domu. Po drodze widzieliśmy dużo powalonych drzew, zerwanych dachów, ułamanych balkonów. Po powrocie rozpocząłem sprawdzanie naszego budynku. Winda nie działa, spalił się motor (znów trzeba szukać funduszy na naprawę), w jednej z sal wyrwane okno, w innej nie działa klimatyzacja i znów trzeba wszystko naprawiać. Nic to, uczymy się życia od nowa.

To na tyle, trochę się rozpisałem. Kończąc pozdrawiam moich współbraci salezjanów, cała rodzinę salezjańską i tych wszystkich, z którymi moje drogi się skrzyżowały.

Wraz z modlitewną pamięcią
Ks. Andrzej Borowiec

Za: www.pila.salezjanie.pl