Słowo Generała Sercanów z okazju urodzin Założyciela

Obchodzić urodziny cenionego człowieka to uznać, że jego życie jest darem Boga dla nas. 14 marca, dzień narodzin O. Dehona, zasługuje na to, by był obchodzony z dziękczynieniem i z modlitwą o nowe powołania, zakonne i świeckie, które dalej mogą nieść charyzmat, jaki nas łączy. Data ta jest również okazją, by lepiej poznać bogatą osobowość i głębokie doświadczenie wiary naszego Założyciela.

 
W tym roku zapraszamy całą Rodzinę Sercańską do ponownego zapoznania się z fundamentalnym aspektem charyzmatu dehoniańskiego przy pomocy wywiadu, przygotowanego na naszą prośbę przez ks. Stefana Tertünte (GE), któremu serdecznie za to dziękujemy. Gdy idzie o temat, pragniemy przypomnieć to, co O. Dehon napisał w roku 1910: „Boża Opatrzność prowadziła mnie do zajęcia się wieloma dziedzinami, ale przede wszystkim dwie z nich wycisną szczególne piętno: działalność socjalna oraz życie miłości, wynagrodzenia i immolacji względem Najświętszego Serca Jezusowego. Moje książki, przetłumaczone na wiele języków, pozwalają wszędzie dotrzeć tym dwu nurtom, które wypływają z Serca Jezusowego. Deo gratias!" (NQT XXV/1910,33).

Także i my wypowiadamy dzisiaj Deo gratias! za narodziny O. Dehona, za jego powołanie i posłannictwo. Dziękujemy Panu za łaskę bycia uczniami takiego mistrza i pasterza, „który zawsze troszczył się o obecność wśród ludzi swoich czasów, zwłaszcza najbiedniejszych, a więc tych, którzy są pozbawieni środków, sensu życia, nadziei" (Konst. 52).

Dziękujemy również za Kościół, który wciąż proponuje nowe formy swego posłannictwa, jak to miało miejsce 40 lat temu na Synodzie Biskupów z 1971 r.: „Działanie dla sprawiedliwości i uczestniczenie w przemianie świata jawią się nam wyraźnie jako konstytutywny wymiar przepowiadania Ewangelii" (Sprawiedliwość w świecie, 6).

Przewielebny Ojcze Dehonie, niedługo będziemy obchodzić 168 rocznicę urodzin Ojca. Mogłoby to stanowić okazję, aby z pewnym dystansem rozważyć niektóre problemy, które w swoim czasie leżały na sercu Ojcu, jako Złożycielowi.

Drogi współbracie! Mój wiek nie pozwala mi na bardzo długie wywiady, zechciej więc łaskawie ograniczyć się do niektórych problemów centralnych.

Zaczynamy od bardzo prostego pytania: dla Ojca, jako założyciela zgromadzenia, który rok był najtrudniejszym?

Wiesz, jako założyciel zgromadzenia zakonnego, stawałem naturalnie ciągle wobec problemów: stała walka o utrzymanie niezależności Zgromadzenia w stosunku do diecezji, problemy finansowe towarzyszyły mi aż do końca mego życia, zatwierdzenie ze strony Rzymu było niesłychanie trudne, jakość nowych współbraci pozostawiała często wiele do życzenia. Są to wszystko problemy, które przynależą do życia młodego Zgromadzenia – i myślę, że rozwiązaliśmy je w całości dobrze. Niestety niezgodności co do kierownictwa i co do tego, jakim miało być Zgromadzenie, stały się przyczyną rozczarowania i miały swe konsekwencje. W tym sensie dla mnie, jako założyciela, rok 1897 był najtrudniejszym.

Ale rok 1897 był także rokiem wielkim dla Ojca! Wygłoszone w Rzymie konferencje dotyczące chrześcijańskiej wizji społeczeństwa, które odbiły się echem nawet we Francji; zaangażowanie Ojca na rzecz Demokracji Chrześcijańskiej i zaakceptowania przez katolików francuskich republiki poprzez kongresy, artykuły i liczne spotkania z przedstawicielami katolicyzmu francuskiego; wybranie Ojca do krajowej rady Demokracji Chrześcijańskiej na kongresie w Lionie; wydanie książek Ojca Nos Congrès oraz Les Directions pontificales…

Tak, to wszystko jest prawdą. Ale ksiądz pytał o rok trudny dla mnie jako założyciela zgromadzenia. Jasne, że można powiedzieć, iż 1897 był dla mnie rokiem bardzo bogatym w sukcesy. Faktycznie znalazłem się w moim żywiole. Moim pragnieniem, jako założyciela, było, aby Zgromadzenie uczestniczyło i zaangażowało się bardziej intensywnie w aktualne wyzwania dotyczące płaszczyzny socjalnej i społeczeństwa, w całokształcie jego problemów. Duszpasterstwo robotników skupione wokół ks. Charcosset należało do naszych pierwszych działań, a Ks. Rasset przez wiele lat zajmował się młodymi robotnikami w St. Quintin. W roku 1891 skierowałem nawet list do papieża Leona XIII i poinformowałem go o projekcie, jaki żywiło nasze Zgromadzenie, by formować przede wszystkim współbraci wyznaczonych do specyficznego apostolatu w wielkich fabrykach i w dzielnicach robotniczych, a formacja ta miałaby być kontynuowana zarówno na uniwersytecie, jak i we fabryce w Val-des-Bois.

Jeszcze w 1895 r. w czasie rozmowy z papieżem mówiłem mu o nas, jako o Zgromadzeniu, które za swój priorytet uznawało działalność na polu socjalnym, apostolat wśród robotników i Misje. Tymczasem nie później niż w 1897 r. przyszło mi skonstatować, że większość współbraci nie podzielała takiego ukierunkowania, a może nawet nie mogła go podzielać.

Sprzeciwy wobec Ojca jako przełożonego generalnego istniały już wcześniej, jak na przykład na początku lat 90-tych.

To prawda. Już na kapitule generalnej z 1893 r. niektórzy współbracia zabiegali o to, by mnie nie wybrać ponownie na przełożonego generalnego. Zarzucano mi nieudolne rządzenie Zgromadzeniem. Niewiele brakowało, by to zamierzenie zostało zrealizowane, ale napięcia wewnątrz Zgromadzenia pozostały. W 1897 r. doszło do powtórnej próby rozbicia, które znów się nie udało. Tym razem jednak okazało się rzeczą jasną, że nie chodziło o moją zdolność rządzenia. Była to walka o profil naszego Zgromadzenia, można by powiedzieć, że szło również o nasz charyzmat.

Ma Ojciec na myśli list Ks. Blancala i pozostałych pięciu współbraci?

Dokładnie. W rzeczy samej był to bardziej manifest niż list. W gruncie rzeczy było to pismo bardzo uczciwe, w którym ostro ukazano problemy. Według autorów w grę wchodziło pytanie co do prawdziwego powołania naszego Zgromadzenia. Wstąpili oni do wspólnoty, która, ich zdaniem, poświęcała się przede wszystkim osobistemu uświęceniu poprzez nabożeństwo do Najśw. Serca, rozumiane w sensie wynagrodzenia wobec Miłości Bożej za niezliczone niewdzięczności, przede wszystkim ze strony kapłanów i zakonników.

W tym co dotyczy apostolatu miejsce uprzywilejowane dawało się wieczystej adoracji eucharystycznej, misjom parafialnym i rekolekcjom. Wszystko pozostałe było, według ich słów, czymś drugorzędnym i można było to opuścić. Oni uznawali, że ja zdradziłem to powołanie poprzez szybki rozrost Zgromadzenia, poprzez ekspansję do dalekich krajów i zaangażowanie w aktualne problemy socjalne. Logicznie więc domagali się separacji.

Ale, mimo wszystko, również i ta próba rozbicia nie powiodła się. Dosyć szybko niektórzy z sygnatariuszy prosili o wybaczenie. W końcu to Ojciec zwyciężył, nieprawdaż?

Tu nie chodzi o zwycięstwo czy o przegraną. Chodziło raczej o zdefiniowanie w jaki specyficzny sposób nasze Zgromadzenie winno służyć Kościołowi i światu. W pierwszych latach po założeniu Zgromadzenia prawdopodobnie byłbym dał bezwarunkową aprobatę ujęciu naszego powołania, jakie przedstawili Ks. Blancal i inni współbracia. Myślę jednak, że w tamtym czasie nie mieliśmy jeszcze zrozumienia, czego Bóg chciał od Zgromadzenia i co chciał poprzez nie osiągnąć.

Czy po liście ks. Blancal stało się bardziej jasnym to, co Ojciec uważał za charyzmat Zgromadzenia?

Po tym liście uświadomiłem sobie, że wspomniani i wielu innych współbraci nie zrozumieli mojej drogi i nie zamierzali nią pójść jako drogą Zgromadzenia. A droga ta ma swoje motywy, które wyrastają z głębokich korzeni duchowości, doświadczenia wiary – to jest dla mnie dzisiaj bardziej jasne niż wówczas. Według mnie zaangażowanie w politykę, zaangażowanie na rzecz sprawiedliwości społecznej, chęć promowania kapłanów poświęcających się światu pracy, nie były tylko dodatkami, które można było podjąć lub nie, nie naruszając istoty naszego powołania.
Być może jednak, że wielu współbraci uważało, że to zaangażowanie socjalne i polityczne, stanowiło, żeby tak powiedzieć, osobistą pasję Ojca, ale nie coś specyficznego dla Zgromadzenia?
List ks. Blancal ukazuje, że współbracia doskonale zrozumieli, iż to zaangażowanie powinno by charakteryzować również i nasze Zgromadzenie. Po roku 1897 milczałem na ten temat. Dopiero w 1912 r., trzydzieści pięć lat od założenia Zgromadzenia, napisałem do wszystkich współbraci list, żeby tak powiedzieć mój testament duchowy, gdzie jeden raz więcej jasno przedstawiłem, iż leżały mi na sercu szczególnie dwa rodzaju apostolstwa: prowadzić ludzi do Miłości Serca Jezusowego i zabiegać o bardziej sprawiedliwą społeczność, zwłaszcza gdy idzie o robotników i najmniejszych. Do jakiego stopnia te dwie rzeczy stanowiły cząstkę mnie samego i jak dalece były one nierozdzielne, mogłem to sformułować jedynie w późniejszym okresie mego życia, jakkolwiek żyłem nimi już w latach 90-tych, które znamionowały moją dużą aktywność. Wielu współbraci jednak zapomina o jednym małym słówku w tych zdaniach.

O jakie słowo chodzi? Słowo „i".

Wielu współbraci jest pobożnych i bardzo aktywnych w duszpasterstwie, niektórzy na przeciągu naszej historii oddawali się z wielkim poświęceniem służbie biednym i uciśnionym, bardzo nieliczni poświęcili się pogłębianiu w sposób kompetentny doktryny socjalnej, odkrywaniu dróg i analizie naszych społeczeństw. Często współbracia oddają się jednemu lub drugiemu apostolatowi. Według mnie winny one iść razem.

Wielu ludzi, także i współbraci, mogłoby również i dzisiaj zapytać, co wspólnego z pobożnością ma zaangażowanie socjalne?

Moje osobiste przekonanie i moje doświadczenie podpowiadały mi zawsze, że Miłość Chrystusa pragnie przemienić cały świat, zarówno ten mały świat prywatności, jak i rzeczywistość socjalną w sensie szerokim. Z pewnością byłoby prościej ograniczyć się do duszpasterstwa parafialnego i do misji krajowych. Byłoby znacznie prostszą rzeczą powiedzieć: społeczeństwo obrało błędną drogę – my w tym nie uczestniczymy. Czy jednak w ten sposób pozostalibyśmy wierni oczekiwaniom i dynamice Chrystusa? Myślę, że nie.

Przez długi czas obstawał Ojciec za społeczeństwem rządzonym przez chrześcijańskiego monarchę, jak tego wymagały objawienia Małgorzaty Marii Alacoque.

Ja sam przez długi czas marzyłem o rzeczach, które już należały do przeszłości, z nostalgią myślałem o dobrych starych czasach, w których chrześcijaństwo warunkowało każdą dziedzinę życia socjalnego. Tak, myśl ta również i dzisiaj fascynuje mnie nieco. I przez długi czas stałem u boku katolików, którzy byli zaangażowani w sprawę powrotu społeczeństwa przeszłości. Wtedy nazywano ich kontrrewolucjonistami. Chrystus jednak żył czasem obecnym, kochał go, zmieniał i poprawiał. W roku 1900 na kongresie w Bourges skierowałem do kapłanów pytanie: czy miłowaliśmy wystarczająco dzisiejszą społeczność, czy też z dąsami odeszliśmy od niej? Pytanie pozostaje otwarte aż do dnia dzisiejszego.

Wydaje się, że ciągu życia przeszedł Ojciec znaczącą ewolucję.

Dokładnie tak. Krótko mówiąc, jako student i młody kapłan byłem gorącym zwolennikiem monarchii. Byłoby to jednak bardzo kosztowne, co z biegiem czasu stało mi się jasne. Nie ma bowiem znaczenia czy jakiś kraj rządzony jest przez króla, przez prezydenta czy parlament. Sprawą ważną jest jednak, czy sprawiedliwość i solidarność zapewniają wszystkim ludziom godne życie. Naród francuski chciał republiki – moim zadaniem było walczyć o republikę, która zachowałaby w możliwie najwyższym stopniu charakter chrześcijański i w której Kościół byłby uznany za sprzymierzeńca ubogich, zwłaszcza robotników, oraz rzecznikiem ich nadziei na sprawiedliwość.

Jeśli dobrze zrozumiałem, zapłacił Ojciec wysoką cenę za to zaangażowanie: opuścili Ojca przyjaciele, współbracia nie zrozumieli…

Jako młody student czy młody kapłan nawet bym sobie nie próbował wyobrazić, że pewnego dnia będę krytykowany czy odrzucony przez biskupa jako „niepoprawny republikanin". Faktycznie abbés démocrates (Lemir, Naudet, Six), ja sam i inni nie byliśmy dobrze widziani w wielu częściach katolickiego świata Francji. Również kontakty z takimi ludźmi jak La Tour du Pin, którego byłem przyjacielem, zawężały się coraz bardziej, ponieważ pozostawał on na pozycjach monarchistycznych i nie zamierzał zbrukać sobie rąk w nowej społeczności. Kiedy dziś odczytuję to, co w latach 90-tych napisałem w artykułach, w przemówieniach, listach czy książkach, jestem sam zaskoczony z zaistniałej u mnie ewolucji i z jasności moich pozycji. Ale powtarzam: Chrystus nie zamknął się nigdy w getcie socjalnym na znak oburzenia – musiałby wówczas z miejsca zrezygnować z wcielenia. Stanął u boku ludzi prostych, pogardzanych i marginalizowanych. Starałem się robić to samo.

Poprzez swoje zdecydowane „tak" dla republiki francuskiej, poprzez swoją sympatię dla Demokracji Chrześcijańskiej, nie zatracił Ojciec jednak w rzeczy samej ducha Paray-le-Monial i Małgorzaty Marii Alacoque?

Orędzie z Paray-le-Monial było od początku orędziem bardzo politycznym. W swoim liście do króla Francji Małgorzata Maria Alacoque mówi bardzo jasno o nabożeństwie do Najświętszego Serca, które miało by być znaczące i skuteczne dla społeczeństwa. Nie ma tu żadnych śladów redukowania do sfery prywatnej, niemniej jednak Małgorzata Maria nie miała jeszcze pojęcia o społeczności, w której dojście do władzy i jej sprawowanie mogłyby funkcjonować w całkowitym oddzieleniu od Kościoła i w której królowie nie graliby już żadnej roli. Dla mnie stało się rzeczą całkiem jasną: tylko u boku ludu, tylko w republice chcianej przez lud, było rzeczą możliwą pozostać wiernym dla wagi i znaczenia nabożeństwa do Najświętszego Serca na płaszczyźnie socjalnej – jak o to zabiegała Małgorzata Maria Alacoque. Nie, z pewnością nie zdradziłem Małgorzaty Marii, może poszedłem krok dalej – ale: czy można było postąpić inaczej, skoro świat zrobił tyle kroków do przodu od czasów Małgorzaty Marii? Drodzy bracia i siostry w Rodzinie Sercańskiej! Jest rzeczą pewną, że świat nadal się zmienia. Podejmijmy i my nowe kroki, oddając się z Ojcem Dehonem na służbę społeczeństwu według Serca Chrystusa. Módlmy się o to i prośmy o modlitwę innych, byśmy wzrastali w wierności charyzmatowi dehoniańskiemu. Pan żniwa niech wzbudzi nowe powołania w naszych rodzinach i w naszych wspólnotach.

W jedności z Chrystusem
P. José Ornelas Carvalh, Przełożony generalny z Radą

Rzym, 25 lutego 2011

Tłumaczenie z języka włoskiego: Ks. Kazimierz Sławiński SCJ