Wyprzedzanie i zakłamywanie świąt. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

Rzym jest od co najmniej dwóch tygodni przystrojony świątecznie – wiadomo, zbliża się Natale. Tym słowem, pochodzącym od łacińskiego natalis (dzień urodzin) Włosi określają Boże Narodzenie. Na Uniwersytecie Gregoriańskim już po drugiej niedzieli Adwentu pojawiła się szopka (oczywiście bez Dzieciątka Jezus), przy której w ostatnim tygodniu przed świętami odbywa się kolędowanie. Różne grupy narodowościowe i kulturowe, studenci i profesorowie prezentują swe bożonarodzeniowe pieśni.

 
Na placu św. Piotra od dawna stoją duża choinka i szopka, co prawda ogrodzone wysokim płotem. We wtorek przed świętami wybieram się do ambasady polskiej przy Stolicy Apostolskiej na tzw. opłatek. Przedstawiciele różnych innych ambasad z całego świata będą mogli poznać polski zwyczaj łamania się opłatkiem, posłuchać polskich kolęd i spróbować polskich potraw wigilijnych.
 
Rozumiem sens takiego „wyprzedzania” Bożego Narodzenia. Sam w tym uczestniczę. Tym niemniej mam z tym pewien dylemat. To różnorakie antycypowanie świąt osłabia bowiem ich przeżywanie, kiedy już rzeczywiści nadejdą. No bo jak się człowiek jeszcze przed 24 grudnia napatrzy na bożonarodzeniowe ozdóbki, pośpiewa i posłucha kolęd, połamie opłatkiem na niejednej imprezie opłatkowej, to istnieje ryzyko, że mu się to wszystko przeje i w samo Boże Narodzenie nie będzie miał sił, by cieszyć się świąteczną symboliką. Najgorszą jednak tradycją, jaka narodziła się w ostatnich latach w Polsce, są tzw. imprezy opłatkowe organizowane przez firmy w piątkowe wieczory. Na forum www.jezuici.pl/rozmawiamy zetknąłem się z pytaniami internautów, którzy uczestniczyli w takich „opłatkach pracowniczych”, a potem mieli wyrzuty sumienia, że zgrzeszyli. Poszli do restauracji z dancingiem, popili ostro, potańczyli, i to jeszcze w piątek – rzeczywiście, sumienie może być niespokojne. Może by tak w tego rodzaju przypadkach nie używać słowa „opłatek”, ale mówić na przykład o „zimowych laickich popijawach integracyjnych”.
 
Z drugiej strony pojawił się inny problem. Pewna Włoszka mówiła mi z oburzeniem, że w przedszkolu, do którego chodzi jej syn, dyrektorka zarządziła, aby mówić z dziećmi o „święcie drzewka” i nie wspominać narodzin Pana Jezusa, bo tego wymaga tolerancja wobec niechrześcijan. Niestety, tego rodzaju idee zatruły umysły nie tylko ateistów i lewaków, ale także niektórych wierzących. W imię tolerancji chcą wyrzucać z przestrzeni publicznej wszelkie odniesienia do chrześcijaństwa. Tyle że w ten sposób nie zbuduje się społeczeństwa pluralistycznego, prawdziwie demokratycznego, ale jakąś wypraną z istotnych odniesień sztuczną społeczność, zmuszoną do oficjalnego zerwania ze swoją tradycją, a szczególnie z jej wymiarem religijnym.
 
Joseph Weiler, wierzący Żyd, który broni krzyża (sic!) we włoskiej szkole przed Trybunałem w Strasburgu, stwierdził ostatnio w wywiadzie dla „l’Osservatore Romano”, że prawo europejskie zapewnia wolność od i do religii, a jednocześnie równoważy ją wolnością poszczególnych państw do decydowania o swoim „dziedzictwie religijnym jako kolektywnej tożsamości narodu w odniesieniu do symboli, które są świadectwem tejże tożsamości”. A zatem np. Grecja ma prawo dbać o swą prawosławną tożsamość, w Izraelu świętuje się w szabat, a nie w niedzielę; kraje zaś muzułmańskie mają prawo do podtrzymywania tradycji islamskich. Oczywiście, mniejszości wyznaniowe powinny mieć prawo do kultywowania swoich tradycji, ale to nie znaczy, że mają prawo do szantażowania większości.
 
Ten, kto żyje w takim kraju jak Włochy, a nie jest chrześcijaninem, powinien uczyć się tolerancji i poszanowania dla katolickiej tożsamości tego kraju, a nie domagać się, by w przestrzeni publicznej udawano, iż Natale nie jest związane z Jezusem, który narodził się w Betlejem. Zresztą, mądry niewierzący, nawet jeśli nie wierzy, że Jezus jest Zbawicielem, to potrafi w Dzieciątku z Betlejem dostrzec ogólnoludzkie znaczenie i je świętować.