Bł. Michał Giedroyć, Kanonik Regularny od Pokuty

Z okazji beatyfikacji równoważnej i uroczystości dziękczynnych

Medytacja na 142 Zebraniu Plenarnym KWPZM, 14 maja 2019 r.

Dnia 07.11.2018 roku papież Franciszek upoważnił Kongregację Spraw Kanonizacyjnych do opublikowania dekretu o heroiczności cnót i potwierdzenia kultu od niepamiętnych czasów (tzw. beatyfikacja równoważna) Sługi Bożego Michała Giedroycia (1425-1485). Za niecały miesiąc, 08.06.2019 roku, w Krakowie, będą miały miejsce uroczystości dziękczynne za kanonizację bł. Michała Giedroycia.

Spoglądając na życie konsekrowane w Polsce można stwierdzić, że zapewne fakt ten w środowisku zakonnym przeszedł niemalże niezauważony, gdyż pewnie w wielu sercach pojawiło się pytanie: co taki zamierzchły błogosławiony, żyjący tak dawno, w nieistniejącym już zgromadzeniu, może powiedzieć osobom konsekrowanym dziś, ludziom żyjącym w zupełnie innych czasach i warunkach.

Nie zagłębiając się w dokładne fakty życiorysu, który można odnaleźć w różnych miejscach, ale spoglądając na to, co można z jego życia i świętości wyciągnąć dla życia konsekrowanego dziś, spróbujmy tego poranka spojrzeć na bł. Michała Giedroycia. Czego zatem uczy nas ten zakonnik z krakowskiego kościoła św. Marka, do którego przybył jako jeden z pierwszych owoców chrystianizacji Litwy?

  1. Potrzebne są w naszych klasztorach „dobre przyjaźnie”

Okres życia bł. Michała, to czas, kiedy Kraków przeżywa tzw. „szczęśliwy wiek” (XV wiek), a ten „szczęśliwy wiek” budowała grupa jakże różnorodnych przyjaciół, których spokojnie możemy nazwać „ludźmi Boga”. Były to m.in. osoby pokroju Jana Kantego, Szymona z Lipnicy, Stanisława Kazimierczyka czy Ładysława z Gielniowa, Świętosława Milczącego i Izajasza Bonera, którzy zostali uznani za świętych i błogosławionych lub zmarli w „opinii świętości”. Wszyscy oni byli przyjaciółmi bł. Michała i to oni wszyscy razem, bez względu na dzielące ich różnice: od uniwersyteckiego profesora po brata zakrystianina, nadawali ton przeżywaniu wiary w Krakowie w tym czasie, czyniąc to zarówno w aspekcie osobistym jak i wspólnototwórczym.

Dziś, kiedy w naszych klasztorach wielu współbraci ucieka bezpośrednio czy wirtualnie poza klasztorne mury: w internet czy środki społecznego przekazu, brylując nie zawsze rozsądnie w mediach społecznościowych i przed kamerami; popadają w aktywizm duszpasterski na zewnątrz, by coś się działo (akcja goni akcję) czy wreszcie idą w poza klasztorne przyjaźnie, co dobrze wiemy z doświadczeń naszych klasztorów i wspólnot często nie za dobrze się niestety kończy dla tych naszych współbraci, dlatego tym bardziej potrzeba tych wewnątrz klasztornych przyjaźni.

Zatem ten rys życia bł. Michała staje się dla osób konsekrowanych aktualny, zwłaszcza kiedy pośród zakonników pojawia się niezdrowy gen rywalizacji, owocujący m.in. zazdrością, wzajemnymi animozjami, ciągłym zabieganiem o znaczenie wśród ludzi, do których docieramy, dyskredytowaniem współbraci i naświetlaniem ich wad, aby tacy „wspaniali” w oczach innych nie byli czy wreszcie otwartych, medialnych, często niestety naznaczonych „złym słowem” i zwyczajnie niesmacznych po ludzku potyczek.

Bł. Michał pokazuje nam dziś, że dobre przyjaźnie, pośród osób konsekrowanych, stają się skuteczną drogą do Boga zarówno w rozwoju osobistym, jak i wspólnotowym, a dodatkowo – jak gdyby „przy okazji” – owocują dobrą i jednoczącą wszystkich posługą dla potrzebujących braci i sióstr. Pokazuje nam również dziś, że ewangelizujemy skutecznie nie w pojedynkę, ale we wspólnocie.

  1. Potrzebny osobisty kontakt z człowiekiem

Dziś widać coraz wyraźniej, choć może w Polsce jeszcze nie za bardzo przyjmujemy to do wiadomości, że masowe duszpasterstwo odchodzi do lamusa, bo nie da się skutecznie dotrzeć do masy ludzkiej, gdzie człowiek pozostaje anonimowy, nie zauważony, nie otoczony troską. Dziś widać bardzo wyraźnie, że potrzeba indywidualnego podejścia, bycia z człowiekiem „twarzą w twarz”, by móc rzeczywiście do niego dotrzeć i nawiązać z nim osobową relację, aby w ten sposób przyprowadzić go do Boga i tego Boga mu pokazać.

Bł. Michał mimo swoich codziennych obowiązków: troski o świątynię, w której był zakrystianinem i głębokiego życia modlitwy, nie uciekał od ludzi, ale miał z nimi żywy, osobisty kontakt i im skutecznie pomagał. Ludzie, którzy do niego masowo się garnęli, wyczuwali, że on ma im coś do przekazania, że mu na ludziach zależy, że nie są „owcami”, które się strzyże (jak np. zakonnicy menagerowie czy biznesmeni) lub można wobec nich celebrować swoją osobę (jak np. zakonnicy medialni celebryci), by mieć z nich korzyść, ale są „owcami” spotykającymi się z rzeczywistą troską i zainteresowaniem ze strony sługi Boga.

Bł. Michał, sam cierpiący i spotykający się często z odrzuceniem, ze względu na swoją niepełnosprawność (jedną nogę miał krótszą), w tym słuchaniu zwierzających się mu ludzi był cierpliwy, pełen dobra, miłosiernego spojrzenia Boga i wyzbywający się pochopnych ludzkich ocen ludzi i sytuacji. Dlatego otaczający go ludzie nie tylko chcieli przebywać w jego obecności, ale także przynosili do niego wszystkie swoje sprawy, prosząc o modlitwę i słowo, które da rzeczywistą pociechę, a nie będzie jedynie pustym słowem, które nic nie znaczy.

  1. Potrzeba bycia „szczęśliwym” w podjętym osobiście wyborze

Dzisiejszy świat, w którym żyjemy i którego prądy wdzierają się do naszych zakonnych klauzur, za spełnionego człowieka uważa tego, który coś znaczy w środowisku: ma ważną funkcję, wyrobił sobie odpowiednią pozycję, posiada dostęp do konta i pieniądze oraz potrafi ich używać, jednym słowem do czegoś doszedł w życiu, także i w tym życiu zakonnym, konsekrowanym.

Z drugiej strony ten otaczający nas świat pokazuje coraz wyraźniej, że jest to chwilowe powodzenie, bo taka „gwiazda” medialnego, zakonnego celebryty błyszczy jak „supernowa”, ale za chwile „traci blask”, gaśnie: gdy zrobi czy powie coś, co nie spodoba się innym a zwłaszcza „medialnemu tłumowi” i wtedy przestaje być „gwiazdą”, a taki zakonnik pozostaje sfrustrowany, zniszczony, zgaszony, jednym słowem – używając słów papieża Franciszka – skwaśniały jak ocet, który zatruwa nie tylko własne serce, ale i wykrzywia innym gębę.

Bł. Michał, pomimo studiów odbytych w Akademii Krakowskiej, w latach 1461-1465, gdzie uzyskał tytuł bakalarza, co wraz z pozycją społeczną (urodzeniem) uprawniało go do bycia kapłanem, wstępując do Zakonu świętego Augustyna Kanoników Regularnych od Pokuty Błogosławionych Męczenników Najświętszej Maryi Panny de Metro (tzw. Marki bo przy kościele św. Marka w Krakowie), świadomie zrezygnował z kapłaństwa, pozostając bratem zakonnym. I ten osobisty wybór uczynił go szczęśliwym, pomimo tego, że po ludzku nie zrobił kariery w zakonie, ale on chciał czegoś innego, co dawało mu szczęście: robił małe rzeczy w wielki sposób.

To własne szczęście powodowało, że bł. Michał doskonale wiedział i pokazywał całym swoim życiem, kto jemu samemu niesie to co najważniejsze i kto jedynie może dać nadzieję człowiekowi, zwłaszcza pogrążonemu w beznadziejności. Dlatego własnoręcznie wykonywał puszki do zanoszenia Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, z których korzystali kapłani. Wiedział bowiem, że osobie cierpiącej, zarówno na duszy, jak i na ciele, najbardziej potrzebna jest bliskość Chrystusa.

  1. Potrzeba być przyjacielem Boga, nie tylko dla Niego pracować

Generał mojej rodzinny zakonnej Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, o. Louis Lougen OMI, mówił nam o pewnym swoim doświadczeniu, kiedy jego własny ojciec pozwolił mu zrozumieć pewne rzeczy i z dystansem spojrzeć na to co robi i kim jest jako zakonnik. Gdy był misjonarzem w Bazylii, pochłoniętym całkowicie i bez reszty obowiązkami w ogromnej parafii, gdzie był proboszczem, na nic niemalże nie mając czasu, jego ojciec przysłał mu wycinek z gazety – taką komiksową historię. Na rysunku była widoczna w kościele mała dziewczynka ze swoją mamą, która pokazywała ręką w kierunku ołtarza, na odprawiającego Eucharystię księdza i zadawała swojej mamie proste pytanie: „Czy to jest przyjaciel Boga czy on tylko dla Niego pracuje?”.

Ci, którzy spotykali bł. Michała, rozpoznawali w nim prawdziwego „przyjaciela Boga”, a nie tylko tego kto dla Niego pracuje. To jednak było możliwe, bo bł. Michał Giedroyć był „plastycznym” w ręku Boga i swoich zakonnych przełożonych. Sam bowiem najpierw pokornie trwał w Bożej obecności, a mapą jego modlitwy były dwa miejsca, do dziś widoczne w kościele św. Marka w Krakowie: Chrystus Ukrzyżowany, gdzie miał m.in. usłyszeć słowa „Bądź cierpliwy aż do śmierci, a dam Ci koronę życia” i wizerunek Madonny, zwanej do dziś Giedroyciową.

Dlatego liczni ludzie prosili go o modlitwę wstawienniczą, która była skuteczna, bo On sam był blisko Boga, był Jego przyjacielem. Postawa bł. Michała pokazuje, jak w praktyczny sposób służyć Bogu obecnemu w kościele i w drugim człowieku, bo oba te aspekty w byciu „przyjacielem Boga” były dla niego ważne i istotne. Dlatego, kiedy kończyło się jego życie, które przeżył szczęśliwie po Bożemu i po ludzku, mówił swoim współbraciom: Chowajcie prawdziwą miłość, abyście w Bogu, który miłością jest, mieszkali”.

Modlitwa:

Prośmy bł. Michała Giedroycia, słowami modlitw – prośby o jego wstawiennictwo u Boga:

„Boże Ojcze Wszechmogący, Ty przez błogosławionego Michała Giedroycia uczysz nas pokornego trwania w Twojej obecności i spełniania rzeczy małych w wielki sposób. Za jego wstawiennictwem spraw, abyśmy zjednoczeni z Chrystusem w Eucharystii, jak Maryja pod krzyżem, służyli naszym siostrom i braciom z cierpliwą miłością.

Błogosławiony Michale, Sługo Pokorny, tyś całym swoim życiem świadczył żarliwie za Chrystusem-Słowem dającym życie wieczne. Racz wstawić się za nami u Boga, byśmy wprowadzając w nasze życie ducha ascezy i pokuty doskonalili przez to cnotę pokory, której sam byłeś wzorem, a która jest podstawą pełnienia woli Bożej w naszym życiu i w życiu naszych wspólnot”. Amen.