Honorackie pielgrzymowanie

Gorące słońce, cudowne widoki, świetne towarzystwo. Ujmujące konferencje, skoczne piosenki, przepiękne adoracje. Kanapki z pasztetem, dziesiątki przemaszerowanych kilometrów i setki pustych butelek po wodzie mineralnej. Tak! To właśnie Piesza Pielgrzymka Honoracka!

W tym roku nasze wędrowanie rozpoczęliśmy wraz z początkiem lipca. Większość osób stawiła się w Zakroczymiu już dzień wcześniej. W ten ostatni czerwcowy wieczór trwały zapisy uczestników i rozprowadzanie  honorackich koszulek. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem i w jednej chwili rozeszły się jak świeże bułeczki. Po zdobyciu wyprawki pielgrzyma (informator + koszulka) za pierwszy kurs obraliśmy szkołę w Zakroczymiu, gdzie mogliśmy spokojnie się rozpakować i napełnić nasze brzuchy. W Centrum Duchowości Honoratianum zapoznaliśmy się z życiorysem błogosławionego Honorata, bo przecież to właśnie on ma prowadzić nas przez te kilka dni do odkrywania Bożych tajemnic.

Motywem przewodnim tegorocznej pielgrzymki była przypowieść o synu marnotrawnym. Pierwszy dzień ruszył pod hasłem „Ojciec, który daje życie”. Mimo „piekielnego” upału, wszyscy dzielnie kroczyli wyznaczanym szlakiem przez przewodnika – br. Szymona  Janowskiego, który nieustannie przypominał o nawadnianiu organizmu i noszeniu nakrycia głowy. Takim sposobem tabun czapek, kapeluszy i chustek dotarł do miejsca pierwszego noclegu – Górek Kampinoskich, w których strudzonym pielgrzymom cudownie objawiły się pierwsze bąble i odciski. Warto dodać, że nawet wiecznie żółta kampinoska woda nikogo nie zniechęciła do zażycia choć odrobiny kąpieli. I całe szczęście, bo blisko setka ludzi po całym dniu maszerowania w pełnym słońcu wcale nie musi pachnieć fiołkami. Po krótkim uwielbieniu w tamtejszym kościele wieczór należał do wszystkich kochających piłkarskie emocje. Bo przecież kto powiedział, że na pielgrzymkę nie można zabrać telewizora? Wszyscy kibice z zapartym tchem oglądali finał Euro 2012. O niezbędne sprzęty RTV zadbali nasi brązowi bracia kapucyni, za co im serdecznie dziękujemy.

Drugi dzień – „syn marnotrawi swoje dziedzictwo”. Trzeba przyznać, że nie jest to łatwy temat. Szczególnie, jeśli jest rozważany pod kątem naszej własnej osoby. Swoimi refleksjami dzieliliśmy się w małych grupach, do których trafiliśmy przez wylosowanie „swojego szczęśliwego numerka”. Dużo łatwiej było nam rozważać Słowo Boże po posileniu się odwiecznym bigosem, który jak co roku przygotowali nam bracia z Niepokalanowa. Po Eucharystii przystąpiliśmy do jedzenia. Wszyscy pielgrzymi wzięli sobie do serca temat dnia, gdyż w przeciwieństwie do przypowieściowego syna marnotrawiącego swoje dziedzictwo, żaden pielgrzym nie zmarnował swojej porcji obiadowej. Posileni bigosem a przede wszystkich Chlebem Eucharystycznym ruszyliśmy do kolejnego celu – Baranowa. Bardziej doświadczone osoby, które bywały już na Honorackiej wiedziały, czego mogą się spodziewać po mieszkańcach tej miejscowości. Ich niesamowita gościnność nie była dla nich zaskoczeniem. W Baranowie nigdy nie jesteśmy skazani na pasztet, mielonki i kąpiel w misce. Życzliwość tamtejszych ludzi nie zna granic. Nie wypuszczą ze swojej miejscowości nikogo, kto by się u nich nie posilił i nie wykąpał.

Następnego dnia po porannej Eucharystii i śniadaniu znów czeka nas kilkugodzinne maszerowanie. Trzeci dzień z reguły jest najbardziej wymagający i tym razem nie było wyjątku. Dłuższa trasa i upał dawał się we znaki, a br. Krzysztof co chwila dowoził kolejne zgrzewki wody, które cała pielgrzymka pochłaniała niczym smok wawelski. Pan Bóg spojrzał jednak łaskawym okiem na swój wędrujący lud i zesłał deszcz, który pod koniec dnia przerodził się w wielką ulewę. Zmoknięci, zmęczeni, ale mimo wszystko radośni dotarliśmy do szkoły w Osuchowie. Każdy marzył o szybkiej kąpieli i odpoczynku. Jednak Osuchów przygotował dla nas niespodziankę – brak wody i brak prądu! Któż by nie był rozgoryczony i z lekka poirytowany? Ale nic pielgrzymom Honorata nie straszne. Są to ludzie z wyobraźnią więc skorzystali daru Bożego, jakim była deszczówka. Jak się okazało świetnie nadaje się do mycia twarzy, nóg a nawet naczyń (oczywiście w odpowiedniej kolejności). Dla chcącego nic trudnego! Wieczorem apel jasnogórski, wspólne śpiewy a potem upragniony, błogi sen…

Czwarty dzień pielgrzymki należał do „Ojca, który czeka i okazuje miłosierdzie”. I Pan Bóg faktycznie je okazał, bo tego dnia pogoda bardzo nam sprzyjała. Raz świeciło słońce, drugi raz orzeźwiał nas delikatny deszczyk, który sprawiał, że szło się łatwiej. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego droga się tak nie dłużyła i czas mijał szybciej. W oka mgnieniu dotarliśmy na postój obiadowy. Mimo, że pomidorowa w Wilkowie nie była „zupą błyskawiczną” rozeszła się właśnie w takim tempie. Ale nie myślcie sobie, że dni spędzaliśmy na samym wędrowaniu i jedzeniu. Nie. Dzień pielgrzyma to przede wszystkim modlitwa. Intencje, które nosiliśmy w swoich sercach powierzaliśmy Matce Bożej podczas codziennego różańca, godzinek czy Eucharystii. Wielbiliśmy Boga tańcem i śpiewem. W takiej też atmosferze dotarliśmy do miejsca kolejnego noclegu. Wieczór w Szczukach zapowiadał się bardzo obiecująco. Rozpoczęła go niesamowita adoracja, podczas której każdy mógł otrzymać osobiste błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem. Było to dużym przeżyciem dla każdego z nas. Wspominając o tym nie można pominąć naszej pielgrzymkowej scholi, która sprawiała, że podczas nabożeństw mieliśmy ciarki na całym ciele. Należą im się ogromne brawa nie tylko za trud, jaki włożyli we wszystkie przygotowania, ale także za piorunujące efekty ich pracy. Po wieczornych modlitwach soczyste czereśnie, kiełbasa z ogniska, wspólny taniec belgijski i brak wyznaczonej godziny ciszy nocnej – tego właśnie nam było trzeba.

Ostatniego dnia pielgrzymki, wedle panującej tradycji, wszyscy założyli swoje honorackie koszulki. O świcie ruszyliśmy na podbój Nowego Miasta. Przy akompaniamencie gitarowych dźwięków maszerowaliśmy wśród sadowniczych krajobrazów. Nasz kochany przewodnik surowo zakazał buszowania w tamtejszych sadach i podjadania owoców z pól. Nie było łatwo, bo na widok ogromnych, dojrzałych w słońcu czerwonych truskawek aż ślinka ciekła. Mimo to, nikt nie sięgnął po „zakazane owoce”. I opłacało się! Z czystym sumieniem mogliśmy przyjmować kobiałki pełne soczystych rarytasków, które dostawaliśmy od ludzi pracujących przy zbiorach. Pięknie pasował do tych sytuacji motyw przewodni dnia, brzmiący: „ojciec, który kocha”. W rozważaniach kolejnych fragmentów przypowieści o synu marnotrawnym pomagała nam jak zawsze postać Honorata. Każdego dnia poznawaliśmy nowe fakty z życia błogosławionego. Słońce grzało bezlitośnie a i droga na ostatnich odcinkach była bardzo ruchliwa. Musieliśmy zachować szczególną ostrożność zarówno w przypadku warunków pogodowych, jak i drogowych. Na szczęście pełni energii i entuzjazmu a  przede wszystkim bezpieczni przekroczyliśmy próg nowomiejskiego sanktuarium. Wielka radość! Po porządnej kąpieli i obiedzie jak jeden mąż stawiliśmy się na Mszy Świętej. W Nowym Mieście obecność Honorata odczuwa się bardziej, niż gdziekolwiek indziej. Są tam jego relikwie, pomnik, muzeum pełne pamiątek po błogosławionym, ale przede wszystkim panuje tam honoracki duch. Zakończeniem pielgrzymki był wspólny grill przy kapucyńskim ogrodzie. Bardzo dziękujemy wszystkim braciom z Nowego Miasta za tak ciepłe przyjęcie.

Piesza Pielgrzymka Honoracka to świetny sposób na spędzenie wakacyjnego czasu. Jest niesamowitą i niepowtarzalną przygodą. Osoby, które wybrały się na nią więcej niż jeden raz stale powtarzają, że każda z nich ma swój unikalny charakter i urok. To okazja nie tylko do poznania innych ludzi ale i samego siebie. Może wyruszysz z nami w przyszłym roku?

Karolina Niedzielska
Sekretariat ds. Informacji – Prowincja Warszawska

Za: www.kapucyni.pl.