Zakon nie jest marnowaniem życia

Zrzut ekranu 2015-02-27 o 23.05.00Kandydatka do zakonu spotyka się nieraz ze sprzeciwem rodziny, bo ich zdaniem zakon to zmarnowane życie – przyznaje ks. dr Andrzej Demitrów.

Wikariusz biskupi ds. życia konsekrowanego w diecezji opolskiej zwraca uwagę, że ludzka słabość i niegodność nie są dla Boga przeszkodą.

KAI: Liczba kandydatek do zakonów żeńskich maleje…

Ks. dr Andrzej Demitrów: Rzeczywiście. To zjawisko obecne jest nie tylko w diecezji opolskiej, ale w całym kraju. Mamy do czynienia z kryzysem, rozumianym jako załamanie się mentalnościowe i duchowe, w sprawie poświęcenia życia Panu Bogu. Dotyczy to zgromadzeń, które działają od wielu lat. Trudno generalnie oceniać samo zjawisko, bo zawsze uogólnienia są nieprawdziwe.

W pierwszych latach formacji odejścia nie są niczym niepokojącym, bo jest to czas rozeznawania. Niepokojącą tendencją jest opuszczanie zakonów przez osoby po ślubach wieczystych. Wiąże się to z bardzo osobiście przeżywanym charyzmatem lub brakiem tego przeżywania. Niestety, nierzadko do decyzji o odejściu przyczynia się cała wspólnota zakonna. Jeśli ktoś opuszcza zgromadzenie, to najczęściej przechodzi do stanu świeckiego, bywa, że przechodzi do innego zakonu. Jeśli rozpatrujemy drugi przypadek, wstąpienie do nowej wspólnoty, też nieraz kończy się rozczarowaniem, że ideału i tam brakuje, a osoba rezygnuje z życia zakonnego.

Dlaczego więc coraz mniej osób zgłasza się do zgromadzeń?
 
Radykalizm życia konsekrowanego idzie dokładnie pod prąd lansowanemu modelowi funkcjonowania kobiety. To prawda, że mamy prężnie działające grupy Dzieci Maryi lub inne grupy młodzieżowe. Jeśli jednak któraś z dziewcząt patrzy głębiej i myśli o życiu zakonnym, to już na początku spotyka się ze sprzeciwem rodziny. Wielu rodziców uważa, że zakon to zmarnowane życie, fanaberia. Niestety nawet wierzące rodziny reagują tak na budzące się powołanie młodej dziewczyny. To jest swoisty dramat.

Niezrozumienie pojawia się również wśród rówieśników. Łatwiej o wyrozumiałość w grupie związanej z parafią czy zakonem. Prawie zawsze reakcja jest szokiem. I dobrze, że tak jest, bo takie ma być życie konsekrowane. Ten pierwszy sprzeciw obnaża nasze przywiązanie do doczesności. Decyzja, która idzie pod prąd zwyczajnego realizowania powołania chrześcijańskiego w małżeństwie, budzi co najmniej refleksję, która może nawet objawić się w agresji. Np. mama mówi, że „miała inne plany co do córki”. Rodzice są bardziej skłonni zaakceptować powołanie syna do seminarium czy do zakonu. W przypadku dziewcząt – należy to do rzadkości.

A księża nie odradzają wstąpienie do zakonu?

Owszem, nieraz sami duchowni, niewystarczająco znając życie zakonne, odradzają taką formę życia, co również nie ułatwia podjęcia decyzji.

Jest jeszcze kwestia samych kandydatek. Decyzja o podjęciu drogi powołania rodzi się w procesie rozeznawania, które wymaga modlitwy i towarzyszenia, a przede wszystkim wytrwałości w pojawiających się trudnościach. Jest to szczególnie potrzebne, gdy pojawiają się myśli: „ja sobie nie poradzę”. Ktoś by powiedział, że to realizm, pokora, a okazuje się, że to częsty przejaw małoduszności. To, że sobie mogę nie poradzić, bywa, że jest nieliczeniem się z Bogiem. Jeśli traktuję Go na serio, to moje słabości i niegodność nie są dla Niego przeszkodą. Niestety akcent na ludzkie uwarunkowania jest współcześnie tak mocno podkreślany, że kandydatka często tylko na tym się koncentruje i rezygnuje z drogi powołania.

We wszystkich zakonach brakuje kandydatek?

Obserwujemy w niektórych zgromadzeniach czynnych regularny wzrost powołań. Zwłaszcza w tych, które są wierne swojemu charyzmatowi i są otwarte na osoby zastanawiające się nad życiem zakonnym. Ta otwartość przejawia się poprzez różne rekolekcje, dni skupienia, towarzyszenie w rozeznawaniu powołania. Dopuszczenie młodych do udziału w modlitwach, w zwykłym rytmie życia zakonnego poprzez takie „dni otwartych drzwi” owocuje powołaniami. Natomiast trudności przeżywane w zgromadzeniach odbijają się negatywnie na liczbie powołań.

Jaki jest profil kandydatki do zakonu? Świeżo upieczona maturzystka czy samodzielna, wykształcona, pracująca kobieta?

Zgłaszają się jeszcze maturzystki. Dziewczęta jednak coraz częściej odwlekają decyzję w czasie. Spowodowane jest to także tym, że nieraz w rozmowach wstępnych doradza się bardzo młodej osobie, aby była w kontakcie ze zgromadzeniem i wstąpiła dopiero po studiach.

Taka decyzja o wstąpieniu do zakonu po studiach jest nieraz bardziej dojrzała i samodzielna. Nie jest już ucieczką z domu rodzinnego. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że po kilku latach ta osoba nie zapuka do bram klasztoru. Odraczanie decyzji o wstąpieniu z jednej strony jest wynikiem położenia nacisku na dojrzałość kandydatki, a z drugiej może zaowocować trudnością, że taka samodzielna ukształtowana osoba będzie miała problemy z odnalezieniem się w strukturach, które normuje posłuszeństwo.

Ukształtowany charakter, asertywność, umiejętność wyrażania swojego zdania to przeszkoda do życia zakonnego?

Trzeba spojrzeć na posłuszeństwo w zakonie w świetle wiary. Dojrzała osoba nie będzie miała z tym wielkich trudności. Problem mogą mieć przełożeni. Św. Ignacy Loyola mówił, że podwładny ma widzieć w przełożonym samego Boga, który wyraża Swoją wolę, ale to nie oznacza, że nie można wyrażać swojego zdania czy rozmawiać. Sposób egzekwowania posłuszeństwa wymaga od przełożonych innej postawy. Nie wyniosłości ani apodyktyczności.

Jak same zakony mogą przeciwdziałać kryzysowi powołań?

Przede wszystkim się modlić i pozwolić, aby nas kształtowało słowo Boże. Wtedy inaczej patrzy się na człowieka. Formalne odmawianie modlitw nie rozwiąże problemu spadku powołań. Serce od formalizmu nie zostanie przemienione i grozi nam faryzeizm.

Oprócz modlitwy i słuchania słowa Bożego ważne są też relacje we wspólnocie, oparte o wzajemne przebaczenie i pojednanie. W klasztorach śpiewa się chorał: „Zgromadziła nas tu razem miłość Chrystusa”. Właśnie! Nie moje czy nasze upodobania, wybór, kwalifikacje, wygoda. „Strzeżmy się tego, co nas rozdziela, niech ustaną wszystkie gniewy i spory, a pośród nas niech będzie Chrystus” – To jest ustawienie wszystkiego we właściwych ramach.

Uśmiechnięta siostra zakonna to najlepsza wizytówka zgromadzenia?

Obecność osób konsekrowanych w zakrystiach, szkołach, szpitalach to ogromna szansa. Zgromadzenia prowadzą bardzo wiele dzieł, gdzie jest kontakt z rodzinami, dziećmi czy młodzieżą. Od tego nie wolno uciekać. Każdorazowe wyjście z domu będzie promocją życia zakonnego, jeśli nie będzie traktowane jako odrabianie pańszczyzny, ale posługa.

Czyli nie wyjście do świata z wojowniczą lub posępną miną, bo tam czyha samo zło?

Idzie się zawsze do ludzi. Nie na zasadzie prozelityzmu, z transparentem i krzykiem – nie ma takiej potrzeby. Trzeba przyjąć Chrystusa jako Światłość po to, aby On przeze mnie świecił. To nie ja siebie mogę podregulować, aby być bardziej fluorescencyjnym. Tu działa inna zasada. To Bóg mnie przemienia. Moja regulacja polega tylko na otwartości na Ducha Świętego. A sprawdzianem jest miłość wzajemna.

Dlaczego zatem odpowiedź na Boże wołanie jest taka trudna?

Mamy do czynienia z ogromnym hałasem. Dzisiejszy człowiek, zwłaszcza młody, jest bombardowany przez wrażenia zmysłowe, obrazy i dźwięki. Niektóre zawierają jakąś dobrą treść. Młoda osoba z trudem przedziera się przez ten gąszcz, aby odnaleźć ciszę. A Bóg działa w ciszy, nie przekrzykuje się z jazgotem. Jeżeli ktoś czuje impuls powołania, to powinien szukać wyciszenia. To, co mogą zaoferować osoby konsekrowane, to właśnie przestrzeń modlitwy i skupienia.

W jednej ze wspólnot, przyjeżdżające dziewczęta zaproponowały, że chciałyby spędzić jeden lub dwa dni w klasztorze. Najpierw była debata wśród sióstr, czy to aby nie wzburzy ich życia. Potem zdecydowały, że dziewczęta mogą urządzić się w pomieszczeniach przedszkola. Ich obecność nie tylko nie wzburzyła rytmu wspólnoty, ale była zaskoczeniem, że młode dziewczyny potrafią być takie wyciszone. A same siostry musiały się bardziej pilnować w zachowaniu ciszy.

W klasztorach powinny być też dyspozycyjne osoby do rozmów, ale nie tyle towarzyskich, tylko pogłębionych w wierze. Młodzi nie potrzebują tylko terapii czy samego wysłuchania, ale właśnie prowadzenia do Boga. Terapeutów jest sporo. Pomagają w nazwaniu po imieniu problemów, które przeżywa się w rodzinach. Jednak to jest tylko podstawa – parter lub piwnica domu. Dom ma jednak też pierwsze, a nawet drugie piętro. Podobnie nasze człowieczeństwo. Trzeba wznosić się ku Bogu.

Czy zatem kryzys powołań związany jest z kryzysem kierownictwa duchowego? Coraz trudniej znaleźć dyspozycyjnego kapłana, który chciałby towarzyszyć np. w rozeznawaniu powołania.

My wiele robimy. Pytanie tylko czy tego chce sam Pan Bóg? Rozwiązaniem tego problemu nie będzie dołożenie konferencji klerykom w seminarium. Tylko ten, kto sam doświadczył towarzyszenia – będzie towarzyszył innym. W samym kapłanie musi być pasja, aby zgłębiać zagadnienia z dziedziny duchowości, kierownictwa, etc. Ważne jest też, aby dbać o swoje życie wewnętrzne. Nie przekaże się innym tego, czego się samemu nie ma. Miałem to szczęście poznać osobę, która towarzyszyła mi jako kierownik duchowy w moim kapłaństwie.

Za: www.deon.pl.