Pożegnania: ks. Jerzy Klima SCJ (1940-2016)

ks. Jerzy Klima SCJW wieku 76 lat zmarł w szpitalu w Bełchatowie ks. Jerzy Klima SCJ. Niemal 20 lat związał się ze wspólnotą bełchatowską.

W niedzielę Dobrego Pasterza jeszcze spowiadał jak zawsze w kościele podczas Mszy św., a na drugi dzień znalazł się nieoczekiwanie w szpitalu. Niedługo po tym otrzymaliśmy z kurii komunikat z prośbą o modlitwę w jego intencji. Odszedł 18 czerwca br.

Przypomniałem sobie nasze ostatnie spotkanie w Stadnikach w czasie pogrzebu śp. ks. Władysława Stasika w ubiegłym roku. Przed bramą cmentarza, czekając na kondukt żałobny, poprosiłem go o zdjęcie. A że znany był z poczucia humoru zażartował, że pewnie przyda się do nekrologu. – Mam nadzieję, że nie tak szybko – odpowiedziałem, dodając, że życie jest pełne niespodzianek i nie wiadomo, kto kolejny tutaj zawita.

To zdjęcie towarzyszy teraz temu wspomnieniu. A będę pamiętał ks. Jerzego zawsze jak najlepiej, choć nasze drogi nie spotkały się ani co do wspólnej placówki ani też pracy. Widzieliśmy się z okazji różnych uroczystości, zjazdów, pogrzebów, na które starał się zawsze przyjeżdżać. Czasem widzieliśmy się w ulubionym miejscu jego odpoczynku, w domu przy Gimnazjalnej w Zakopanem. Przyjeżdżał pod Tatry co roku jeszcze w czasie istnienia starego domu. Jeden z ostatnich pobytów zapamiętał ks. Zdzisław Kozioł.
– Dwa lata temu byliśmy razem w Dolinie Chochołowskiej. Był dobrym towarzyszem wędrówek po tatrzańskich dolinach, jako osoba pełna humoru. W pewnym momencie zobaczył drabinę opartą o chałupę, co skomentował: patrz jakie ranczo.

Ponad miesiąc temu ks. Kozioł odwiedził go w Bełchatowie, gdzie mieszkał prawie 20 lat. Był także w tej wspólnocie w latach 2002-2008 przełożonym.

– Wstąpiłem do Bełchatowa jadąc do Gdańska na jubileusz 25-lecia sakry biskupiej abp Głodzia, który zaprosił byłych kleryków wojskowych. Jurek między innymi wspominał, że w tym roku wybiera się do Polski z Indonezji jego dalszy krewny ksiądz Henclok. Utrzymywali ze sobą kontakt, bo w ogóle Jurek był bardzo rodzinny. Tę cechę wyniósł z domu w Bieruniu Nowym, gdzie urodził się w dniu wspomnienia świętego Mikołaja w 1940 roku. Na pewno miał wiele cech swego Patrona, bo był bardzo uczynny i radosny – podkreśla ks. Kozioł. Zwraca też uwagę na fakt, że lubił porządek, a w pokoju wszystko było położone na swoim miejscu.

Pochodził z parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Bieruniu Nowym. Powołań stąd do sercanów było w sumie trzy. Oprócz ks. Klimy i ks. Hencloka, do Zgromadzenia wstąpił także ks. Augustyn Nagy. Pierwszą profesję ks. Jerzy złożył razem ze swym kuzynem Henclokiem i Walerianem Swobodą 29 września 1959 r. w Pliszczynie. Był to pierwszy rocznik, jaki składał swe śluby zakonne w nowej siedzibie nowicjatu, a zarazem rocznik przeprowadzki nowicjatu z Mszanie Dolnej.

Święcenia kapłańskie przyjął jednak nieco później, ponieważ poszedł jeszcze na jakiś czas pracować w kopalni.

– Jak poszedł do kopalni, sztygar widząc takiego chuderlaka powiedział mu: Chopok, ty się stąd szybko wynieść, bo nie będzie z ciebie pożytku. Wytrzymał dwa lata – wspomina ks. Kazimierz Sławiński.
Po tym okresie wrócił do sercanów przekonany, że kapłaństwo to jego właściwa droga i przyjął je w Krakowie czerwca 1968 z rąk bpa Juliana Groblickiego razem z księżmi: Józefem Gawłem i Władysławem Majkowskim.
– Jurek był bardzo wrażliwy, a zarazem dusza towarzystwa. Potrafił bawić, opowiadać ciekawie o ludziach i zdarzeniach. Zauważał takie szczegóły, które myśmy nie dostrzegali. Jednocześnie opowiadając o kimś, starał się by nikogo nie urazić – wspomina ks. Józef Gaweł. –
Miał w sobie delikatność sumienia i dar naśladowania innych. Zrywaliśmy boki gdy naśladował księdza Franciszka Nagyego i ojca Floriana, karmelitę, który głosił nam odnowienia. Umiał bawić, ale nigdy nie wyśmiewał – podkreśla ks. Sławiński.
Na wrodzoną delikatność, wrażliwość i poczucie humoru ks. Jerzego zwraca uwagę również ks. Zbigniew Bogacz.

– Miał również inne ładne cechy, mianowicie lubił komuś usłużyć, pomoc w jakieś sprawie i nigdy nie mówił źle o innych. Do dziś mam kartki z życzeniami, jakie od niego otrzymywałem na imieniny – dodaje ks. Bogacz, który w roku 2002 mianował go na urząd przełożonego w dużej wspólnocie w Bełchatowie.
– Chciałbym podkreślić jego troskę o byłego prowincjała księdza Kundę, który mieszkał w Bełchatowie w czasie, gdy ksiądz Jerzy był przełożonym. Często brał go na różne uroczystości w prowincji. Był troskliwy o osoby starsze – zauważa ks. Sławiński.

W Bełchatowie spędził ostatnie niemal 20 lat. Po skończonym w 2008 r. przełożeństwie, w miarę możliwości włączał się w pomoc duszpasterską w kościele, a najwięcej spowiadał.

– Ludzie z tutejszej parafii cenili go sobie jako spowiednika, a my jako spokojnego i życzliwego współbrata. Dużo czasu spędzał w konfesjonale. Także w niedzielę Dobrego Pasterza spowiadał podczas Mszy świętych, ale po południu niespodziewanie źle się poczuł – relacjonuje ks. Mirosław Dziuba.
Przez jakiś czas był opiekunem Róż Różańcowych, które na wieść o jego pobycie w szpitalu, codziennie po Mszy św. modliły się w intencji swego duchowego Zelatora.

– We wspólnocie był bardzo radosny i lubiany, ponieważ miał poczucie humoru sytuacyjnego i jak nieraz coś skomentował, to było dużo śmiechu. Nie słyszałem z jego strony żadnej krytyki innych. Wychodził z założenia, że jeśli powiedzieć coś o kimś, to tylko dobrze – podkreśla ks. Zenon Siedlarz, obecny przełożony bełchatowskiego domu.

Podobnie o swym najbliższym koledze wypowiada się ks. Walerian Swoboda. Razem rozpoczęli nowicjat w Pliszczynie po przeniesieniu z Mszany Dolnej.

– To trochę paradoks, bo wstąpiliśmy razem do zgromadzenia, a nigdy jako księża nie mieszkaliśmy pod jednym dachem. Nawet nie byłem na jego prymicjach, bo pracowałem wtedy w Laskach – wspomina ks. Swoboda, dodając , że Jurek uchodził w nowicjacie za bardzo gorliwego i pobożnego. Zwraca też uwagę, że ks. Klima nigdy nie miał wrogów, był niekonfliktowy, łagodził trudne chwile humorem. Był też dobrym towarzyszem wędrówek.

– Mimo, że byłem jego bliskim kolegą, to muszę przyznać, że nie za wiele znam szczegółów z jego życia rodzinnego, bo nie rozmawialiśmy o tym. Była to typowa górnicza rodzina wielopokoleniowa. Może dlatego wybrał technikum górnicze i w pewnym sensie ciągnęło go do pracy w kopalni. Poszedł wydobywać węgiel z ziemi w czasie seminarium, ale na szczęście wrócił do sercanów – mówi ks. Swoboda, dodając, że ich drogi pod koniec seminarium rozeszły się i nigdy nie spotkali się w jednej wspólnocie. Po święceniach ks. Klima pracował duszpastersko w parafii w Dobczycach, w Staniątkach, był wikarym w Gołębiu, Krakowie, Stadnikach i jakiś czas pomagał w biurze dobroczyńców.
Patrzę jeszcze raz na zdjęcie, jakie mu zrobiłem ponad pół roku temu. Za sylwetką ks. Jerzego widać drogę prowadzącą na stadnicki cmentarz. Już sam nią nie przejdzie. …. poniosą trumnę z jego ciałem jego współbracia. A potem staną przy mogile, by pożegnać go modlitwą, ostatnią pieśnią Salve Regina i sercańskim zawołaniem – In te Cor Jesu…

Ks. Andrzej Sawulski SCJ

Za: www.sercanie.pl.