Zmarł o. Iwo Kołodziejczyk OCist

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że dnia 12 kwietnia 2013 roku, zasnął w Panu o. Iwo Stanisław Kołodziejczyk, cysters mogilski.

Termin pogrzebu zostanie podany w najbliższym czasie.

W naszych modlitwach polecajmy jego duszę Miłosierdziu Bożemu.


O trudnych czasach, małych radościach i wielkich odpustach mogilskich opowiada o. Iwo Kołodziejczyk OCist

Jest Ojciec jednym z najstarszych mnichów w klasztorze. Minęło już ponad pięćdziesiąt lat, od kiedy przekroczył Ojciec furtę z zamiarem zostania cystersem. Jak to się stało, że wstąpił Ojciec właśnie do Opactwa Mogilskiego?

Nigdy nie myślałem poważnie o życiu w klasztorze u cystersów. Od czasu do czasu wśród myśli pojawiała się i ta o kapłaństwie zakonnym, ale omijała ona cystersów Mogiłę. Po ukończeniu Gimnazjum Spółdzielczego, po tak zwanej „małej maturze” przy końcu sierpnia 1949 roku udałem się do o. Augustyna Ciesielskiego – prefekta religii w tymże gimnazjum, aby oddać pożyczone z klasztornej biblioteki książki. W trakcie rozmowy podzieliłem się wiadomością, że w Krakowie zdałem pomyślnie egzamin wstępny i zostałem przyjęty do Liceum Handlowego. Ojciec Augustyn zauważył, że najlepiej byłoby zamiast do Krakowa, przyjść do Mogiły, do cystersów. Na moje wątpliwości, że bliskość rodzinnego domu i miejscowego środowiska nie będą sprzyjały poprawności zakonnej drogi obiecał, że czas mojego pobytu w miejscowym klasztorze ograniczy się tylko do roku nowicjatu.

Pełen duchowego niepokoju i rozterki odczytałem to spotkanie jako głos Jezusa przywołującego mnie do swojej służby. Pogodzony z Bożą wolą, postanowiłem przekazać swoją decyzję wstąpienia do klasztoru Rodzicom. Przyjęli tę wiadomość ze spokojem i wewnętrzną, jak mi się zdaje, radością, skrywaną w czułych, pełnych rodzicielskiego ciepła słowach. Nie brakło na tę moją nową drogę życia słów ich błogosławieństwa: aby zawsze być dobrym człowiekiem swojego stanu. Do klasztoru wstąpiłem 2 września 1949 roku. Po odprawieniu rekolekcji pod kierunkiem o. Ciesielskiego, ówczesnego magistra nowicjatu i kleryków, zostałem obleczony w habit przez o. Roberta Kuhara 12 września 1949 roku i dołączony do grupy 12 nowicjuszy mogilskich.

Nie były to łatwe czasy. Brakowało wszystkiego?

Były to ciężkie, powojenne czasy. Brak wyposażenia wnętrz w meble, stoły i ławki zbite z prymitywnych, nieheblowanych desek itp. Jednak młodych kandydatów do zakonu cieszyła atmosfera zgody i miłości. Wszelkie braki i niewygody usprawiedliwiała niedawna wojna i rabunek mienia przez przesiedleńców i okupantów, ludzi obcych społeczności klasztornej.

Dlatego nie ma chrześcijaństwa bez cierpienia?

Nie ma chrześcijaństwa bez ofiary z czasu, talentów, a czasem ze zdrowia, wakacji czy urlopu.

Mimo trudności wspólnota się powiększała. Kogo z tych pierwszych lat w klasztorze Ojciec zapamiętał najlepiej?

Słońcem tamtych czasów był o. Robert Kuhar, przeor i więzień Oświęcimia i Dachau. Wszystkim się cieszył. Duchem wyrosły ponad wszelkie schlebiania własnej próżności. Nie sposób zapomnieć jego odwagi cywilnej, ożywiającej nadzieję.

Któregoś dnia do jego celi zakonnej wszedł nasłany agent UB i bezskutecznie namawiał do lojalności stalinowskim zarządzeniom. Niby bezradnie, przeor rozłożył szeroko ręce i furczał donośnym głosem: „Co ja ci poradzę chlooopie! Wooont mi stąd! Bałamuto jeden!” – i otworzył drzwi. Na rzuconą uwagę natręta: ma ksiądz szczęście, że jest stary – dodał: „Co chlooop mówi? Ty masz szczęście, że ja jestem stary! Gdybym ja był młody, to bym inaczej z tobą gadał!”

A pierwszy odpust mogilski? Który odpust pamięta Ojciec jako pierwszy? Jak on wyglądał?

Pierwszy odpust ku czci Podwyższenia Krzyża Świętego po 2-giej wojnie świętowany był skromnie, bez rozgłosu, ale jak zawsze w ufnej Panu Jezusowi – modlitwie. Bez końca przesuwali się na kolanach pątnicy dotknięci tragizmem wojny. Niektórzy z nich już od Czyżyn szli na kolanach, by podziękować Bogu za szczęśliwie przeżyty koszmar obozów i więzień. Pełno było uchodźców, wysiedleńców, uciekinierów, pokrzywdzonych; bez dachu nad głową i bez chleba, w dodatku kalekich i chorych.

Koniec oktawy odpustu przyniósł radość nielicznemu, uszczuplonemu przez wojnę, mogilskiemu konwentowi i mieszkańcom Mogiły. Z obozu zagłady w Oświęcimiu i Dachau wracali przeor o. Robert Kuhar i kleryk Wincenty Ślęzak. Przeor zaraz odprawił przed Panem Jezusem Mszę świętą, Niektórzy wierni wrócili się do Kościoła, by uczestniczyć w tej dziękczynnej Eucharystii, a kilkoro chłopów ustawiło się przed oknami Kuhara, aby powitać go głośnym, zbiorowym „strzelaniem” z furmańskich batów.

Dopiero w 1946 roku wracała tradycja i zwyczaje „dawnych” odpustów. Gromadne ze śpiewem pieśni, kolorowe, w ludowych strojach pątników, orkiestry i niesione święte obrazy. Kramy i stragany pełne domowej roboty cukierków i placków z serem i ludowych zabawek dla dzieci. błotną drogą do klasztoru w obrębie klasztornych zabudowań – przewijały się tłumy rozśpiewanych pielgrzymów. Ale nie trwało to długo. Nadeszły czasy „socjalistycznej” cywilizacji. Czasy pełne biedy i prześladowań religijnych. Pokolenie, zwłaszcza starszych, dobrze pamięta tamte dni.

W jednej z Ojca publikacji czytamy, że duchowość cysterska, ta, która przyciągała ludzi do Mogiły, wzięła się z modlitwy i milczenia.

Zakon Cysterski od początku swego istnienia (założenie Citeaux 1098 roku) cieszył się w Kościele „egzempcją”, czyli niezależnością od władzy miejscowego biskupa. Były więc różnice w liturgii celebrowanej w kościołach diecezjalnych i w liturgii u cystersów. Zwyczaje i liturgia cysterska były inne, własne. Zależały od decyzji Kapituły Generalnej Zakonu i od twórcy jego duchowości – św. Bernarda z Clairvaux.

W duchowość tą wpisany jest też Krzyż?

Istotnym elementem duchowości cysterskiej jest Kult Matki Bożej i Kult Męki Pana Jezusa, dzięki której odkupił upadłego po grzechu pierworodnym człowieka. Już więc niemal od początku praktykowano szczególny kult Chrystusa Ukrzyżowanego. Od początku przybycia cystersów do Mogiły wprowadzony był, według kalendarza liturgicznego zakonnego, kult Chrystusowego Krzyża. Od wieków cieszył się tu Krzyż wielką czcią. Zmieniały się pokolenia i zwyczaje, inny był pierwotny wygląd figury, inne miejsce ustawienia jej. Pobożność ludowa zmiany te, by je usprawiedliwić, ubierała w baśniowe opowiadania i legendy: o włosach Królowej Bony, czarnym kruku, który wykradał bogatym mieszczkom Krakowa perły i diamenty i zanosił je do gniazda w Mogile; o wielkie wodzie na Wiśle, którą podpłynął Krzyż pod sam klasztor i inne. Im więcej było w nich niezwykłości, tym większym cieszyły się uznaniem.

To, co pewne, to popularność miejsca i wielka modlitwa. Te duchowe wartości pozostają niezmienne. Pozostają charyzmatem miejsca i klasztoru na trwałe. Zawsze trzeba nam pamiętać, że prawda Boża objawiona w Jezusie trwa na wieki, a świat się zmienia.

Czy klasztor w Mogile ma przed sobą przyszłość?

Wszyscy zmierzają ku przyszłości. Cystersi w Mogile także…

„Mogilski Krzyż. Gazeta parafii św. Bartłomieja Ap.” 7(120)/2009, s. 8-9.

Za: www.mogila.cystersi.pl.