Jan Paweł II
ŚWIADKOWIE MIŁOŚCI OFIARNEJ I POWSZECHNEJ. HOMILIA PODCZAS BEATYFIKACJI OJCA BENEDYKTA MENNI I BRATA PIOTRA FRIEDHOFENA
Rzym, Bazylika Św. Piotra, 23 czerwca 1985 r.
1. „Miłość Chrystusa przynagla nas” (2 Kor 5, 14).
Te słowa św. Pawła, w których odsłania on przed nami całe swoje serce, pozwalają zrozumieć, jaka była ukryta sprężyna jego życia jako świętego, pasterza i apostoła.
Mogą je wypowiedzieć wszyscy ci, którzy pragną żyć do końca miłością Chrystusa. Dlatego zostały one głęboko przeżyte także przez dwóch naszych braci w wierze, których dziś wyniosłem do chwały ołtarzy z tytułem „błogosławionych”: ojca Benedykta Menni i brata Piotra Friedhofena.
Co sprawiało, że św. Paweł czuł się ogarnięty i całkowicie przeniknięty miłością Chrystusa? Jak ta miłość mogła stać się tak całkowicie siłą napędową całego jego działania? Mówi o tym on sam w dalszych słowach: czuł się niejako nieodparcie „przynaglony” myślą, że „jeden” – to znaczy Chrystus – „umarł za wszystkich” (2 Kor 5, 14).
2. Chrystus, niewinny Baranek, przez ofiarę samego siebie dał życie całej ludzkości umarłej z powodu grzechu.
Jeśli „jeden umarł za wszystkich”, to „wszyscy pomarli” (2 Kor 5, 14); a dzięki śmierci tego „jednego” odzyskują życie.
Jak Chrystus umarł za nas, tak i my powinniśmy być „umarli”: „umarli dla grzechu” (Rz 6, 11), upodobnieni do Jezusa w Jego śmierci (por. Flp 3, 10; por. 2 Kor 4, 10), „pogrzebani razem z Nim w chrzcie” (por. Kol 2, 12; Rz 6, 4).
Umrzeć dla grzechu znaczy, że nie powinniśmy już żyć dla samych siebie, lecz dla Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał (por. 2 Kor 5, 15). Egoistyczne zamknięcie się w sobie jest złudnym sposobem obrony naszych życiowych interesów; w rzeczywistości bowiem są one naprawdę zabezpieczone właśnie w chwili, gdy w Chrystusie „umieramy” dla braci.
3. Życie obu błogosławionych, którzy dziś jaśnieją przed całym Kościołem, ukształtowało się właśnie pod wpływem tej przynaglającej i ogarniającej wszystko miłości — miłości ofiarnej i powszechnej.
Ojciec Benedykt Menni głęboko zrozumiał to wezwanie, by poświęcić swoje życie Chrystusowi. Czytał i uczynił własnymi słowa Boskiego Mistrza, które zostały odczytane w Ewangelii obecnej liturgii eucharystycznej: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Spośród „tych rzeczy”, które Pan uważa za uczynione sobie samemu, ojciec Menni wybrał w sposób szczególny pełną miłości troskę o chorych, zwłaszcza o dzieci i osoby chore psychicznie.
Karmiąc się duchowością Zakonu Szpitalnego św. Jana Bożego, do którego wstąpił jeszcze jako bardzo młody człowiek, stał się jego odnowicielem po smutnym okresie kasat napoleońskich i reżimów politycznych wrogich Kościołowi, które następowały aż do jego czasów. Jest on zatem chlubą Zakonu Bonifratrów, którzy mają w nim jasny przykład służby choremu, w którym rozpoznaje się Chrystusa.
Ojciec Menni potrafił ponadto wspaniale rozwinąć pewne możliwości zawarte w duchowości swojego zakonu, stając się założycielem nowego zgromadzenia sióstr zakonnych poświęconych opiece nad kobietami chorymi psychicznie: Sióstr Szpitalnych Najświętszego Serca Jezusa. Dziś radują się one, widząc, jak Kościół uroczyście uznaje – w miesiącu poświęconym czci Boskiego Serca, któremu są oddane – cnoty tego, którego czczą jako ojca i mistrza.
Niech beatyfikacja ich założyciela, gorąco przez nie upragniona, pobudzi je do jeszcze gorliwszej służby Chrystusowi w osobach chorych, zgodnie z własnym charyzmatem Instytutu.
4. Dzieło dokonane przez ojca Menniego, mające na celu ulżenie cierpieniom wielu ludzi, miało wielkie znaczenie w różnych krajach, w których prowadził swoją działalność miłosierdzia, a szczególnie w Hiszpanii, gdzie spędził ważną część swojego życia. Również dziś jego dzieło jest tak bardzo potrzebne i opatrznościowe w społeczeństwie, w którym niestety często spycha się na margines najsłabszych i cierpiących.
Błogosławiony, którego dziś czcimy – jak wszyscy uczniowie Chrystusa – nie uniknął niezrozumienia i cierpień, nawet ze strony osób bardzo mu bliskich. Ale ojciec Menni, przekonany o słuszności swojej drogi i umocniony głęboką jednością z Chrystusem i Kościołem, potrafił oprzeć się atakom i kontynuować swoje owocne dzieło służby społeczeństwu i królestwu Bożemu.
Jego niezwykła działalność była stale podtrzymywana i ożywiana przez głębokie nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusa oraz szczególną cześć dla Matki Bożej, zwłaszcza pod tytułem Matki Bożej Najświętszego Serca Jezusowego.
Jego przykładna pokora stawiała go w stałej postawie nawrócenia i bezgranicznego zaufania do potęgi Bożej Opatrzności.
Był niestrudzony w swoich wysiłkach, aby podążać śladami Chrystusa, dobrego Samarytanina, naśladując w wyjątkowy sposób miłosierdzie wobec cierpiących, bez względu na klasę i status społeczny, ponieważ zawsze widział w nich jednego z tych „najmniejszych” braci, w których ukrywał się boski Zbawiciel.
„Módlmy się do Jezusa – pisał w jednym ze swoich listów – aby rozpalił nas swoją miłością. Módlmy się do Królowej miłości, Niepokalanej Dziewicy, aby zapaliła w nas ten ogień Boży”.
Bez tego „ognia Bożego”, czyli ognia Ducha Świętego, błogosławiony nie mógłby dokonać wszystkiego, co uczynił w tak zdumiewający sposób.
5. Ojciec Menni nie ograniczył się do poznania Chrystusa „według ciała” (2 Kor 5, 16), czyli według ludzkiej i ziemskiej miary. Pozwolił się oświecić Bożej tajemnicy ukrytej w człowieczeństwie Chrystusa i pragnął poznać Go „według Ducha”. W ten sposób pozwolił się oczyścić i prowadzić mocy tego Ducha, który skłania nas do odtwarzania w sobie dzieła odkupienia Chrystusa jako tajemnicy śmierci i zmartwychwstania; Ducha, który pomaga nam stawać się „nowym stworzeniem”, gdy umieramy dla grzechu i oddajemy życie za braci.
Stać się świętym oznacza osiągnąć stan „nowego stworzenia”, odnowionego i odrodzonego przez Ducha Chrystusa; „nowego stworzenia”, które zrealizowało swoje życie, ponieważ ofiarowało je z szczerym sercem „jednemu z najmniejszych braci” Chrystusa (por. Mt 25, 40).
Módlmy się za wstawiennictwem nowego błogosławionego, abyśmy także my potrafili bez zastrzeżeń otworzyć nasze serca na miłość Chrystusa. Niech ta miłość przynagla nas i całkowicie nas wypełnia, abyśmy umarli dla grzechu i mogli poświęcić nasze życie Chrystusowi i braciom, czyniąc ten świat światem odnowionym i wolnym od grzechu i śmierci.
6. „Miłość Chrystusa przynagla nas” – tak mówi o sobie apostoł Paweł. Ta sama miłość Chrystusa skłoniła także nowego błogosławionego Piotra Friedhofena, aby w wieku trzydziestu lat całkowicie poświęcić swoje życie Bogu i służbie chorym. On sam, ubogi i słabego zdrowia, porzucił swój zawód kominiarza, aby rozpocząć nowe życie oparte na wierze i gorącej miłości bliźniego. Dostrzegł potrzeby ludzi wykorzenionych, chorych i potrzebujących pomocy i w tym rozpoznał swoje powołanie apostolskie i charytatywne. W 1850 roku założył Zgromadzenie Braci Miłosierdzia Maryi Wspomożycielki, aby służyć Bogu w ubogich, chorych i starszych.
Opatrzność Boża przygotowała Piotra Friedhofena poprzez surową szkołę życia do rozpoznania znaków czasu w wielkich przemianach społecznych XIX wieku i do odpowiedzi na nie w duchu Ewangelii. Jako sierota już w dzieciństwie poznał ból i materialną biedę. Dom rodzinny i jego ojczysta Nadrenia przekazały mu głęboką religijność, zwłaszcza gorącą cześć dla Niepokalanej Dziewicy Maryi. Już w czasie nauki zawodu ożywiał go wielki zapał apostolski. Zgromadził wokół siebie młodych ludzi o podobnych ideałach w stowarzyszeniu św. Alojzego, aby zachęcać ich do życia pobożnego według Ewangelii. W tym apostolacie młodzieży, w dążeniu do osobistej świętości oraz w trosce i pomocy potrzebującym stopniowo dojrzewało jego powołanie zakonne, które w pełni rozwinęło się przez założenie zgromadzenia, którego ideałami są: jak najściślej naśladować Chrystusa, prowadzić ludzi do Chrystusa, rozpalać w sercach ludzi miłość do Maryi i służyć chorym z miłością chrześcijańską.
7. Dziełu założenia jego zgromadzenia towarzyszyły wielkie trudności i próby, w których błogosławiony Piotr Friedhofen okazał się człowiekiem wiary i niewzruszonego zaufania do Bożej Opatrzności i pomocy Maryi. W tym nadprzyrodzonym źródle siły zakorzeniona była jego niezwykła stanowczość i wytrwałość, dzięki którym – mimo stale pogarszającego się stanu zdrowia – zrealizował swoje zamiary i nadał swojemu Zakonowi duchowy kształt i kierunek służby bliźniemu płynącej z miłości.
„Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostaje samo; lecz jeśli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12, 24). Ziarno zasiane przez błogosławionego Piotra Friedhofena pośród wielu prób i osobistych ofiar padło na dobrą glebę i przynosi bogate owoce także po jego przedwczesnej śmierci – w wieku zaledwie czterdziestu jeden lat – aż do naszych dni. Dziś Bracia Miłosierdzia działają w wielu krajach Europy, w Brazylii i w Malezji. Ich szpitale i domy opieki dla osób starszych są nie tylko wyrazem ludzkiej solidarności z ubogimi i potrzebującymi, ale także znakiem konkretnego naśladowania Chrystusa, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć (por. Mt 20, 28) i który uważa za uczynione sobie to, co czynimy jednemu z najmniejszych Jego braci (por. Mt 25, 40).
W Piotrze Friedhofenie Kościół czci dziś człowieka, którego program życia i pracy jest zadziwiająco aktualny – tak jak aktualna jest sama Dobra Nowina Jezusa Chrystusa. Jako brat miłosierdzia pochylał się z miłości do Chrystusa nad potrzebującymi, którzy wymagali jego pomocy. Jego troska nie dotyczyła jedynie choroby fizycznej, lecz całej sytuacji człowieka, zwłaszcza jego potrzeb moralnych i duchowych. Także nasze czasy potrzebują takich wzorów i takich ludzi, którzy w ten sposób troszczą się o potrzeby i cierpienia bliźnich i wskazują im drogę do Tego, który wziął na siebie wszystkie nasze boleści i odkupił je przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Niech życie i dzieła błogosławionego Piotra Friedhofena będą także dziś wzorem i zachętą dla wielu ludzi.
Amen.
Tłumaczenie OKM
Za: www.vatican.va
Copyright © Dykasterium ds. Komunikacji – Libreria Editrice Vaticana