Grygiel Stanisław, Rozważania o wychowaniu dla mistrzów nowicjatów i wychowawców zakonnych

Stanisław Grygiel

ROZWAŻANIA O WYCHOWANIU DLA MISTRZÓW NOWICJATÓW I WYCHOWAWCÓW ZAKONNYCH

Dni Skupienia Mistrzów Nowicjatów i wychowawców kleryków, Kraków, 21-22 października 1975 r.
Materiały Komisji ds. Wychowania i Nauki KWPZM 1975 r.

 

I.

„Rozszerzają swe filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią pierwsze miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi. Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym Ojcem. Jeden jest bowiem Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, aby was nazywano mistrzami, bo jeden tylko jest wasz Mistrz – Chrystus” /Mt 23,5-10/.

Człowiek stoi w obliczu jakby zguby, którą ma odnaleźć pod groźbą utraty siebie. Dany jest sobie jako ktoś, o kim sam zapomniał; jego zatem prawdziwe życie polega na przypominaniu sobie własnej rzeczywistości – na ciągłej anamnezie. Budzimy się ze snu, czasem gwałtownie, a najczęściej powoli, ale nie bez wstrząsu, w rytm codziennej krzątaniny. I tak naprawdę to nie ta krzątanina zasługuje na miano pracy, lecz owo szukanie siebie, owo przypominanie sobie Człowieka, którego się zapomniało. Praca jest, jak wyraził się Norwid, „zguby szukaniem”[1].

Zgubiona rzeczywistość przedstawia dla człowieka tak wielką wartość, że kiedy się on czegokolwiek o niej dowie, sprzedaje wszystko, co ma, aby ją kupić. Zgubiona rzeczywistość jest jak ewangeliczna Perła. Każdy upatruje w niej samego siebie, nie tego z wczoraj ani z dzisiaj, ale tego jeszcze nie przebudzonego, czekającego w przyszłości. Bardzo często ulegamy złudzeniu, że Perła jest „tu” albo „tam”, w określonej przestrzeni i w określonym czasie. Im bardziej jednak nimi określamy i ograniczamy naszą wiarę w siebie, tym większe rozczarowanie i czczość stają się naszym udziałem. Tak często budzenie się ze snu nicości do życia jest pozorne!

Znajdujemy się tylko społecznie: budzimy się wzajemnie. Jeden dla drugiego stanowimy, czy raczej mamy stanowić, okazję do przypominania sobie siebie – to znaczy ewangelicznej Perły w nas. Być okazją dla drugiego człowieka, ukazującą mu kierunek, w którym trzeba skierować „zguby szukanie”, to drugi aspekt tego, co nazywamy pracą. Jaką okazją jesteśmy? – oto istotne pytanie.

Na atmosferę świata, nie tylko dzisiejszego, wpływa – i musi pływać – techniczne praxis, poddająca świat naszej władzy i domagająca się specjalizacji. Dzięki tej praxis produkujemy dobra ułatwiające nam życie. I nie tylko ułatwiające; bez niej byłoby wręcz niemożliwe żyć. Technika powiększa świat. Niesie jednak i niebezpieczeństwa, bo go konstruuje. Mimo wszystkich korzyści zmusza nas ona do życia w abstrakcji.

Dla techniki wszystko jest materią, to znaczy tworzywem, któremu można nadać jakikolwiek kształt, pod warunkiem, że posiada odpowiednie metody i narzędzia. Zdolna jest tworzyć sztuczne sytuacje – zrazu laboratoryjnego a potem przemysłowego wymiaru – w których przyspiesza pojawienie się skutków. Technika niejako skraca czas.

Atmosferę świata – więcej! sam świat, w jakim żyjemy – tworzy więc obok pracy produkcja. Urzeczeni skutecznością tej ostatniej i zbyt słabego wzroku, aby patrzeć i widzieć w czasie naturalnie płynącym, zbyt cienkiej nadziei, żeby zdobyć się na cierpliwość, jakiej domaga się praca, wszystko chcemy produkować. Także i ludzi. Powstała techniczna specjalizacja – bardzo stara, ponieważ technika jest tej samej daty co i racjonalizm – zwana wychowywaniem. Namnożyła ona teorii i systemów, a każdy z nich głosi swój model człowieka i zachwala swoje narzędzia, jakimi chce go w ludziach wytwarzać. Udoskonalenie narzędzi, tak by one były coraz skuteczniejsze, idzie w parze z coraz skuteczniejszym odmawianiem wychowywanemu człowiekowi prawa do szukania siebie, prawa do budzenia się w dojrzałej porze. Kształtuje się go jak glinę, a mówiąc po prostu, zmusza się go, czasem brutalnie a czasem wyrafinowanie – do takiego postępowania, jakie specjalistom wydaje się dobre. Nie budzi się go, lecz zmusza, by zachowywał się zgodnie z modelem funkcjonującym w danym systemie.

W ten sposób wychowujemy człowieka relatywnie grzecznego, do jest grzecznego dla określonego systemu. „Zguby szukanie” zamienia się w produkcję sprawnie działających w systemie ludzi.

Takie wychowanie człowieka jest nieskuteczne, mimo że skutecznością się kieruje. Jest nieskuteczne, bo gwałci. Model, jakim się posługuje i na miarę jakiego urabia ludzi, obejmuje jedynie oderwany fragment ich życia. Jako bowiem twór systemu powstał on z abstrakcji, czyli właśnie z oderwania fragmentu od całości, jaką jest człowiek. To, co częściowe, można narzucić całości tylko siłą. Bardzo rzadko kwestionujemy wartość oderwanego fragmentu i model na nim oparty – sam w sobie jest on bowiem jasny i przekonywujący – kwestionujemy przeważnie narzędzia; że zbyt słabe w stosunku do człowieka. Więc je wzmacniamy …, aby były skuteczniejsze.

Wytwarzane przez techniczne metody nawyki, do których przykładamy tak dużą wagę, stanowią zawsze nawyki systemu. Kiedy sytuacja zmienia się, tak że system ulega zachwianiu, w chwilach granicznych jakie wówczas pojawiają się w życiu człowieka, nawyki stają się bezużyteczne. Nie dają żadnej podpory, żadnej wskazówki, raczej przeszkadzają. Dlaczego? Dlatego, że obejmowały jedynie część człowieka, gdy tymczasem człowiek nieskończenie przerasta każdy fragment oderwany od niego; w sytuacjach granicznych pokazuje się, kim człowiek jest jako całość. Jakby wiedząc o tym i jakby tylko te sytuacje się liczyły, nie chce być grzeczny relatywnie. Jeżeli już chce, to chce być grzeczny totalnie. Materia wraca do bezformia, kiedy odłożymy na bok technikę narzucającą jej jakąś zewnętrzność. Człowiek zaś wraca wtedy do swojej wolności; dzieje się to właśnie w sytuacjach granicznych, kiedy techniki na nic się zdają. Wolność ludzka ukazuje wówczas swoją istotę – techniczny pedagoga nie widzi w niej żadnego choćby zarysu kształtu, żadnej ziemi pod zasiew.

Takie wychowywanie jest nieskuteczne, ponieważ zakłamuje wychowywanego. Jako postępowanie wyrastające z narzuconej zewnętrzności nie pozwala niczemu dotknąć jego wewnętrzności: pozostaje ona nietknięta. Czyni to z postępowania kalkulację stosownie do wiedzy, jaką daje wychowawca, może wbrew swoim intencjom. W gruncie rzeczy oni obydwaj kalkulują według systemu i dla systemu – wszystko jedno z jakich motywów. Czasem dochodzi do tego, że oszust pisze wspaniałe traktaty o prawdzie, a zabójca o wartości życia. Bo tak go nauczono. Na marginesie dodam, że nie wam na myśli sokratejskiej wiedzy, wręcz przeciwnie – jej zaprzeczenie.

Takie wychowywanie konstruuje sztuczny świat, w którym porusza się zarówno wychowujący jak i wychowywany: owoce zamienia w produkty, z niecierpliwości skraca czas, wskutek czego nic nie dojrzewa, a wszystko przychodzi za wcześnie, czyli za późno, a zatem nie „en kairo” – nie w porę. Nie rozumie ona niewidocznego. Nadzieję, która przezwycięża horyzont oczu, zamienia w kalkulację przyszłości i zamiast owoców osiągalnych dla nadziei chce spektakularnych efektów.

Nigdy nie uwolnimy się od niebezpieczeństwa rozciągania technicznego myślenia także i na człowieka. Zbyt wielką pokusą jest racjonalizm. Dlatego nie będzie nigdy dość refleksji nad słowami Chrystusa: „nie pozwalajcie nazywać się Rabbi … nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym Ojcem … nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami”. Zło wychowania leży między innymi i w tym, że mamy się za wychowawców. Pozwalamy się nawet otaczać kultem stając się z wychowawców władcami. „Rozszerzają swe filakterie …” Miarą upadku wychowawcy jest wielkość zgięcia się przed nim wychowywanych, zgodnie z logiką siły, jaką dają narzędzia.

Wszyscy stoimy wobec Perły i nie wiadomo, komu ona ukazuje się jaśniej, a więc nie wiadomo, przez kogo ona bardziej jaśnieje dla drugich. W mniejszej lub większej mierze każdy jest odblaskiem. Każdy zatem ma swoją miarę, może do niej wychowywać. Tylko tak, w braterskiej komunii możemy dojrzeć Perłę i dojrzeć do Perły. Każdy wychowuje i każdy jest wychowywany. „Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi /…/ wy wszyscy braćmi jesteście”.

Budzimy się nawzajem, a to nie obchodzi się bez wzajemnie sobie zadawanego cierpienia. Tworzywem perły jest łza, wspólna, bo tylko wtedy osobowa. Budzimy się nawzajem, co nie dzieje się bez wstrząsów, pretensji i żalów. „Czy śpiącego można przebudzić grzecznie? … – pyta Norwid – Podobno, że nie: gdyby albowiem budziło się go upadkiem na twarz najlżejszego listka róży, jeszcze byłoby to tylko bardzo wykwintnie albo poetycko pomyślanym, lecz nie byłoby grzecznie, bo końcem końców, trzeba śpiącemu przerwać snowania myśli jego – i to przerwać doraźnie, nie powoli, lecz nagle, przenosząc go jednym ruchem w rzeczywistość i w oczywistość inną. Nie można przeto z oczywistości jednej przerzucać nikogo w drugą sposobem grzecznym, i pewne brutalstwo nierozłącznym zdawa się być od roboty takowej[2].

Tak przechodząc z jednej oczywistości w drugą dorastamy do Perły – do Królestwa Bożego, które nie jest „tu” albo „tam”, jak chciałyby systemy, lecz w nas /por. Łk 17,20-21/. Wskutek tego człowiek ma być grzeczny nie „tu” albo „tam”, lecz w osobowej całości, w całym Królestwie. „Tu” albo „tam” możemy być nieraz niegrzeczni, czasem wręcz jest to nasz obowiązek, ponieważ człowiek wyrasta z określonych przestrzeni i z określonego czasu. Perła nie stanowi fragmentu, ale całość obejmuje pełnię czasu – Perła jest Pełnym Człowiekiem.

Jeśli wszystko tak jest, to właściwie nie my budzimy jeden drugiego, lecz budzi nas sama Perła w swoim odblasku w ludziach. To Pełny Człowiek nas budzi i wychowuje. A Pełny Człowiek może być tylko jeden, bo jeden jest Bóg. Stąd „jeden jest wasz Nauczyciel … jeden … jest Ojciec wasz … jeden jest tylko wasz Mistrz – Chrystus”. Stojąc wobec Perły, stoimy jak bracia wobec Chrystusa. Jednakowo bogaci w techniczną wiedze o fragmentach, jednakowo przygaszeni taką wiedzą o człowieku, ale na tyle już dojrzali, żeby wpierw pytać o swoją dojrzałość, a dopiero poprzez nią o dojrzałość drugich, skierowujemy oczy ku Pełnemu Człowiekowi wychodzącemu do nas z nas – ex intimo nostros: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, żeby osiągnąć życie wieczne?” Tym pytaniem rozpoczyna się właściwy proces wychowywania, czyli dojrzewania do Królestwa Bożego, ukrytego i zapomnianego w nas.

II.

„Nauczycielu dobry, co mam czynić, żeby osiągnąć życie wieczne? /…/ Czemu nazywasz mnie dobrym? Mit nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż /…/”.

„Nauczycielu, od młodości przestrzegałem tego wszystkiego. Wtedy Jezus spojrzał nań z miłością i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź, /weź swój krzyż/ i chodź za mną. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, posiadał bowiem duży majątek” /Mk 10,17-22/.

Jak długo człowiek jest bogaty w wiedzę, to znaczy jak długo w zasadzie tylko nią się kieruje, wie, czego nie należy czynić. Mówi mu o tym rozum obliczający skutki decyzji i czynów. W księdze Joba /28,28/ Bóg wyraźnie mówi człowiekowi: To bojaźń Boża jest mądrością, rozumem unika się jedynie zła. Dodajmy: niekoniecznie zła moralnego. Zbyt bogaci rozumem, tym technicznym, operującym fragmentami, jesteśmy ubodzy w mądrość zrośniętą z całością człowieka. Kto zbyt wiele robi w życiu uników, jest przeszkodzony w czynieniu dobra. Istota bowiem uniku polega na tym, że daje się to, co się posiada i co zbywa, a nie to, czym się jest. Ten, który robi unik, operuje oderwanym fragmentem.

Wychowawca techniczny daje wiedzę, ale nie daje siebie. Robi unik. W pewnym momencie dostrzega, że nic z jego dawania, że ani wychowawcy, oni on sam nie dojrzewają. Owszem coraz bardziej oddalają się od mądrości. Są grzeczni relatywnie, ale niegrzeczni totalnie. Dlaczego? Dlatego, że dar z tego, co się ma, tylko wtedy ma wartość, jeśli jest w nim obecny ten, który go daje. „Żaden dar, pisał Norwid, bez dania czegoś z siebie nie jest przyjmowalnym”[3]. Jest tylko ciężarem przeszkadzającym w drodze. Osłabieni nim pozostajemy coraz bardziej w tyle człowieczeństwa, a ewangeliczna Perła oddala się od nas w nierzeczywistość. Zmęczeni zauważamy, że ciągle jesteśmy młodzieńcami – bogatymi młodzieńcami, którzy nie tylko że nie mogą wychowywać, ale, co gorsza, którzy sami już nie mogą być wychowywani. Wtedy, in abysso, z rozczarowanych marzeń wynurza się ostatnie jak deska ratunku, ale zarazem i pierwotne pytanie skierowane wprost do Pełnego Człowieka: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, żeby osiągnąć życie wieczne?”.

W Chrystusie dojrzeliśmy tak wielki blask Perły, że samą Perłę. Nie posiada On nic, co zamieniałoby ją w odblask. Chrystus nie robi uników – daje od razu siebie. Zdobywa przez to nasze zaufanie. Dlatego tylko do Niego zwracamy się z pytaniem: „Nauczycielu dobry, co robić?”. Co robić, żeby odnaleźć siebie? Gdzie i jak szukać zguby?

Jeżeli nikt nigdy nie zwrócił się do nas z zaufaniem, żebyśmy mu pokazali, co robić, by odnaleźć to, o co chodzi w życiu, tak w jaskini jak i przed telewizorem, nie ma w nas śladu Dobrego Nauczyciela; nie wychowujemy. Nawet pies tresowany jakoś ufa swojemu panu. Nie ma zaś zaufania, gdzie jest tylko kalkulująca wiedza, gdzie nikt nikomu się nie objawia zasłaniając się tym, co trzyma w posesywnych rękach.

Taki jest pierwszy etap wychowania. A drugi?

Wychowawca, im większym jest człowiekiem, tym bardziej jest świadom, że może być jedynie odblaskiem Perły. Świadom jest posiadanych obciążeń. Im jest większy, tym wyraźniej zwraca uwagę młodzieńcowi, że swoje pytanie winien skierować do kogoś innego. Chrystus jako Pełny Człowiek robi to szokująco: „Czemu mnie nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg”. Przecież On sam jest Bogiem, więc dlaczego tak odpowiada? Sądzę, że Chrystus odpowiada tu swoim człowieczeństwem, a że jest ono pełne, więc tak bez niedomówień i bez dwuznaczności odsyła do Boga. Pełny Człowiek jest idealnym odblaskiem Perły. Odpowiedź Chrystusa nie kończy się na odsyłaniu; to, co Chrystus następnie daje młodzieńcowi, daje mu tak, jak może człowiek dawać rozumem: mówi mu, czego ma unikać. „Znasz przykazania: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij …”. Tyle człowiek może wyrozumować i nauczyć się – młodzieńcze. A to jedno pozytywne „czcij ojca swego i matkę swoją!” masz we krwi, ale i w to jedno miesza się kalkulacja: „abyś długo żył na ziemi”. Jaka jest natomiast zadana ci na twoje życie rzeczywistość? Jakie są drzwi, przez które tylko ty masz przejść do Królestwa, gdzie obecność Perły gasi wszystkie odblaski? Jaka jest zadana ci mądrość – „bojaźń Boża”? – tego nie nauczy cię nikt. Na tej jedynie tobie przeznaczonej drodze do Boga nauczycielem twoim może być tylko Bóg. Więc czemu mnie nazywasz dobrym? Nikt nie jest oprócz Niego dobrym Nauczycielem.

W tym, co jest najwłaściwsze osobie, wychowawcy nie mają nie do powiedzenia. Tu trzeba dawać wzrost, wychowawcy natomiast urabiają. Wzrost wywołuje samo słońce, a nie jego odblask. Perła rośnie sama – potrzebuje tylko łzy. Wychowawca odsyłając odblaskiem do słońca niech nie myśli, że to on tutaj coś powoduje. Niech się zbytnio nie martwi, jak wychowywać – to raczej przeszkadza wychowywaniu. Niech będzie w miarę możliwości i w miarę łaski sobą a Perła sama się zawiąże w wychowywanym. I niech śpi spokojnie jak rolnik, któremu rośnie ziarno. A kiedy wstanie, niech dobrze patrzy, żeby dla siebie dojrzeć odblask Perły, która rośnie w drugim. Dostrzeże wówczas jeszcze wyraźniej kierunek dla swojego codziennego pytania: co mam robić, żeby osiągnąć życie wieczne?

Wychowywany bowiem, z chwilą zadania pytania „co mam robić?”, sam staje się wychowawcą. „Wy wszyscy braćmi jesteście”. Braterstwo – oto drugi etap procesu wychowywania. Idzie ono tak daleko, że niemożliwe jest osądzić, kto kogo bardziej wychowuje, czy wychowujący wychowywanego, czy też odwrotnie. „Nie pozwalajcie nazywać się Rabbi!”.

Wtedy następuje trzeci etap wychowywania. Wychowujący i wychowywani trwając w braterskiej komunii w obliczu swojego Boga – „dobrego Nauczyciela” – nagle odkrywają, że ziemią, na której stoją, uległa przemianie; że jest tą ziemią, która człowiekowi została obiecana: sami zostali przemienieni. Ich twarze, nie przygaszone posiadaniem, jaśnieją „jak słońce” /por. Mt 17,2/, w którego świetle dostrzegają Królestwo Boże wzajemnie w swoich osobowych całościach: nie w tym czy w owym fragmencie, Bo światło to przychodzi jak dar, a dar przychodzi jak błyskawica – rozświetla ciemności nie „tu” albo „tam”, ale od wschodu do zachodu na całym firmamencie. Przemienieni patrzą na siebie z miłością, w ich spojrzeniu widać inne Spojrzenie. Spojrzenie Spełnionego Człowieka. „Jezus spojrzał nań z miłością”. W ich miłości dokonuje się inna Miłość, ta, bez której nie ma miłości. Dobrze im tak być, chcieliby tu pozostać na wieczność: tu są sobą, już nie mają życia, lecz są życiem – wiecznym życiem. „Dobrze jest, że tu jesteśmy” rozbijamy tu namioty! /por. M 17,4/. W tym i tylko w tym domostwie – w tym ethosie – człowiek rośnie.

Jeżeli tak, to człowiek pyta drugiego „co mam robić?” właściwie prosi go, aby mu pokazał swoje domostwo. Pewnego dnia dwóch młodych ludzi szło za Jezusem. Ten zaś „Odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzecze do nich: „Czego szukacie?”. Oni powiedzieli do Niego: „Rabbi …, – nauczycielu, gdzie mieszkasz?” Rzecze do nich: „Chodźcie, a zobaczycie”. Poszli więc i zobaczyli, gdzieś mieszka, i tego dnia pozostali u Niego” /J 1,38-39/. Pozostali w Jego ethosie.

Z głębin miłości, jakie się wówczas otwierają przed ludźmi, ex abyssis, każdy słyszy słowa tylko do niego skierowane, słowa, których nikt z ludzi nie może o własnej mocy wypowiedzieć; słowa wypowiadane ex intimo meo przez budzącego się tam Pełnego Człowieka, który jest mną bardzie j aniżeli ja sam: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co msz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Petem przyjdź /weź swój krzyż/ i chodź za mną!”. Zawsze tylko jednego brakuje człowiekowi …

Etap ten rozgrywa się dramatycznie. Czasem to tylko nadzieja nie pozwala sądzić, że tragicznie. Ukryta na dnie Perła stawia człowiekowi podstawowe, nadludzkie wymagania, ale dlatego właśnie, że nadludzkie, może on być kimś więcej, niż jest – człowiekiem. Pełny człowiek każe młodzieńcowi przezwyciężać wszelkie posiadanie, wszelkie bogactwo w wiedzę i techniczne narzędzia. Każe mu gdzie indziej upatrywać swoje bycie i siłę.

„Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, posiadał bowiem duży majątek”. Odchodzimy od samych siebie, od tych z przyszłości. Odchodzimy od Perły, – od słońca ku wykalkulowanym cieniom. Wychodzimy z ethosu – z domostwa – Ziemi Obiecanej ku ethosowi posiadania, czyli ku ethosowi Ziemi Utraconej. Zamykamy oczy, gasimy w sobie odblask, zabijamy w nas Pełnego Człowieka i usiłujemy zapomnieć.

„Zapomnieć snadniej. Przebacz, Panie!

Za duży wiatr na moją wełnę”.

/K. I. Gałczyński, Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich/.

Tam, gdzie czeka nas walka ze sobą przeszłości o siebie przyszłości, tam, gdzie czeka nas męczeństwo, czyli świadectwo dla „jutro”, wybieramy dyplomację często bez względu na hańbę. Teraźniejszość sprowadzamy do kalkulacji. Do uników. Ale kiedy dochodzimy do dna poniżenia, kiedy łzy stają się nam, mówiąc słowami psalmu /41/ „chlebem we dnie i w nocy”, a „dusza rozrzewnia się” w nas, na wspomnienie, jak kroczyliśmy do domu Bożego „w świątecznym orszaku”, abyssus nędzy, do której sprowadził nas kalkulujący rozum, wzywa abyssus Pełnego Człowieka, wracamy do Niego w nas samych, in nostro abysso, jak Syn Marnotrawny, który wszedł w siebie. I wszystko zaczyna się od początku, aż do godziny, w której znowu pochmurniejemy i odchodzimy w smutku z powodu dużego majątku. Wychowywać i być wychowywanym to dramatyczne dzieje.

Czy zatem możliwe jest wychowanie człowieka, tak żeby przestał być młodzieńcem a stał się mężem dojrzałym? Apostołowie pytali o to z nutą zwątpienia, a poeta, dla którego wiatr był za duży, odszedł „z wielką walizką, rozpaczy”. „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga”, objawia Chrystus /Mk 10,27/. Przecież nie odblask Perły dagę siłę, lecz Ona sama. I ma ona swój sposób: łzę, którą po prostu jest.

Na ten sposób wychowawca musi się zdecydować. W przeciwnym razie będzie fałszywie odbijał światło Perły. Całkowicie bosko zdecydował się na niego Chrystus. „Byli w drodze zdążając do Jerozolimy. Jezus wyprzedzał ich tak, że się dziwili; ci zaś, co szli za Nim, byli strwożeni /…/ Począł im mówić /…/: Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie; ci skażą go na śmierć i wydadzą poganom. I będą zeń szydzić, oplwają go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie” /Mk 10,32-34/.

Im kto dojrzalszy, tym bliższy śmierci, ponieważ nie ma nic, czym mógłby się zasłonić. Kto nie prowokuje śmierci, kto jej unika, jest bogatym młodzieńcem. Wychowywać zaś mogą tylko dojrzali. Wprawdzie naigrawają się z ich pracy, jakby była beznadziejnym „zguby szukaniem”, za ich prasę nawet ich zabijają, ale tylko z ich pracy wyrasta zmartwychwstanie. Nikt nie szydzi z młodzieńca, młodzieńca nikt nie zabija, ponieważ umie on wykalkulować się w każdą sytuację i osiągać w niej efekty; młodzieniec umie unikać śmierci z pomocą środków, jakie posiada, ale unikając jej unika tym samym i zmartwychwstania. Dlatego młodzieniec nie może być wychowawcą.

Wszyscy jesteśmy młodzieńcami. Mężami stajamy się powali we wzajemnym zaufaniu, w braterstwie i w miłości – w tym dramatycznym, pełnym nadziei czekaniu, czekaniu rolników, którzy cierpliwie, bez skracania czasu, sieją „en kairo”, a potem kładą się spać spokojni i pewni, że przyjdzie taki poranek, w którym rozbłyśnie „kairos” dojrzałych owoców.

Archiwum KWPZM

[1] Cyprian Kamil Norwid, Promethidion.

[2] Cyprian Kamil Norwid, Milczenie.

[3] Cyprian Kamil Norwid, List do Bronisława Zaleskiego /około 10.1.1874/, w: Pisma wszystkie, W-wa 1971, PIW, t. X, s. 21.

Wpisy powiązane

Dyrek Krzysztof SJ, Wspólnota zakonna środowiskiem kształtowania osobowości

Giemza Bogdan SDS, Wykłady z teologii życia konsekrowanego w seminariach duchownych w Polsce. Uwagi i propozycje

Forycki Roman SAC, Janeczek Aleksander SDB, Mokrzycki Bronisław SJ, Formacja do kapłaństwa w polskich seminariach duchownych według posoborowej nauki Kościoła