Albania: franciszkańska misja wdzięczności

„Bycie misjonarzem w Albanii jest może trochę inne niż w Afryce czy w Ameryce Południowej” – mówi franciszkanin o. Jarosław Car. Inne to znaczy jakie? O specyfice pracy misyjnej w Albanii opowiada zakonnik, pochodzący z kustodii słowackiej, która prowadzi misję w mieście Fier.

Korzenie i początki misji

Naszą misję w Albanii rozpoczęliśmy w 2007 roku. Dokładnie 21 października 2007 roku przyjechałem tu na stałe i pierwszy rok spędziłem w mieście Vlorë. Na początku byłem sam, ponieważ pomyśleliśmy, że zanim przyjadą inni, ja już nauczę się języka. Zamieszkałem więc u księdza biskupa, który też jest zresztą franciszkaninem (OFM). Rok wcześniej, jeszcze w 2006 roku, w październiku przyjechał tutaj o. Lucjan Bogucki, który był wtedy kustoszem razem z o. Adamem Baranem, wikariuszem i o. Tadeuszem Świątkowskim z Kurii Generalnej. Przybyli tutaj na zaproszenie księdza biskupa, aby dowiedzieć się czegoś o tej misji i zobaczyć, jak miałaby wyglądać nasza praca.

Biskup się zwrócił do nas, franciszkanów na Słowacji, ponieważ studiując historię Kościoła Albanii Południowej dowiedział się, że tutaj w przeszłości pracowali nasi bracia. W sumie można powiedzieć, że były trzy próby otwarcia misji. Począwszy od założenia naszego Zakonu, czyli od XIII wieku, aż do wieku XVI, nasi bracia pracowali niemal w całej Albanii. Później, po spaleniu klasztorów w 1570 roku, zniknęła nasza kustodia, której siedziba znajdowała się w mieście Durrës. W kolejnych latach bracia przyjeżdżali tu pracować, ale tylko na krótki czas.

W 1770 roku przyjechali jako asystencja duchowa dla żołnierzy z Republiki Weneckiej, a później, rozpoczęła się misja, która była najbardziej udana, ale niestety została przerwana przez dyktatora Envera Hoxhu. Była to misja prowadzona na początku II wojny światowej, w 1939 roku. Przyjechali tu nasi bracia z Padwy, którzy mieli szczególne zadanie, ponieważ papież poprosił ich, aby przyjechali do nowo utworzonej administratury apostolskiej w Albanii Południowej, w której Kościół Prawosławny zażądał, by połączyć się z Rzymem. Celem powstania administratury apostolskiej 11 listopada w 1939 było więc przede wszystkim zbadanie, jakie są intencje Kościoła Prawosławnego i dlaczego chce się on połączyć z katolickim. W tym zadaniu główną rolę odgrywali nasi bracia. W przeciągu tych siedmiu lat (1939 – 1946 r.) było tutaj około szesnastu franciszkanów. W 1946 misja została przerwana. Nasz biskup gdy poznał tę historię pomyślał więc, że dobrze by było tę misję odrodzić.

Misja wdzięczności

Taka też była chyba wola Boża. W tym czasie na Słowacji było nas dość dużo i bracia przed kapitułą w 2005 r. zastanawiali się, czy nie można by było otworzyć jakiejś misji z wdzięczności za wszystkie lata pomocy otrzymanej od Prowincji Krakowskiej. Zapragnęliśmy więc jako franciszkanie ze Słowacji utworzyć misję. Taki pomysł zrodził się na rekreacji i był czymś w rodzaju snucia marzeń czy planów… Ale następnego dnia jeden z braci przyszedł do sekretariatu kustodii i znalazł w korespondencji zaproszenie od biskupa, aby reaktywować misję w Albanii! Odczytaliśmy to jako znak Bożej Opatrzności, jako potwierdzenie że rzeczywiście Bóg nas wzywa i zaprasza do nowego dzieła.

Jak wspomniałem nasi przełożeni przyjechali tutaj w 2006. Byli jednak tutaj zaledwie kilka dni, dlatego też w tym samym roku, w grudniu wraz z o. Ireneuszem Mikosem przyjechaliśmy tutaj na dłuższy czas, aby zobaczyć jak to życie wygląda z bliska. Mogliśmy wyrobić sobie jakąś opinię, zobaczyć codzienne życie Albańczyków i poznać podstawowe potrzeby tutejszego Kościoła. Później wróciliśmy na Słowację i w 2007 wyjechałem sam na rok do Albanii. W sierpniu 2008 roku przyjechał o. Marek Redlich i właśnie wtedy przyjechaliśmy do Fier, gdzie obecnie prowadzimy misję. Zaczęliśmy tutaj pracować dokładnie 15 sierpnia w Uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, ale dopiero w pierwszą niedzielę Adwentu, tego samego roku, objęliśmy oficjalnie parafię. Ks. biskup powierzył nam ją oficjalnie, wręczając dekret proboszcza mnie i dekret wikariusza proboszcza parafii o. Markowi.

„Mała Afryka w Europie”

Już po pierwszych miesiącach bycia w tym kraju, zobaczyłem Albanię jako taką „małą Afrykę w Europie” Określenie to odnosi się do potrzeb tego Kościoła. Państwo pod względem materialnym cały czas się rozwijało, ale jeśli chodziło o wiarę i o Kościół bardzo dużo spraw zostało zaniedbanych. Zauważyłem przede wszystkim wielki brak kapłanów. Ten Kościół dopiero bardzo powoli się odradzał.

Ten rok spędzony u biskupa poszerzył mi jeszcze bardziej horyzont. Mogłem zobaczyć wyraźniej obraz Kościoła, bo biskup zabierał mnie niemal wszędzie, gdzie jeździł. Taki czas był bardzo potrzebny i pożyteczny, żeby bardziej rozeznać jaka jest sytuacja, poznać ją nie tylko z opowiadań, ale bardzo realnie na nią spojrzeć. Mogłem wówczas odwiedzić wszystkie placówki, wszystkie punkty misyjne naszej diecezji. A diecezja jest tu w miarę duża, bo jeśli chodzi o teren, to zajmuje ona prawie połowę Albanii. Ten czas posłużył mi, żeby zorientować się gdzie i jak usytuowana jest nasza misja oraz poznać teren przyszłej pracy.

Pierwsza miłość

Pierwsze święta tutaj, to można powiedzieć była taka moja pierwsza miłość, pierwszy zachwyt… Wszystko było nowe, zupełnie inny kraj. Muzyka albańska sprawiała, że czułem się jak w Turcji albo na Bliskim Wschodzie…

Na początku posługiwałem się językiem włoskim, bo przyjechałem do Albanii z „Seraphicum”, ze studiów, więc na początku dużo pomagałem sobie włoskim i angielskim. To się przydało, bo tutaj większość misjonarzy to Włosi. Niemcy, którzy również tutaj pracują, też znają angielski. Można powiedzieć, że każdy język obcy przydaje się na misjach. Właśnie dzięki tym językom, uczyłem się później albańskiego. Jest to trudne, zwłaszcza, gdy uczy się go ktoś z Polski czy ze Słowacji, bo nie ma podręczników w tych językach. Ja uczyłem się z książek w języku włoskim i angielskim, ale okazało się, że najlepszym sposobem nauczenia języka są po prostu rozmowy z ludźmi. W domu uczyłem się gramatyki i tego wszystkiego, czego człowiek musi się nauczyć na pamięć. Ale żeby mówić, najlepiej iść między ludzi i rozmawiać.

Jeśli chodzi o kuchnię i jedzenie, wydaje mi się, że Albania jest w tym bardzo prosta. Może jest to związane z ludźmi, z kulturą. Albańczycy nie mają takiej bogatej i rozmaitej kuchni, jak Włosi, a więc spotyka się podobne, proste dania, takie jak u nas.

Tolerancja i porozumienie

W Albanii dominującą religią jest Islam. Ku mojemu zaskoczeniu doświadczam czasem większego szacunku ze strony muzułmanów niż prawosławnych. Chociaż tutaj, w naszej parafii mamy dobre relacje też z prawosławnymi, ale miałem także doświadczenia negatywne związane z kapłanami prawosławnymi, szczególnie w miastach położonych bliżej granic z Grecją. Czasem ich zachowanie względem nas, kapłanów katolickich było bardzo chłodne.

Jeśli chodzi o relację z Islamem, to nie mieliśmy problemów. Nawet przedstawiciele ich meczetu przychodzą składać nam życzenia na Wielkanoc czy na Boże Narodzenie. Siadamy wspólnie i rozmawiamy, czasem coś razem zjemy. Podobnie i my gdy jesteśmy zapraszani na święta muzułmańskie, idziemy wtedy do meczetu i też składamy im życzenia.

Inne religie rozpoznają nas jako kapłanów i to na początek wystarczy. Trudno mówić im od razu o tym, że jesteśmy franciszkanami, bo oni tego nie rozumieją. Chodzimy w habitach i to też jest środek ewangelizacji, choć może czasem nie jest to wygodne. Bez habitu nikt nie zadaje głupich pytań, nie zaczepia, jak to czasem bywa. Ale jednocześnie jest to możliwość, żeby zmniejszać ignorancję, aby odpowiedzieć na pytania, jakie nurtują tych ludzi. Uważam, że to jest bardzo dobre i myślę, że najczęściej ludzie odbierają pozytywnie fakt, że chodzimy wszędzie w habicie.

Można powiedzieć, że jest tu duża tolerancja. Z tego też jest Albania znana -szczególnie na Bałkanach – że jest jedynym państwem, w którym istnieje porozumienie i religijna tolerancja.

Myślę, że jest to efekt faktu, że komunistyczna dyktatura chciała wykorzenić każdą religię, dlatego też Albania została ogłoszona państwem ateistycznym. Dyktator traktował wszystkich równo i chciał po prostu pokazać, że ludzie w Albanii są przede wszystkim Albańczykami, a nie katolikami czy prawosławnymi.

Nieistniejące statystyki

Nie istnieją tu prawdziwe, aktualne statystyki, które pokazywałyby przynależność religijną obywateli. Parę lat temu starano się podczas zbierania statystyk włączyć do niej aspekt religii, tak, aby ludzie deklarowali swoją wiarę. Zależało na tym szczególnie Grecji, która chciała zbadać, ilu jest w Albanii muzułmanów. Jednak bez powodzenia. Jedyne oficjalne statystyki pochodzą sprzed II wojny światowej i można się z nich dowiedzieć, że 70% ludności to muzułmanie, 20% prawosławni i 10% katolicy. Wiadomo, że to wszystko się zmieniło, szczególnie po komunie, w czasie której te sprawy były zupełnie usuwane z życia społecznego. Po okresie komunizmu przyjechały tutaj różne sekty i kościoły protestanckie. Obecnie niektórzy mówią, że praktykujących muzułmanów może być ok. 30%.

Wzrasta natomiast liczba katolików. Procentowo ma ono coraz więcej wyznawców, na pewno jest więcej niż 10% – może 15%. Prawosławie wyznaje ok 20% – 23% społeczeństwa. W Albanii jest też jakiś procent ludzi, którzy nie zdeklarowali się co do swojego wyznania. I najczęściej ci ludzie nie są ateistami, bo jeśli by ich zapytać o to na ulicy, to odpowiedzą, że Bóg istnieje. W ciągu tych siedmiu lat spotkałem tylko jedną osobę, która powiedziała, że jest ateistką. W większości przypadków zawsze spotykałem ludzi, którzy mówią otwarcie, że wierzą, że Bóg istnieje, ale mają problem z określeniem swojego wyznania. Znamy wielu muzułmanów, którzy nigdy nie byli w meczecie. Ale mówią, że są z tradycji muzułmanami, więc w Pana Boga wierzą, ale jeśli chodzi o wiarę do końca nie wiedzą, kim są. Dopiero odzyskują swoją tożsamość.

„Wierzący niepraktykujący”

W Albanii jest bardzo wielu niepraktykujących, również prawosławnych. Większość z tych, którzy deklarują się jako prawosławni, po prostu nie praktykuje. Widać to nawet, gdy obchodzą swoje święta. Wprawdzie przyjdą do cerkwi, zapalą świeczkę na Wielkanoc i wracają do domu. Nie zostają na liturgii. Nie chodzą do kościoła regularnie. My jako kapłani, misjonarze katoliccy, staramy się ludziom uświadamiać Boże Przykazania i obowiązek przyjścia w niedzielę do kościoła. U prawosławnych czegoś takiego nie ma. Podobnie wygląda sytuacja z udzielaniem sakramentów – namaszczenie chorych, czy po prostu spowiedzi. Kościół prawosławny raczej tego nie praktykuje.

Problemem jest, że wielu prawosławnych – podobnie jak i katolików – uważa się za wierzących, choć nie są ochrzczeni. Tam górę bierze tradycja, a nie sakramenty. Dlatego, jak wspomniałem misja tutaj ma charakter pierwszej ewangelizacji. Trudno nawet mówić czasami o re-ewangelizacji, bo ludzie nie są ochrzczeni i czasem nie potrafią nawet odmówić modlitwy „Ojcze nasz”. Zapewne to skutek tego, że właśnie te pokolenia urodziły się w czasie komunizmu i wzrastały bez Kościoła. Nie mówię, że całkowicie bez Pana Boga, bo w rodzinie uświadamiano ich kim są, albo zachowywano religijne tradycje i elementy widoczne na przykład w przeżywaniu świąt. Nie było jednak żadnej relacji z Kościołem ani z kapłanem.

Ewangelizacja katolików

Może to trochę dziwnie brzmi, ale czasami trzeba ewangelizować katolików od postaw. Czasem też robimy katechumenat dla muzułmanów, bo przechodzą ze swojej wiary do Kościoła Katolickiego. Muzułmanie są chętni do współpracy, choć zaczynają od zera. Katolicy natomiast czasem chcą, by ich ochrzcić bez żadnego przygotowania, a często ich wiedza i znajomość prawd wiary czy podstawowych modlitw jest znikoma. Jeśli więc chrzci się osobę dorosłą, to trzeba mówić jej również o Eucharystii i o spowiedzi, bo ta osoba w czasie chrztu przyjmuje też te sakramenty. To jest czasem problem, bo ludzie często myślą, że to tylko chrzest. Nie wiedzą, że w ten dzień też otrzymają Ciało Pańskie i trzeba się również do tego przygotować, wyspowiadać…

Zaniedbane sakramenty

Mamy również wielu ochrzczonych katolików, którzy nie są bierzmowani. Staram się tych dorosłych jakoś przygarnąć, zrozumieć ich i wytłumaczyć, że również sakrament bierzmowania jest potrzebny. Czasem też niektórzy w ogóle nie chodzili do spowiedzi, więc tak naprawdę nie wiedzą, czym jest spowiedź…

Jak widać, trzeba katechizować także dorosłych. Najtrudniejsza jest właśnie praca z nimi. Trochę łatwiej jest spotkać się z dziećmi i młodzieżą i ich katechizować, ale dorosłych jest dużo trudniej, bo jednak też trzeba znać bardzo dobrze język. Młodzież często zna inne języki i to też bywa ułatwieniem. Korzystają z tego misjonarze, którzy nie znają albańskiego lub dopiero się go uczą.

Zaniedbany jest także sakrament małżeństwa. Większość młodych kobiet wychodzi za mąż, ale nie mają ślubu kościelnego. Dzieje się tak, ponieważ rodzice również nie brali takiego ślubu, ponieważ w czasie komuny nie było w ogóle o tym mowy. Zdarza się, że młodzi przychodzą i proszą o sakrament, ale to rzadkie sytuacje. Ludzie też myślą, że z sakramentem małżeństwa wiąże się jakaś wielka inwestycja, a że ludzie są biedni, to unikają tego. Są też jednak i tacy, którzy mówią, że nie biorą ślubu kościelnego świadomie, ponieważ wiedzą, że ten ślub jest wiążący na zawsze, aż do śmierci. Można by o tym długo mówić, bo to obszerny i skomplikowany temat. Myślę, że tu nie chodzi ani o pieniądze i o wydatki, ale o to, że oni jeszcze nie rozumieją tego, jak ważny jest ten sakrament małżeństwa i dla rodziny. Często dziewczyny wychodzą za muzułmanów i myślą, że z tego powodu już nie mogą mieć ślubu w kościele. Nie wiedzą, że istnieją małżeństwa mieszane. Różne są przyczyny, tutaj każdy przypadek powinien być rozpatrywany oddzielnie. Myślę, że trzeba ewangelizować całe rodziny. Czasem prowadzimy właśnie taką katechezę, korzystamy ze spotkań z rodzinami, odwiedzamy je, by zamienić z nimi chociaż parę słów.

W trudnej sytuacji znajdują się często kobiety, które w rodzinie nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Czasem starszy syn ma większą władzę i autorytet niż matka. Gdy powie na przykład swojej siostrze, że ta nie może chodzić do kościoła, to nie ma wyjścia. Matka też nie może nic na ten temat powiedzieć. To zdarza się również w rodzinach katolickich. Pytam czasem dziewczyn, dlaczego nie przychodzą do kościoła i w odpowiedzi słyszę, że brat im zabronił, a one nie mogą się sprzeciwić. Niestety, myślę, że ta muzułmańska mentalność, w której pozycja mężczyzny jest tak silna, wkradła się także do rodzin katolickich. Warto pamiętać, że kraj był okupowany przez Turcję przez 500 lat, więc – nawet gdy ludzie sobie tego nie uświadamiają – mentalność muzułmańska mocno weszła w tradycję, styl życia i wzajemne relacje. Są jednak i pozytywne, piękne sytuacje, takie jak nawrócenia w rodzinie. Mamy tutaj wiele nawróceń z islamu.

Misja specjalna

Wydaje mi się, że ta misja w Albanii bywa trudna, jeśli chodzi o mentalność ludzi. Na początku może szokować. Człowiek musi się adaptować, ważna jest inkulturacja. Polega ona także na tym, żeby trochę zrozumieć tę mentalność. Znając ich historię, wiedząc skąd to wszystko się bierze, człowiek zaczyna dostrzegać, jak wielki wpływ ma to na życie wspólnotowe. Warto pamiętać, że nie jest to taki typowy kraj postkomunistyczny, bo w żadnym z państw komunistycznych nie było takiej sytuacji jak tutaj. Tu ludzie byli izolowani od świata przez ponad 40 lat. Państwo zostało ogłoszone ateistycznym i to jest właśnie coś nietypowego, bo nawet komunizm w Polsce czy na Słowacji, czy nawet w innych państwach, nie burzył kościołów w takim sensie. Tutaj przerabiano kościoły na teatry, na sale sportowe, niektóre zostały zupełnie zburzone… W tej kwestii nie można porównać Albanii do żadnego innego państwa. To prześladowanie, które było tutaj, miało zupełnie inny wymiar. Mówi się nawet, że było to pierwsze państwo w Europie, a być może i na świecie, które ogłoszono ateistycznym i taki zapis widniał w konstytucji państwowej. Echo tych wydarzeń brzmi aż do dziś, więc misjonarz musi brać pod uwagę całą historię. W przeciwnym razie nietrudno się zrazić.

Ważne jest jednak, że jeśli ktoś chce w Albanii coś robić, działać, to nie ma przeszkód ze strony państwa. O. Ireneusz, który wcześniej pracował w Rosji stwierdził, że w Albanii są naprawdę dużo większe możliwości działania niż tam. Nie wiem czy jest łatwiej, ale można zrobić więcej. W tym roku zarejestrowaliśmy w państwie Zakon i nie było z tym większych problemów, natomiast w innych państwach, takich jak wspomniana Rosja, trudno jest coś takiego osiągnąć.

Ciągle zaczynać od nowa

Czasami po wakacjach pracę duszpasterską zaczyna się ponownie od zera… Zdarza się, że w ciągu roku na katechezę przychodzą grupki dzieci i młodzieży, a po wakacjach przestają na nią uczęszczać. Nie wiemy, dlaczego tak się dzieje.

Tutaj buduje się zawsze od nowa. Trzeba niektóre rzeczy powtarzać po kilka razy na katechezie. Jeśli więc ktoś jest nastawiony na tradycyjne duszpasterstwo to musi przygotować się, że tu jest inaczej. Potrzeba bardzo wiele czasu, aby ludzie zrozumieli i zaakceptowali wartość oraz ważność sakramentów. Nie tylko o ważność sakramentu małżeństwa, o którym wspomniałem, ale na przykład także o sakrament namaszczenia chorych. Wydaje mi się, że ludzie mają o nim bardzo małe pojęcie, bo większość ludzi nie wzywa kapłana, aby namaścić chorego, tylko powiadamiają, że potrzebny jest już pogrzeb.

Również przez komunizm nie ma jakiejś konkretnej relacji wiernych do kapłana. Księży wtedy w sumie nie było. Wielu z nich zginęło męczeńsko. W przygotowaniu jest proces ogłoszenia czterdziestu męczenników albańskich, i to tylko tych wybranych, bo było ich tu bardzo wielu. Często uczymy ludzi od podstaw – jak choćby używania pozdrowienia „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Ludzie powoli się uczą i w ciągu tych pięciu lat, gdy jesteśmy tutaj w parafii, widzę to coraz lepiej. Wierni nauczyli się pozdrawiać po katolicku, nauczyli się też spowiadać.

Północ – Południe

W naszej diecezji oprócz biskupa jest ośmiu kapłanów. Większość z nich skupiona jest w tej okolicy. Na przykład w naszym mieście, jest trzech księży: Nas dwóch pracuje w parafii, a trzeci kapłan z Kongregacji Józefitów prowadzi szkołę. Fier jest położone na skrzyżowaniu wszystkich dróg południa. Od nas mamy taką samą odległość – 40 km – do pobliskich parafii w Berat, w Lushnje i także do Vlory, gdzie pracuje tylko sam Ojciec Biskup. Wszyscy kapłani są u nas zakonnikami. Nie ma w diecezji księży diecezjalnych, choć wcześniej tu pracowali.

Południowa część kraju, gdzie my pracujemy, jest misją ad gentes. Można tak powiedzieć, bo jest tu wielu ludzi niewierzących i nieochrzczonych. Jest też wielu muzułmanów. Na północy jest zupełnie inaczej. Tam rzadko można spotkać prawosławnych, jest ich bardzo mało – może zaledwie kilkaset osób. Odwrotnie jest na południu – nas, katolików nie ma na południu Albanii nawet 1% w porównaniu z innymi religiami, natomiast na północy katolików jest stosunkowo dużo w porównaniu z tym, co jest na południu. Są takie diecezje jak np. Mirdita , która ma prawie 100% katolików. Ale tam też brakuje kapłanów. Jest tam tylko dziesięciu księży. Mnóstwo parafii nie ma kapłanów, niektórzy muszą opiekować się jednocześnie kilkoma dużymi parafiami. Na północy są już jednak powołania miejscowe i kapłani diecezjalni. Ale to wciąż za mało. Aby zobaczyć różnicę warto także spojrzeć na zaludnienie. Tu, na południu są dwa miliony ludzi, a na północy półtora. I tutaj jest tylko jedna diecezja, a na północy Albanii jest ich pięć. Na północy jest więc dużo więcej pracy, ponieważ trzeba posługiwać tym katolikom, którzy tam są. Tutaj natomiast praca jest jeszcze bardziej misyjna, bo – można powiedzieć słowami św. Franciszka – skierowana do Saracenów.

Pierwsze owoce

Pierwsza ewangelizacja wydaje już owoce. Są miasteczka, które w całości się nawróciły na wiarę chrześcijańską. Przykładem może być miasto, w którym pracują Siostry Szarytki. Istnieje w nim jeszcze meczet, ale nie jest już używany, a siostry zbudowały kościół.. Nawróciło się prawie całe miasto, a wcześniej nie było tam żadnego katolika… To wielki cud.

Mamy takich świadectw kilka – są miasteczka, w których był jeden albo dwóch katolików a dzisiaj jest ich setka albo nawet stu pięćdziesięciu. To jest właśnie duży postęp. Oczywiście nie wątpię, że i na północy jest rozwijana praca misyjna, ale to południe jest misyjne w takim ścisłym sensie. Nawet sami kapłani diecezjalni, Albańczycy pracujący na północy jeszcze parę lat temu byli przekonani, że my na południu nie będziemy mieli tu co robić, i że nie wiadomo, po co tu jesteśmy, skoro nie ma katolików. Pytali dla kogo będziemy pracować? Okazuje się jednak, że nie tylko zjeżdżają tu katolicy z północy, ponieważ tutaj życie jest trochę łatwiejsze pod względem ekonomicznym. Poza tym, jak wspomniałem nawracają się też muzułmanie czy wyznawcy innych religii. Na brak pracy nie możemy narzekać.

Dojrzewanie w powołaniu

Szczerze mogę powiedzieć, że wiele rzeczy zrozumiałem albo zaczynam rozumieć dopiero teraz, chociaż jestem tutaj zaledwie sześć lat. Zacząłem lepiej rozumieć, niektóre zachowania ludzi, niektóre ich wypowiedzi, ich sposób myślenia. Teraz też bardziej dojrzewam w moim powołaniu misyjnym. W jakim sensie? Na początku miałem więcej zapału, ale potem przychodziło zniechęcenie. Teraz widzę, że są pewne rzeczy, którymi raczej nie wolno się przejmować, bo człowiek by się zamęczył. Z drugiej strony szukamy też jeszcze lepszego sposobu podejścia do ludzi. Oni też już zrozumieli, że my coraz lepiej ich znamy, więc zmienił się także ich stosunek do nas. Tworzymy coraz więcej relacji opartych na zaufaniu.

Jeśli chodzi o wiarę to my, misjonarze też dojrzewamy w naszym powołaniu misyjnym. Uczymy się, bo jesteśmy młodzi, i wydaje mi się, że nabieramy doświadczenia życiowego. Studiowaliśmy wprawdzie misjologię, byłem na różnych kursach misyjnych, ale teoria to tylko jedna strona medalu. Doświadczenie życiowe jest bardzo potrzebne.

Bo bycie misjonarzem w Albanii jest może trochę inne niż w Afryce czy w Ameryce Południowej. Jest specyficzne, wyjątkowe i bardzo piękne.

Na podstawie rozmowy br. Piotra Łopatki z o. Jarosławem Carem, opr. Agnieszka Kozłowska

Za: www.franciszkanie.pl.