Częstochowa jest też w… Afryce!

100225e.png Afrykańską Częstochowę założyli austriaccy trapiści w roku 1888.
Austriacki trapista Franz Pfanner w roku 1882 założył opactwo w Południowej Afryce w prowincji Natal (kolonii brytyjskiej) w pobliżu dużego miasta Durban nad Oceanem Indyjskim, nadając temu miejscu nazwę „Wzgórze Marii Anny—Mariannhill".
Opat Franz Pfanner powziął ideę zakładania placówek misyjnych, którym nadawał nazwy miejscowości Ziemi Św., jak Betlejem, Emmaus, Jerycho, oraz sanktuariów europejskich: Asyż, Maria Tall, Kevelear, Lourdes, Częstochowa.

W roku 1888 założył placówkę misyjną pod nazwą „Misja Naszej Pani Częstochowskiej — Mission of Our Lady of Czenstochowa". Dla ułatwienia wymowy tubylczej ludności zmienił brzmienie nazwy na CENTOCOW (Sentokau). Wtedy też sprowadził z Polski kopię obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, obecną tu do dziś (z czasem przemalowano twarz według rysów murzyńskich).

W roku 1909 opactwo trapistów w Mariannhill — za zgodą Stolicy Apostolskiej — przekształciło się w odrębne zgromadzenie pod nazwą „Kongregacja Misjonarzy Mariannhill".

Ten sam opat Franz Pfanner założył misyjne zgromadzenie żeńskie — „Misjonarki Najdroższej Krwi Chrystusowej", obecne na terenie naszej misji w Centocow (głównie Niemki).

Mariannhilliści w latach 1910-1913 wybudowali piękny kościół, obok starego pierwotnego, który ma być odremontowany na sanktuarium M.B. Jasnogórskiej.

Oni to doprowadzili Centocow do największego rozkwitu, byli samowystarczalni dla siebie i w dużej mierze pomagali tubylczej ludności materialnie. Ale w początkach lat 1950 Generał tego Zgromadzenia przekazał wiele ich placówek misyjnych diecezji Mariannhill, a także misję w Centocow. Placówkę objął tubylczy ksiądz Murzyn. Misja powoli chyliła się ku upadkowi.

W dniu 28 X 1990 r. biskup Gerard S. Ndlovu na spotkaniu z Definitorium Generalnym przekonywująco dowodził, iż nasz Zakon powinien przyjąć oferowaną mu Afrykańską Częstochowę. Pozostawił też pisemną prośbę do O. Generała Jana Nalaskowskiego, przebywającego w tym czasie na wizytacji kanonicznej w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Towarzyszący ks. biskupowi ks. Jan Sobczak (kapłan diec. lubelskiej, pracujący na misjach w diec. Umzimkulu) również przekonywał i zachęcał do przyjęcia propozycji, ukazując wielce obiecujące perspektywy dla naszego Zakonu na kontynencie afrykańskim.

Zgodnie z życzeniem ks. biskupa wytypowano do Centocow dwóch Ojców i jednego Brata zakonnego. Są nimi: o.Stanisław Dziuba z Doylestown,Pa, o. Ignacy Stankiewicz z Leśnej Podlaskiej i br. Andrzej Adamus, również z Leśnej Podlaskiej.

W niedzielę 17 XI 1991 r. biskup G.S. Ndlovu przedstawił naszych trzech zakonników parafianom w Centocow jako przyszłych duszpasterzy i opiekunów placówki misyjnej.

Nasi trzej Współbracia przybyli na stałe do Centocow w piątek 22 XI 1991 r., rozpoczynając w najbliższą niedzielę, to jest 24 listopada, pracę duszpasterską, ale jeszcze pod kierunkiem dotychczasowego proboszcza ks. Mbokodwana Cosmas Gebashe.

Formalne przejęcie placówki i samodzielne jej prowadzenie rozpoczęło się z dniem 1 stycznia 1992 roku, chociaż dotychczasowy proboszcz odszedł dopiero po miesiącu.
Od samego początku nasi zakonnicy doznawali i nadal doznają ogromnej życzliwości i wszelakiej pomocy bpa ordynariusza G. Ndlovu. Także dużej życzliwości i pomocy doznawali i doznają nasi Współbracia od rezydującego na terenie naszej misji konwentu Sióstr Misjonarek Najdroższej Krwi Chrystusowej, a zwłaszcza ze strony przełożonej S. Winfried Foeckele.

W pracy misyjnej pomagają naszym Ojcom również siostry drugiego konwentu — czarnych Franciszkanek.

Praca duszpasterska tutejszych Ojców polega głównie na sprawowaniu sakramentów św. oraz nauczaniu Ewangelii poprzez głoszenie kazań. Katechizację dzieci, młodzieży i nieraz osób dorosłych przeprowadzają katechiści i katechistki zwani tutaj „leaderami". Rekrutują się oni głównie z grona nauczycieli szkół i różnych sodalicji, które tutaj są dość żywe i prężne. Ojcowie nasi zaopatrują ich w odpowiednie materiały i pomoce katechetyczne.

Dla dzieci (nierzadko i młodzieży oraz osób dorosłych) przed przyjęciem I Komunii św. odbywa się ok. 15-18 katechez, po których Ojcowie przeprowadzają egzamin. Również ok. 10 katechez przeprowadza się dla przyjmujących sakrament bierzmowania, oraz 3 katechezy dla rodziców (przychodzą przeważnie tylko same matki) przed chrztem ich dzieci.

Swoją stałą troską duszpasterską Ojcowie obejmują ok. 20 tysięcy katolików tubylczej czarnej ludności, zamieszkującej na terenie parafii Centocow i jej filii, zwanych tutaj „outstations", których jest 14. Najdalej odległe o 60 km wymaga prawie dwóch godzin jazdy samochodem po bardzo złej drodze, po deszczu (jak wszystkie inne) całkowicie nieprzejezdnej.

Obszar misji Centocow wynosi ok. 85 ha; w tym pola uprawnego 14, łąki 12 ha, ogrodu i sadu przyklasztornego 1,5 ha, i lasu ok. 60 ha.

Czasowo Ojcowie obsługują wakującą sąsiednią parafię Malenge. Do każdej wioski-filii dojeżdża się raz w miesiącu by sprawować sakramenty święte: chrztu, pojednania, Eucharystii z kazaniem, oraz po Mszy św. sakramentu chorych w poszczególnych domach. W każdą sobotę i niedzielę Ojcowie odprawiają po 3 Msze św. Udział wiernych we Mszy św. jest liczny, ale niestety tylko dzieci, młodzieży i kobiet. Mężczyźni, mimo usilnych przekonywań przez misjonarzy, bardzo rzadko biorą udział w świętej liturgii.

Przy parafii istnieją i wykazują się dużą działalnością Sodalicje: 1) Najśw. Serca Pana Jezusa. 2) św Anny i 3) Trzeci Zakon Franciszkański, dla młodzieży męskiej i zeńskiei Sodalicja Mariańska, dla dzieci Sodalicja Dzieciątka Jezus. Większość członków Sodalicji bierze udział w nabożeństwach pierwszopiątkowych. Jest też na bardzo dobrym poziomie prowadzony chór mieszany „Centocow Choir" rekrutujący się głównie z nauczycieli i młodzieży, liczący ok. 50 osób.

W ciągu niecałych dwóch lat obecności naszych Ojców w Centocow:
1) ochrzczono 727 osób (dzieci, młodzieży i osób starszych)
2) pobłogosławiono 65 par małżeńskich,
3) przyjęło I Komunię św. 400 osób (dzieci, młodzieży i osób starszych),
4) przystąpiło do sakramentu bierzmowania 497 osób (dzieci od lat 14, młodzież i osoby dorosłe, nawet w podeszłym wieku),
5) przyjęto do Wspólnoty z Kościołem Katolickim 12 osób,
6) odprawiono 35 pogrzebów (często pogrzeby są bez
udziału kapłana z różnych powodów: obyczajowych, przeszkód prawnych, nieobecności kapłana itp.).

Oprócz wyszczególnionej pracy duszpasterskiej parafialno-misyjnej, Ojcowie są też spowiednikami sióstr zakonnych oraz podejmują zorganizowane grupy pielgrzymie, zamierzają w przyszłości rozwinąć duszpasterstwo pielgrzymkowe na szerszą skalę.

Ojciec Generał Jan Nalaskowski z wikariuszem gen. o. Melchiorem Królikiem przebywali w RPA w dniach 7-26 X br.

Większość czasu spędzili w Centocow, uczestnicząc w życiu naszej wspólnoty i prowadzonej misji. O. Generał przeprowadził wizytację kanoniczną i po trzech Sesjach roboczych z udziałem bp. G. Ndlovu podpisał umowę pomiędzy diecezją Umzikulu a Zakonem Pawła I Pustelnika o ostatecznym przejęciu Centocow przez Paulinów. Tę ważną decyzję poprzedziły dwukrotne spotkania z parafianami i jedno w wiosce-filii. Po Mszy św. mieszkańcy w ramach akademii prezentowali rodzimą kulturę folklorystyczną.

Przemówienia o. Generała (tłumaczone na język tubylczy „zulu" przez czarną siostrę) przyjmowano z wielkim aplauzem (oklaski, okrzyki, śpiewy).

Pobyt w wioskach murzyńskich pozwolił zapoznać się z warunkami bytowo-mieszkalnymi; niesamowita bieda i prymityw, głód (na skutek bezrobocia większość ludzi wiejskich jada raz dziennie!), co jednak nie odbiera ludziom radości życia – z reguły są pogodni i zadowoleni, nader beztroscy: nigdy się nie spieszą. "Nie ma pośpiechu u Afryce" bo i po co?".

Kto znalazł pracę jest ogromnie szczęśliwy i nie krzywduje sobie, że musi pieszo iść do niej 18 km (tak jest z pracownikami zatrudnionymi przez naszą misję). Z radością przemierza te 18 km kobieta z workami mąki kukurydzianej na głowie, zadowolona, że ma co przynieść do domu, gdzie czeka na jedzenie 5-10 dzieci! Nasza misja jest punktem rozdzielczym darów przychodzących z zagranicy i także żywności dotowanej przez państwo; kiedyś gdy misja była w wielkim rozkwicie zapewniała pracę wielu ludziom; na razie można zatrudnić zaledwie 8 osób i to nie na warunkach słusznego wynagrodzenia — taki stan potrwa jeszcze lata, zanim misja „stanie na nogi" po żmudnej i wytężonej pracy Paulinów.

Jesteśmy przekonani, że ta placówka jest potrzebna i w zupełności pasuje do naszego ducha paulinskiego. Ludność tutejsza jest nam bardzo życzliwa, aczkolwiek bardzo trudna, ponieważ jeszcze bardzo silnie działają buszowe obyczaje i tradycje: zabobony, czary, zemsta, kradzież, lekkomyślna beztroska, powolność i lenistwo, brak większej wrażliwości na grzech itp; chociaż pięknie działają sodalicje, których członkowie są dość mocno zaangażowani w życie parafialne.

Melchior Królik, OSPPE
Jasna Góra

artykuł opublikowany w: Miesięcznik ‚Jasna Góra’. Rok XII. Nr 1(123), styczeń 1993 r., s.15-17.

 


Kazimierz Maniecki, OSPPE (K.M.): Cieszę się, że możemy gościć w Redakcji paulińskiego misjonarza z Afryki. Będę wdzięczny za przedstawienie Waszej Placówki misyjnej a także za kilka informacji o sobie. Jak to się stało, że trafił Ojciec na misje?

Ignacy Stankiewicz, OSPPE (I.S.): Pięć lat temu przybył do Polski Ks. Biskup Gerard Ndlovu z Republiki Południowej Afryki, z diec. Umzimkulu, aby prosić polskich biskupów o księży, dlatego, że w Jego diecezji kapłanów jest niewielu. Przybył również na Jasną Górę, do naszego Ojca Generała, by prosić o paulinów do pracy w placówce misyjnej, która nosi nazwę Częstochowa. Wtedy po raz pierwszy dowiedzieliśmy się, że istnieje Censtocow Mission – Częstochowa afrykańska. Ojciec Generał po konsultacji tej prośby z Radą Definitorów postanowił wysłać paulińskich zakonników. Wydaje mi się, że w podjęciu tej decyzji pomógł fakt, iż paulini stworzyli już ośrodek kultu i opiekują się Obrazem Matki Boskiej Jasnogórskiej w Częstochowie amerykańskiej i australijskiej. Z propozycją wyjazdu zwrócono się do mnie. Byłem bardzo zaskoczony, ale nie dałem odpowiedzi negatywnej. Potem padło pytanie, z kim jeszcze widziałbym się na tej placówce misyjnej? Zaproponowałem Ojca Stanisława Dziubę, który od czterech lat przebywał w Stanach Zjednoczonych, w naszym klasztorze, w amerykańskiej Cząstochowie i brata Andrzeja, którego dobrze znałem, bo pracowaliśmy razem w Leśnej Podlaskiej.

K.M.: Może zechciałby Ojciec powiedzieć teraz kilka słów na temat placówki, do której trafili paulini?

I.S.: Nasza afrykańska Częstochowa, została założona przez niemieckich zakonników, trapistów około 100 lat temu. Miejsce to nazwano "Częstochowa" prawdopodobnie ze względu na to, że zakonnicy otrzymali fundusze od polskiej księżnej, przypuszczalnie Ledóchowskiej (ciągle jdnak nie możemy odszukać dokumentów potwierdzających tę hipotezę), a także dlatego, że w tej wspólnocie zakonników było przynajmniej dwóch braci z Polski. Przy pomocy tubylców wybudowano bardzo ładny kościół, plebanię i kilka obiektów gospodarczych m.in. warsztaty, a w późniejszym czasie szpital dla czarnej ludności.

Do naszej misji należy 14 wiosek oraz szpital. Jest to misja położona w buszu i do najbliższego miasteczka mamy około 50 km. Bliżej jest do osady (14 km), skąd się rozpoczyna droga asfaltowa. W tej osadzie możemy zaopatrzyć się w pewne, niezbędne rzeczy, takie jak benzyna czy ropa, jest sklep rolniczy, ale misja jako taka jest położona w buszu.

K.M.: Kiedy trapiści opuścili tę placówkę?

I.S.: Trapiści niemieccy pracowali tam bardzo pięknie, a owoce ich pracy możemy oglądać jeszcze dzisiaj. Bardzo wielu ludzi na tym terenie należy do Kościoła katolickiego. Trapiści, którzy później, po reformie, przyjęli nazwę marionchiwistów nie mieli powołań, a miejscowych powołań nie przyjmowali, właśnie ze względu na brak powołań, po wielu latach pracy musieli tę misję opuścić. Od przeszło 20 lat na misji pracował czarny ksiądz, ojciec Gebashe. Księdzu Biskupowi wydawało się, że misja jest jednak zbyt rozelgła i trudna do obsłużenia przez jednego kapłana i dlatego pragnął sprowadzić zakonników – paulinów, aby zajęli się tym szczególnym miejscem.

K.M.: W jaki sposób Ks. Biskup dowiedział się o naszym zakonie, bo przypuszczam, że na kontynecie afrykańskim nie byliśmy znani?

I.S.: Powiedział mu o nas polski misjonarz, ks. Jan Sobczak z diec. lubelskiej, dawny pątnik Pieszej Pielgrzymki Warszawskiej na Jasną Górę. Ksiądz Sobczak pracował wcześniej w Zambii, a potem przeniósł się do Republiki Południowej Afryki, właśnie do diecezji Ks. Biskupa Gerarda. Właśnie od niego dowiedział się Biskup o Jasnej Górze i o paulinach.

K.M.: Jak wygląda Wasze codzienne życie i posługiwanie kapłańskie?

I.S.: Żeby dać odpowiedź na pytanie postawione przez Ojca Redaktora, muszę podzielić tydzień na dwie części. Sobota i niedziela jest związana przede wszystkim pracą w duszpasterstwie. W sobotę rano, o godz. 9.00 odprawiamy Mszę św. w wiosce, potem w południe, drugą Mszę św. w następnej wiosce. Wcześniej, przed Mszą św. słuchamy spowiedzi a po niej roznosimy do domów Komunię św. osobom chorym. Z drugiej wioski wracamy najczęściej późnym popołudniem. Po powrocie trzeba jeszcze przygotować nasz kościół do niedzielnej liturgii. W sobotę wieczorem odprawiamy zawsze Mszę św. dla chorych w miejscowym szpitalu.

Niedziela wygląda bardzo podobnie. O godz. 6.00 rano jest Msza św. w szpitalu dla służby zdrowia: dla pielęgniarek i sióstr zakonnych. O godz. 9.00 mamy Mszę św. w naszym kościele. Jest to główna Msza Św., na którą jeżeli nie ma deszczu, przychodzi około 600-700 osób, głównie kobiety i dzieci. Po tej Mszy św. przeważnie wyjeżdżamy do wiosek. Tak wygląda sobota i niedziela. Natomiast od poniedziałku do piątku pracujemy przede wszystkim fizycznie. Zatrudniamy kilku pracowników i z nimi pracujemy, czy to w polu, czy w ogrodzie, czy przy budowie lub rozbudowie naszej misji. Rozbudowujemy starą oborę a także salę parafialną – tym zajmuje się głównie Brat Andrzej. Upiększamy też teren wokół kościoła i plebanii, sadzimy sad itd. W tym czasie Ojciec Stanisław załatwia jeszcze wszystkie sprawy administracyjne. Tak mniej więcej wygląda tydzień w Częstochowie afrykańskiej.

K.M.: Czy staraliście się od początku wejść w specyfikię duszpasterską, jaką tam zastaliście, czy też wprowadzacie jakieś nowe polskie, paulińskie, formy duszpasterstwa?

I.S.: W pierwszym roku było trudno mówić o jakichś nowościach, ze względu na trudności językowe i poznawanie ludzi, ich kultury. Natomiast w drugim roku Częstochowa nasza stała się już jakby stolicą duchową diecezji, zresztą tak została nazwana przez Delegata Apostolskiego. Odbyło się kilka diecezjalnych rekolekcji. Pierwsze rekolekcje były dla członków Sodalicji Najświętszego Serca Pana Jezusa. Przybyli przedstawiciele tej Sodalicji z całej diecezji. Rekolekcje trwały przez piątek, sobotę i w niedzielę zakończyły się Mszą św. Przybyło na nie około 400 osób. Naszym obowiązkiem było dać im zakwaterowanie i wyżywienie,niemały to trud, którego musiał się podjąć Ojciec Stanisław. Dwa, trzy tygodnie później, odbyły się podobne rekolekcje dla Sodalicji pod wezwaniem św. Anny. Jest to bardzo popularna sodalicja w RPA. Potem odbyły się kolejne diecezjalne rekolekcje dla przedstawicieli Zakonu św. Franciszka. Tu już uczestniczyła mała grupa, około 50 osobowa. Muszę powiedzieć, że na zakończenie rekolekcji przybył Ks. Biskup, który celebrował Mszę św. i głosił Słowo Boże. Kiedy Ojciec Święty spotykał się z młodzieżą całego świata, u nas, w Częstochowie, zorganizowaliśmy diecezjalne soptkanie młodzieży. Z całej diecezji przybyło około 700 młodzieży. Misjonarze, głównie misjonarze polscy, pomagali w dowiezieniu jej i w spowiedzi. To spotkanie młodzieży rozpoczęło się w sobotę po południu. Potem było całonocne czuwanie a w niedzielę, na godz. 9.00 Ks. Biskup celebrował Mszę św. i głosił Słowo Boże. W ubiegłym roku, po raz piewszy, zorganizowaliśmy piesze pielgrzymki z 14 wiosek do naszej Częstochowy. W wigilię
uroczystości Matki Bożej Jasnogórskiej przyszło w tych pielgrzymkach 428 osób. Właściwie ludzie tamci nie mają pojęcia czym jest pielgrzymka. Przygotowywaliśmy ich przez długi okres czasu, tłumacząc sens pielgrzymki i jak ją organizować, że ma być na przedzie krzyż przez nich zrobiony i tablica z nazwą wioski, i że mają się modlić w czasie drogi: odmawiać różaniec i śpiewać pieśni. Coś z tych naszych wykładów zostało, bo kiedy witaliśmy, z Ojcem Stanisławem, przychodzących, krótkim Słowem Bożym i modlitwą i kropiliśmy pielgrzymów świeconą wodą, czuć było ducha pielgrzymkowego. Nadchodzące grupy, rozśpiewane, grające na różnych, bardzo prostych instrumentach, np. rurkach metalowych, czy stukające rytmicznie, choćby w książeczki do nabożeństwa, wnosiły tę atmosferę pielgrzymki.

W uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej Mszę św. celebrował Ks. Biskup a po niej odbyła się jeszcze procesja z Najświętszym Sakramentem. Na zewnątrz kościoła, przy kopii Obrazu Częstochowskiego, na przygotowanym ołtarzu, został umieszczony Najświętszy Sakrament, nasz chór kościelny zaśpiewał Litanię Loretańską a na zakończenie uroczystości pobłogosławiono wszystkich Najświętszym Sakramentem.

Jeżeli chodzi o jakąś specyfikę polską, to czymś nowym była wprowadzona przez nas procesja rezurekcyjna. Trzeba było tłumaczyć, nawet Ks. Biskupowi, który również na Wielkanoc przybył do nas, jak ta procesja ma wyglądać.

Nowością było też wprowadzenie uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej.

Inna rzecz specyficzna, której tam wcześniej nie było, to uroczystość Wszystkich Świętych, zorganizowana dla tych ludzi. Ojciec Stanisław z "Agendy" przetłumaczył modlitwy przy poszczególnych stacjach. Zrobiliśmy bardzo symboliczne stacje na cmentarzu, przy których modliliśmy się za zmarłych. Potem na cmentarzu odprawiliśmy Mszę św. Przyszło bardzo dużo ludzi, którzy ogromnie to przeżyli. Trudno sobie wyobrazić, żeby tego zabrakło w latach następnych.

To są najważniejsze wydarzenia duszpasterskie jakie miały miejce w ostatnim roku. Wydaje mi się, że wszystkiego nie da się przeszczepić, ale wiele rzeczy można przenieść.

K.M.: Czy Ks. Biskup jest otwarty na te Wasze "nowości"?

I.S.: Ks. Biskup pozostawia nam w tym względzie wolną rękę, ma świadomość duchowego bogactwa naszego Kościoła w Polsce i dlatego wszystko, co mu proponujemy, przyjmuje z wielką radością, czy to będzie procesja rezurekcyjna, czy procesja do czterech ołtarzy w Boże Ciało.

K.M.: Czy praca misyjna nie przeszkadza w zachowaniu porządku zakonnego? Czy da się pogodzić te dwa powołania, misyjne i zakonne?

I.S.: Na początku było bardzo trudno zorganizować wspólne życie duchowe, stąd przez jakiś czas wszystkie praktyki zakonne odbywały się indywidualnie, najczęściej w swoim pokoju, natomiast już od kilku miesięcy spotykamy się na modlitwy wspólne. Rano mamy codziennie Mszę św. o godz. 6.00, po Mszy św. zostajemy na półgodzinne rozmyślanie w bocznej nawie kościoła, potem jest "Jutrznia". Po śniadaniu, o godz. 8.00, rozpoczynamy pracę z naszymi pracownikami. Po raz drugi na wspólnej modlitwie gromadzimy się o 17.30. Ponownie, pół godziny trwa rozmyślanie, odmawiamy "Nieszpory", "Kompletę", wcześniej jest Litania do św. Pawła Pustelnika i kończymy naszą modlitwę wieczorną Apelem Jasnogórskim. Brewiarz odmawiamy wspólnie w języku angielskim, natomiast w sobotę i niedzielę, ze względu na pracę w wioskach, odmawiamy indywidualnie. Także "Godzinę Czytań", za pozwoleniem Ojca Generała, odmawia każdy prywatnie.

K.M.: Obchodzimy Rok Rodziny – czy mógłby nam Ojciec powiedzieć o sytuacji rodziny afrykańskiej, na przykładzie rodzin z Waszej misji? Jakie są problemy?

I.S.: Z pewnością są takie rodziny, które mogą służyć przykładem dla naszych, polskich rodzin, ale problem rodziny jest w tamtej kulturze skomplikowany, dlatego, że ich kultura dopuszcza wielożeństwo, stąd większa swoboda, która ujemnie wpływa na życie rodziny.

Innym problemem jest fakt, że jeśli ktoś pracuje daleko, np. w kopalni, to przyjeżdża do swojej rodziny bardzo rzadko, najczęściej raz w roku. Jest rzeczą niemożliwą, aby rodzina przeniosła się do miejsca pracy ojca, stąd on ma drugą rodzinę tam, gdzie pracuje. Wiele rodzin żyje bez ślubu kościelnego, chociaż chcieli by go zawrzeć. Na przeszkodzie stoi tradycja, że narzeczony musi zapłacić bardzo wysoką cenę za narzeczoną. W obecnej sytuacji, kiedy jest tak wielkie bezrobocie, młodzi nie są w stanie tego uczynić, natomiast rodzice nie chcą dać pozwolenia na ślub bez zapłaty, bo to jest jedyna okazja do ich wzbogacenia się. Rodziny są wielodzietne, siedmioro, ośmioro, dziewięcioro dzieci i przez te różne problemy dzieci są najbardziej poszkodowane.

K.M.: Jak wygląda sytuacja ewangelizacyjna, kto do tej pory tym się zajmował, czy byli świeccy katecheci, czy też dopiero Ojcowie rozpoczęli tę pracę?

I.S.: Trudno nam powiedzieć jak nasz poprzednik prowadził duszpasterstwo. Faktem jest, że ludzie bez ślubu przystępowali do Komunii św. i spowiedzi i brak ślubu kościelnego nip stanowił dla nich żadnej przeszkody. Kiedy po naszym przybyciu ogłosiliśmy, że spowiedź i Komunia św. osób, które mogą zawrzeć sakrament małżeństwa, a żyją bez jest świętokradztwa, to w parafii zrobiło się ogromne zamieszanie. Niektórzy buntowali się przeciwko takim rozporządzeniom. Po tym ogłoszeniu w parafii odbyło się sporo ślubów. Przychodzili nawet ludzie starzy, którzy chcieli w końcu przyjąć sakrament małżeństwa. Czasami zdarzało się nawet, że kobieta przyprowadzała swojego męża, który nie był ochrzczony. Po przygotowaniu i chrzcie świętym męża zawierany był ślub. Natomiast do katechizacji dzieci i młodzieży mamy katechetów wybranych po kilku z każdej wioski i nasze zadanie polega na przygotowaniu ich do prowadzenia spotkań czy lekcji religii z dziećmi i młodzieżą. Dotyczy to przede wszystkim dzieci przed pierwszą komunią św. Katecheci przychodzą do nas na nauki, czasami na dwa dni, otrzymują wcześniej przygotowane materiały w języku zulu, a także to wszystko, co jest im potrzebne, jak dzienniczki, długopisy itp. Tak przygotowani uczą już na miejscu, w swoich wioskach. Ktokolwiek chce przystąpić do Komunii św. czy do sakramentu bierzmowania musi zgłosić się na przygotowanie do katechetów na trzy nauki, żeby dowiedzieć się co to jest sakrament chrztu św. W tym zakresie katecheci są także przeszkoleni przez nas. W szkole nie uczymy ze względu na to, że tam jest wiele różnych wyznań. Drugi powód to duże odległości i bardzo słabe drogi, albo w ogóle brak dróg w tych wioskach. Dotarcie do wiosek z Mszą św. i do chorych, to jest nasze główne zadanie, natomiast katechizację prowadzą katecheci świeccy.

K.M.: Czy można mówić o systematycznej katechizacji, czy raczej jest ona okazjonalna?

I.S.: Jest to systematyczna katechizacja, jeżeli chodzi o dzieci przed Pierwszą Komunią św. i przed bierzmowaniem, natomiast jeżeli nasze kazanie uznać za katechezę, to również można powiedzieć, że jest to katecheza systematyczna, dlatego, że w naszych kazaniach staramy się mówić na sposób katechetyczny. Są to cykliczne kazania na temat Bożych przykazań, na temat Mszy św. i sakramentów. Przykładowo na temat jednego przykazania poświęcamy dwa – trzy kazania. Z tymi cyklicznymi kazaniami docieramy wszędzie. To jest katecheza wszystkich.

K.M.: Jak tam wygląda nauka? Czy wszystkie dzieci mają możliwość uczenia się systematycznego?

I.S.: W RPA nie ma obowiązku nauczania. Do szkoły chodzą tylko ci, których stać opłacić szkołę, kupić książki, mundurki i wszytko potrzebne do szkoły. Kogo nie stać siedzi w domu. Najwięcej jest takich dzieci, które ukończyły jedną lub dwie klasy.

K.M.: W związku z tym, jedyną formą uczenia się pozostaje katecheza niedzielna?

I.S.: Tak, oraz katecheza przed I Komunią i bierzmowaniem. Kiedy kończy się katecheza przed I Komunią św. my przeprowadzamy egzamin z wiadomości u dzieci, i jeżeli ten egzamin zdadzą, odbywa się pierwsza spowiedź i Komunia św.

K.M.: Czy możecie mówić o wyraźnym wpływie chrześcijaństwa na życie tych ludzi, bo wcześniej już było wspomniane, że są silne związki z tradycją, czy też powoli zauważa się zmianę mentalności tych ludzi?

I.S.: Ludzie są bardzo podatni na wiarę, jakąkolwiek, na jakiekolwiek wierzenia. Dlatego też czarownicy, którzy ciągle tam są i mają dosyć wysoką pozycję, mają pełne ręce roboty. Wielu korzysta z ich usług i rzeczywiście wierzy. Ta różnica może dotyczy tylko wykształconych ludzi, nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek – oni już nie korzystają z posług czarowników. Myślę, że katolicy nasi, choć może w mniejszym stopniu niż inni, korzystają z tego. W kazaniach próbujemy poruszać ten problem, że jest grzechem wierzenie w zabobony, ale przy spowiedzi wychodzi, że jednak nie wszystko w tym względzie jest prawidłowe.

K.M.: Po trzech latach służby dla tych ludzi miał Ojciec okazję być na urlopie, czy teraz Ojciec wraca do nich z utęsknieniem?

I.S.: Została tam cześć mnie samego. Jeżeli pomyślę tutaj, o ojczyźnie, o rodzinie, o znajomych, o zakonie to na pewno wielkiej ochoty na wyjazd nie mam. Z kolei, jeżeli się przeniosę myślami na tamten teren, wśród tamtych ludzi i pomyślę o ich zapotrzebowaniu na księdza, zwłaszcza białego misjonarza, wracam z radością.

K.M.: Chciałem bardzo serdecznie podziękować za rozmowę. Mam nadzieję, że Miesięcznik dociera do Was i jest namiastką polskości.

I.S.: Zapomniałem wcześniej powiedzieć, że "Jasna Góra" najbardziej nas trzyma w łączności z Zakonem, bo każdy numer i artykuły, szczególnie "Kronikę", śledzimy bardzo uważnie i w ten sposób wiemy o wydarzeniach, które miały miejsce w Zakonie i na Jasnej Górze. To nas trzyma i sprawia, że nie oddalamy się od Zakonu. Stąd na ręce Ojca Redaktora składamy "Bóg zapłać"!

Artykuł opublikowany w: Miesięcznik ‚Jasna Góra’. Rok XIII. Nr 1(134), styczeń 1995 r., s.10-13.

Zobacz więcej o paulińskiej misji w: Centocow