Kościół rodziną silny. Felieton Dariusza Kowalczyka SJ

Od lat twierdzę, że kondycja Kościoła zależy przede wszystkim od kondycji katolickich rodzin. To w rodzinach rodzą się powołania kapłańskie. To rodzice są pierwszymi nauczycielami wiary i na niewiele zdadzą się wysiłki katechetów, jeśli dziecko otrzymuje w domu antykatechezę. Oczywiście, w życiu bywa różnie… Kiedyś do seminarium zgłosił się młody człowiek, którego matka była zdecydowaną ateistką, a ojciec świadkiem Jehowy. Kandydata do kapłaństwa w świat wiary katolickiej wprowadziła babcia. Rozwijając hasło: „Rodzina Bogiem silna”, trzeba powiedzieć, że Kościół silny jest rodziną – albo słaby, jeśli rodzina słaba.

 
Tym bardziej ucieszyłem się, że na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie zorganizowano Dzień Akademicki na temat: „Małżeństwo i rodzina w wieloreligijnym i wielokulturowym społeczeństwie”. Najpierw odbyły się różnego rodzaju konferencje i dyskusje na poszczególnych wydziałach, a potem sesja plenarna. O małżeństwie i rodzinie rozprawiano m.in. od strony filozofii, teologii, psychologii, socjologii, misjologii czy też prawa kanonicznego. A rozprawiali nie tylko księża, ale przede wszystkim świeccy, małżonkowie, ojcowie i matki. Pomyślałem sobie, że podzielę się z czytelnikami „Idziemy” kilkoma refleksjami, które sobie zanotowałem uczestnicząc w tym akademickim, a zarazem jak najbardziej bliskim codziennego życia wydarzeniu.
 
Jeden z prelegentów mówił o małżeństwie jako dialogu. A jakie są zasadnicze elementy autentycznego dialogu? Po pierwsze, strony dialogu mówią o tym, co dla nich rzeczywiście jest ważne, w co naprawdę wierzą. Po drugie, każdy jest gotowy, aby w jakiejś mierze zakwestionować i zrewidować własne stanowisko, „swoją prawdę”. I po trzecie, w dialogu inny człowiek jest dla mnie ważny. Trzeba przy tym pamiętać, że drugi człowiek, nawet ten najbliższy, jest inny, nie jest mną i nie mogę próbować wchłonąć go w siebie, jeśli chcę budować prawdziwą relację. Małżeństwo nie polega na fuzji i ujednoliceniu, ale na jedności w różnorodności. Zaakceptowanie inności drugiej osoby wymaga gotowości do poświęcenia się, zrezygnowania z własnych zapatrywań, „umierania” dla drugiego.
 
Pewien doktorant, mąż i ojciec, zauważył, że człowiek jest nieustannie kuszony, by szukać jakiegoś idola, czyli bożka, w którym pokłada się nadzieję. Bywa, że ktoś robi sobie idola z małżeństwa. Dzieje się tak wówczas, kiedy małżeństwo rozumiane jest jako „fabryka szczęścia”. „Masz mnie uczynić szczęśliwym/szczęśliwą!” – zdaje się mówić ten/ta, który/a z małżeństwa uczynił/a sobie idola. Tymczasem trzeba pamiętać, że druga osoba w małżeństwie jest darem Boga, a nie samym Bogiem, który nas zbawia. Idealizacja małżeństwa często bardzo mu szkodzi. Idolowi (bożkowi) można przeciwstawić ikonę, czyli obraz, który przez chwilę zatrzymuje na sobie, ale zaraz potem odsyła dalej, do samego Boga. Małżeństwo jest czymś bardzo ważnym, ale by się nie zadusić, powinno być otwarte na Nieskończoność. Miłość małżeńska jest bliskością, ale nie może być ucieczką od samotności, której każdy doświadcza i która jest miejscem spotkania z Tajemnicą istnienia, której nie wypełni żaden, nawet ukochany, człowiek.
 
Profesor socjologii mówił ciekawie o rodzinie we współczesnym społeczeństwie, które charakteryzuje się coraz większą „płynnością”, niedojrzałością, lękiem przed wiążącymi decyzjami. Ludzie całymi latami „się obwąchują”, ale boją się zaufać sobie na całe życie. Interesująca była też dyskusja na temat praw poszczególnych wyznań i religii odnośnie tzw. małżeństw mieszanych, czyli pomiędzy osobami różnych wiar. Takie małżeństwa narażone są na różne trudne sytuacje (szczególnie w przypadku katoliczki i muzułmanina), ale – z drugiej strony – mogą być swoistymi laboratoriami ekumenizmu i dialogu między religiami: uczenia się jedności bez zamazywania różnic.