O kapłaństwie przy Wielkim Czwartku

– Kapłan dojrzewa rozwija siebie i swoje powołanie, czasem także na błędach – powiedział o. Marian Waligóra, paulin z Jasnej Góry. Przy wielkim Czwartku, z ojcami paulinami słów kilka o kapłaństwie. O meczach piłki nożnej, o przeżywaniu Eucharystii, o bieganiu i ubezpieczeniach zakonnych. Bo kapłani też ludzie i zarówno pasje, jak i poczucie humoru też mają.

Twórcą wszystkiego jest Bóg; to zasadniczy fundament naszej wiary. Stwórca mając nic, wykreował wszystko. Podobnie było z kapłaństwem… Chrystus przyjmując postać człowieka przyszedł na ziemię i wychowywany w rodzinie, żył między ludźmi. W pewnym momencie spośród całej ludzkości wybrał dwunastu i pozwalając im być przy sobie, przygotował ich do prowadzenia w wierze całych pokoleń.

Ot, cała historia. A jednak – zdecydowanie nie jest tak banalna… Tak, jak przy stworzeniu świata, Bóg z nicości „wyrzeźbił” doskonałość, tak ustanawiając sakrament kapłaństwa, Chrystus z marności, jaką jest człowiek, uformował przewodnika. I tu kryją się dwie ciekawostki: po pierwsze, że na następców swojej boskiej osoby wyznaczył grzesznych ludzi, po drugie – uczniowie przy doskonałym Kapłanie, ucząc się od Niego, trwali jedynie chwilę (w perspektywie tych setek i tysięcy lat, które już minęły rzecz jasna), później powrócił On do „Domu Swojego Ojca”.

Oj, ci kapłani…

Jak posłuchać rozmów przy stole świątecznym czy żywiołowych dysput na tematy wszelakie prowadzonych przez absolwentów „Akademii Oceniania Innych” na kierunku „Spec Od Wszystkiego”, okazuje się, że doskonale wiemy, jakie błędy kapłani popełniają. Dostrzegamy ich niedociągnięcia, potknięcia, winy. Nie do końca mamy koncepcję, co i jak robić powinni, ale za to doskonale wiemy, gdzie niedomagają. W tym miejscu, niczym as z rękawa, wychodzi na światło dzienne pytanie – czy modlimy się za kapłanów? Czy w duchu ewangelicznej troski o bliźniego mamy odwagę stanąć z kapłanem twarzą w twarz i powiedzieć otwarcie „słuchaj, nie lubię, kiedy robisz to, czy tamto” i co najważniejsze – wytrwać stojąc przed nim, by dać mu szansę odnieść się do tej krytyki?

Ale zostawmy te pytania na boku, bo niekoniecznie muszą być wygodne dla co poniektórych…

I żeby nikt opacznie mnie nie zrozumiał – stronię od wystawiania kapłanom laurki! Chodzi mi o zwykłą ludzką przyzwoitość. Jeśli kogoś o coś obwiniamy, miejmy odwagę stanąć z nim w prawdzie i powiedzieć to otwarcie, by miał szansę zapytać „why?”, znaczy „dlaczego?” i przedstawić swój punkt widzenia. Bo bez względu na to, jak bardzo wyidealizowany mamy obraz kapłaństwa i kapłanów i jak wysokich standardów od nich oczekujemy, kapłan też człowiek i błędy popełniać może.

Z krwi i kości… i z rodziny

Bóg tworząc człowieka użył gliny. Jednej. Dla wszystkich. Nie było oddzielnego „pakietu na księdza”. I w tym miejscu dotykamy wspomnianej już ciekawostki pierwszej – przy wysoce rozwiniętych dobrodziejstwach świata współczesnego, nie dotarliśmy jeszcze do momentu, gdzie kapłanów zamawiamy przez Internet, a po odpakowaniu ich z kartonowych pudełek, odcinamy im metkę „mejd in czajna”. Księża niezmiennie wzrastają w rodzinach. W rodzinach przychodzą na świat, w nich też się wychowują i kształtują swój indywidualny świat wewnętrzny, który pozwala im otworzyć się na Boży głos wzywający do bycia pasterzem. I jak kiedyś powiedział mi najmłodszy stażem na Jasnej Górze paulin, czyli ojciec Tadeusz Iwaszczyszyn – kapłani potrzebują wokół siebie świeckich. – To niezmiernie istotne, żeby mieć kontakty z rodzinami oraz żeby mieć przyjaciół – tak mi powiedział. W sumie to miał rację, bo jeśli odseparujemy duchownego od innych ludzi, stanie się to niebezpieczne. Raz, że zubożeje jego umiejętność nawiązywania i podtrzymywania relacji, a dwa – człowiek jest istotą relacyjną i w odosobnieniu może zostać wpędzony w chorobę psychiczną.

Ojciec Tadeusz ma rodzeństwo i tego typu potrzeby (spryciarz jeden) realizuje wśród swoich najbliższych. W tym pomaga mu też pasja – jego zamiłowanie do piłki nożnej. Kiedy chodzi z rodzonymi braćmi na mecze Śląska Wrocław, daje upust sportowym emocjom, przebywa wśród innych kibiców i produkuje endorfinki, które później przekładają się na jego lepsze samopoczucie, a to natomiast pozwala mu być lepszym księdzem, zakonnikiem, współbratem, spowiednikiem i tak dalej…

A swoją drogą – to niewyobrażalne – Śląsk Wrocław? Przecież liczy się tylko Raków Częstochowa, ale tę kwestię pozostawimy do omówienia przy kolejnym spotkaniu… A tak na poważnie, najdoskonalszym Kapłanem jest Chrystus. On – Syn Boży. Kapłani, których znamy my, są ludźmi takimi samymi jak my. Skoro pochodzą z rodzin, wynoszą z nich zarówno dobro, jak i wszelkie zranienia i ułomności. Jeśli jakiś kapłan nie jest idealny, to tylko dlatego, że jest po prostu człowiekiem, i jak każdy człowiek popełnia błędy.

Ubezpieczenia zakonne

O ubezpieczeniach zakonnych rozmawiałam z ojcem Marcinem Osmulskim. Na Jasnej Górze posługuje dopiero od kilku miesięcy i jest opiekunem Kaplicy Św. Józefa. Nie wiem, czy będzie to dużym zaskoczeniem, ale poinformował mnie, że ubezpieczeń takowych… nie ma. – Zakonnicy nie są „ubezpieczeni” od tego, żeby nie pogubić się na drodze przy Panu Bogu – zażartował.

No i tu „klapa” rzec by można… cóż robić będąc w takim impasie…? Ale spokojnie Szanowny Czytelniku – o to też zapytałam… Sprawa ma się tak, że duchowni opierają się na Bogu i na Eucharystii. I tu znowu połączymy sobie dwie kwestie. Jedną z nich jest wspomniana już wcześniej ciekawostka druga – Chrystus swoją działalność rozpoczął na kilka lat przed śmiercią, a ukrzyżowany został jako 33-latek. Na oko jego uczniowie czasu z Nim spędzonego mieli tak ze trzy lata, czyli, gdyby porównać sobie to do czegoś nam znanego – uczniowie mieli czas na „branżówkę” bądź wyrobienie sobie „licencjata” z prowadzenia wiernych. Do „magisterki” „dołożył” się Duch Święty zstępując na nich i ich oświecając. Teraz tą ciekawostkę połączymy (ponownie) z potrzebą modlitwy. Znowu padnie pytanie: czy modlimy się za kapłanów…? Właśnie dlatego, że Chrystus nie jest obecny między nami, tak, jak obecny był między apostołami, księża potrzebują nieustannej modlitwy. Nie tylko o nowe powołania, ale i o wytrwanie w swoim powołaniu, o to by pragnęli Chrystusa i trwali przy Nim najbardziej kurczowo jak tylko to możliwe. I żeby później nie było, to ojciec Osmulski potrzebę modlitwy potwierdzał.

A tak bardziej serio, to podzielił się ze mną także spojrzeniem na Mszę świętą z tej „drugiej” strony. Stwierdził, że dla księdza Eucharystia powinna zacząć się wcześniej niż z dźwiękiem dzwonków w kościele. Powinien się do niej przygotować – wyciszyć, pomodlić, ofiarować Chrystusowi to wszystko, co ma teraz w sobie: dziękczynienie, radości, smutki i niedomagania. Stwierdził, że całkowicie oddając siebie Jezusowi, nie musi myśleć już o niczym i to jest właśnie najfajniejsze, bo wszystko Bogu zawierzając ma się pewność, że wszystko się ułoży. I tu przyznał otwarcie, że nie zawsze się to kapłanom udaje…

Znowu pasuje przypomnieć – kapłan też człowiek i potknąć się może, ba! – nawet czasami nos musi wysmarkać…

Ojciec Marcin dodał jeszcze, że Msza nie kończy się wraz z błogosławieństwem – kapłan powinien mieć czas uradować się zjednoczeniem z Chrystusem.

O hierarchii, biegach i różnych wyzwaniach

Na początek kilka rozróżnień. Ojciec jest bratem, ksiądz nie jest ojcem, a brat nie jest żadnym z nich – proste, nie? No chyba nie do końca… To powoli: mężczyzna wstępując do zakonu zostaje bratem zakonnym. Mężczyzna przyjmując sakrament kapłaństwa zostaje księdzem. A zakonnik (no brat w sensie), który przyjmuje sakrament kapłaństwa zostaje ojcem zakonnym. Jak to już wiemy, to przejdźmy lewel wyżej – kim jest przeor? Gdyby porównania szukać w korpo-uniwersum, to Generał Zakonu jest jak CEO – podejmuje decyzje dla wszystkich filii, Definitorzy są jak rada nadzorcza – wspierają Prezesa i podejmują decyzje w danej przestrzeni w Zakonie, a Przeor jest jak dyrektor filii – zarządza swoim klasztorem.

Po co o tym mówię? Ano po to, że teraz zgrabnie chcę przejść do ojca Mariana Waligóry. Jeśli chodzi o moich rozmówców, ma on najdłuższy staż kapłański, bo ponad 30 lat. No i właśnie na przestrzeni jego drogi paulińskiej zdarzyło mu się także być przeorem. A jak większość korpo-szych zapewne dobrze wie, bycie „grubą fiszą” nie wiąże się jedynie z popijaniem kawy w gabinecie, ale w większości z obowiązkami, rozwiązywaniem masy zawiłych sytuacji. I kiedy ojciec Marian tak „przeorzył” na Jasnej Górze, to musiał czasem, jak sam z resztą to określił – „przewietrzyć głowę”. Potrzebował sportu, który pozwoliłby mu na zrzucenie z siebie stresu i złapanie dystansu do pewnych spraw, dlatego biegał. W sumie to nadal biega. W maratonach zasuwa nawet. Wspina się. Zdjęcia robi. A jak patrzy na powołanie? Na powołanie patrzy przez pryzmat daru. Ma świadomość, że na ten dar trzeba odpowiedzieć „godnie”. Kapłaństwo i życie na Jasnej Górze jest dla niego pięknym doświadczeniem. – Nie zamieniłbym tego na inną formę życia – powiedział.

I cóż tu podsumować…? Lubią być kapłanami. Znają swoje słabości i ograniczenia, ale nie pozwalają im zdominować siebie i swojego powołania. Są przewodnikami dla nas, świeckich. Niedoskonałymi, ale żaden nawet nie próbuje obalać tej tezy.

Spowiadają. Odprawiają Msze święte. Oddają siebie Chrystusowi każdego dnia. Prowadzą wiernych. Są…

Maria Kopacka-Fornal / news.jasnagora.pl

Wpisy powiązane

Życzenia Bp. Jacka Kicińskiego CMF

Przewodniczący Komisji Charytatywnej KEP na Niedzielę Miłosierdzia: Stawajmy się uczniami – misjonarzami Miłosierdzia

370. rocznica Ślubów Lwowskich