O. Paweł Latusek OMI: beatyfikacja Eugeniusza de Mazenoda jest potwierdzeniem, że wzór jego życia to droga do świętości

W tym roku obchodzilismy 50 rocznicę beatyfikacji ojca Eugeniusza de Mazenoda, założyciela Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Swoimi wspomnieniami z tego wydarzenia podzielił się o. Paweł Latusek OMI, który wczoraj w parafii pw. Chrystusa Króla w Poznaniu obchodził swój jubileusz 50-lecia kapłaństwa.

Karolina Binek: 19 października, minęła pięćdziesiąta rocznica beatyfikacji ojca Eugeniusza de Mazenoda, założyciela Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Jak Ojciec wspomina tamten czas?

Ojciec Paweł Latusek OMI: – W mojej pamięci tamten czas, a właściwie cały rok 1975, zapisał się jako wyjątkowy. Złożyło się na to kilka wydarzeń. Podobnie jak w bieżącym roku, w 1975 Kościół obchodził Rok Jubileuszowy, Rok Święty. Ja miałem to szczęście, że właśnie wtedy, będąc studentem Papieskiego Uniwersytetu Gregorianum, przebywałem w Rzymie. Mogłem więc z bliska śledzić najważniejsze celebracje Roku Świętego, a w niektórych osobiście uczestniczyć.

Dla oblatów najważniejszym wydarzeniem Roku Jubileuszowego miała być zapowiedziana na Niedzielę Misyjną beatyfikacja ojca założyciela. Bieg procesu beatyfikacyjnego dobiegał końca: w roku 1970 papież Paweł VI zatwierdził dekret o heroiczności cnót ojca Eugeniusza. Cztery lata później miało miejsce potwierdzenie dwóch cudów przypisywanych wstawiennictwu czcigodnego sługi Bożego. Ojciec Święty wyznaczył datę beatyfikacji na 19 października 1975 r. W zgromadzeniu rozpoczęły się intensywne przygotowania do tego wydarzenia.

Dla mnie osobiście równie ważnym wydarzeniem wpisującym się w Rok Jubileuszowy 1975 były święcenia prezbiteratu, które przyjąłem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Szafarzem sakramentu był biskup misyjny Jean Pasquier z Kamerunu. Beatyfikację przeżywałem więc jako gorliwy neoprezbiter.

Wypada jeszcze wspomnieć, że tegoż 19 października 1975 r. przypadała Światowa Niedziela Misyjna, a uroczystości beatyfikacyjne wpisywały się w ramy tej niedzieli. Dlatego, aby podkreślić wymiar misyjny Kościoła, papież Paweł VI dokonał wtedy beatyfikacji czterech osób zasłużonych dla dzieła misyjnego Kościoła. Byli to: bp Eugeniusz de Mazenod (założyciel oblatów), o. Arnold Janssen (założyciel werbistów), o. Józef Freinademetz (werbista, misjonarz w Chinach) i założycielka sióstr klawerianek – s. Teresa Ledóchowska, nazywana Matką Afryki.

Fot. s. Urszula Wasiak AM / Prokura Misyjna

A jak oblaci przeżywali to ważne wydarzenie – beatyfikację ojca założyciela?

– Zdecydowana większość moich współbraci bardzo się cieszyła. Świadczy o tym choćby liczba 600 oblatów, którzy na tę okazję przyjechali do Rzymu. Tę atmosferę dobrze czuł papież Paweł VI, który w czasie kazania, zwracając się do oblatów, mówił: „Bądźcie dumni i pełni radości”. Naszego ojca założyciela przedstawił nam jako „pasjonata Jezusa Chrystusa, bezwarunkowo oddanego Kościołowi”. A mówiąc o zasadniczych miejscach posługi ojca Eugeniusza, wskazał na młodzież, na ubogich miast i wsi, na ludzi marginesu i na niesienie Ewangelii aż po zamieszkałe krańce ziemi. Tym samym papież potwierdził aktualność naszego charyzmatu. Prosił nas także, aby dać się owładnąć ogniowi Ducha Świętego, który będzie podtrzymywał w nas autentyczny entuzjazm misyjny.

Wzniosłość liturgii sprawowanej na placu Świętego Piotra uświadamiała uczestnikom, że dzieje się coś wielkiego. Uroczystą Eucharystię, pod przewodnictwem papieża Pawła VI, koncelebrowało 23 kardynałów i 175 biskupów, a uczestniczyło w niej ponad 150 tys. wiernych. Oblaci, którzy przybyli do Rzymu z różnych stron globu byli – wg słów papieża – dumni i promieniowali radością. Atmosfera radości rozciągnęła się na całe popołudnie, głównie poprzez dwa wydarzenia.

O jakich wydarzeniach mówimy?

– Jednym z nich była uroczysta akademia zorganizowana w Auli Pawła VI przez zespól wokalnomuzyczny Gen Rosso. Na akademię zaproszeni byli wszyscy pielgrzymi, którzy przybyli do Rzymu na beatyfikację ojca Eugeniusza de Mazenoda (aula może pomieścić ok. 10 tys. osób). Zespół Gen Rosso, obok bliźniaczego Gen Verde, był wtedy twarzą artystyczną Ruchu Focolari, było więc wiele muzyki, śpiewów i tańca, a wszystko w atmosferze radości. W programie zespół przewidział możliwość spontanicznego włączenia się grup i osób z audytorium. Pamiętam, że o. Henryk Tomys zaśpiewał solo z akompaniamentem organów pieśń „Ten, co na marsylskim wzgórzu”. Drugim wydarzeniem był posiłek w naszym domu generalnym, na który zaproszono oblatów uczestniczących w beatyfikacji. Ktoś policzył, że takich oblatów było ok. 600. Nie wiem, ilu z nich przybyło na posiłek, ale wszędzie (w refektarzu, w salkach rekreacyjnych oraz na korytarzach i schodach) byli oblaci z talerzem czy jakąś miseczką w ręce. Chyba nigdy wcześniej dom generalny nie gościł tylu oblatów. Było to coś zarazem pięknego i wzruszającego. Nazajutrz, w poniedziałek, znowu w klimacie radości spotkaliśmy się wszyscy na uroczystej Eucharystii za dar beatyfikacji bł. Eugeniusza de Mazenoda. Na tą celebrację złożyła się koncelebra wszystkich oblatów księży, której przewodniczył kard. Thomas Cooray OMI ze Sri Lanki. Starożytna Bazylika Matki Bożej Anielskiej otworzyła swoje bramy bardzo licznym pielgrzymom, którzy przybyli do Rzymu na uroczystość beatyfikacji, a teraz dziękowali Bogu za wyniesienie do chwały ołtarzy bł. Eugeniusza.

fot. archiwum Domu Generalnego Oblatów

Dlaczego Ojca zdaniem beatyfikacja założyciela jest tak ważna dla zgromadzenia?

– W Kościele katolickim beatyfikacja jest pierwszym oficjalnym stwierdzeniem świętości sług Bożych. Tak więc beatyfikacja ojca Eugeniusza de Mazenoda jest potwierdzeniem, że wzór jego życia i charyzmat, który nam zostawił stanowią drogę do świętości. A to jest bardzo ważne, bo przypomina nam o naszym powołaniu: nasze oblackie życie i posługiwanie mają prowadzić do świętości. Świętość to taki refren, który rozbrzmiewa w pismach ojca założyciela. U samych początków zgromadzenia, w „Przedmowie do Konstytucji i Reguł” zapisał, że członkowie jego instytutu „muszą rzetelnie pracować, aby stać się świętymi”. Jednak świętość oblata nie jest wartością tylko dla niego, aby mógł się nią delektować. Ona ma służyć posłannictwu, misji, której celem jest prowadzenie do niej innych. Dosadnie jest to wyrażone we wspomnianej przed chwilą „Przedmowie”: „Trzeba sprawić, aby ludzie postępowali jak istoty rozumne, potem jak chrześcijanie, a wreszcie dopomóc im stać się świętymi”. Beatyfikacja jest więc ważna dla zgromadzenia, ponieważ przypomina nam, że nasze życie i nasza misja powinny być ukierunkowane na świętość, bo ona jest biletem do nieba, jest drogą do spotkania Chrystusa, którego głosimy.

Co zmieniło się w zgromadzeniu po beatyfikacji ojca Eugeniusza?

– Sporo. W latach przed beatyfikacją zgromadzenie przechodziło czas różnych napięć, które wprowadzały niepokój. W pewnych środowiskach nawet nad samą beatyfikacją stawiano znaki zapytania, pytano np. o to, dlaczego pieniędzy, które wydajemy na koszty procesu beatyfikacyjnego nie przeznaczyć na ubogich. Wiele napięć powodowało podejście do teologii, szczególnie do eklezjologii, budowanej na przesłankach marksistowskich. Oblaci z Ameryki Południowej byli kuszeni teologią wyzwolenia, a w Europie zachodniej pojawili się tzw. księża robotnicy. W tej optyce niektórzy szczerze pytali: czy należy głosić Ewangelię otwarcie i bezpośrednio, czy raczej zadbać o to, żeby styl naszego życia zakonnego i społecznego, a nawet zaangażowania politycznego, odsyłał ludzi do Chrystusa? Ten rodzaj myślenia i postępowania wyraźnie odbiegał od naszego charyzmatu, ale był pociągający. Dla jedności zgromadzenia było to niebezpieczne.

Beatyfikacja ojca założyciela wyraźnie przyczyniła się do naprawy tych zagrażających nam pęknięć. Uświadomiła nam, że duch i charyzmat bł. Eugeniusza de Mazenoda są wśród oblatów bardzo żywe. Entuzjazm i radość wyzwolone z beatyfikacji dały zgromadzeniu poczucie pewności i pokoju, a tzw. kontestatorzy wyraźnie stonowali swoje wpływy, albo się z nich wycofali.

fot. archiwum Domu Generalnego Oblatów

Ta funkcja uzdrowieniowa beatyfikacji znalazła wsparcie w atmosferze Roku Jubileuszowego 1975. Hasłem owego Roku Świętego były słowa „Odnowa i pojednanie”. Patrząc z perspektywy czasu na życie zgromadzenia, łatwo wyciągnąć wniosek, że beatyfikacja dokonana w ramach Roku Świętego zapoczątkowała liczne pojednania i odnowy.

Bezpośrednio przed beatyfikacją i po niej ukazało się kilka książek na temat ojca założyciela, można było przeczytać wiele artykułów o nowym błogosławionym i o jego dziele. Zorganizowano różne konferencje, a nawet kongresy poświęcone oblackiej duchowości i charyzmatowi. Soborowe wezwanie powrotu do źródeł zaowocowało wydaniem „Pism” ojca założyciela oraz publikacją książek i broszur poświęconych oblatom-pionierom.

Jak ważne było to wydarzenie w Ojca życiu? Miało ono wpływ na początek Ojca kapłaństwa?

– Gdy patrzę na to wydarzenie z perspektywy czasu, to chyba muszę wyznać, że w pierwszym momencie oprócz głębokich i wzruszających przeżyć związanych z samą beatyfikacją nic nadzwyczajnego nie miało miejsca. Miałem już za sobą całą podstawową formację zakonną (śluby wieczyste złożyłem w 1970 r.) i kapłańską (święcenia prezbiteratu przyjąłem w sierpniu 1975 r.) oraz dwa lata stażu misyjnego w Kamerunie. Czułem się więc w pełni oblatem i księdzem. Tak było bezpośrednio po beatyfikacji: dzień po niej był bardzo podobny do dnia przed beatyfikacją. Zbliżał się koniec roku akademickiego, więc byłem przede wszystkim studentem, który myślał już o końcowych zaliczeniach i egzaminach. Jednak, gdy emocje i wzruszenie oraz duch świętowania opadły, zaczęła działać łaska beatyfikacji.

Już przed beatyfikacją, ale głównie w miesiącach i latach bezpośrednio po beatyfikacji w zgromadzeniu, jak już wspomniałem, organizowano różne konferencje, kongresy i spotkania poświęcone życiu i charyzmatowi bł. Eugeniusza de Mazenoda. W niektórych z nich brałem udział. Ukazało się też sporo opracowań pisemnych: artykuły, wywiady, książki. Znałem już trochę języków, więc w Rzymie wszystko to było dla mnie dostępne i muszę wyznać, że bardzo mnie to wciągnęło. Mogę powiedzieć, że rozpocząłem prywatne i osobiste studia z oblatyki (nauka o historii i duchowości ojca założyciela oraz zgromadzenia). W wyniku tego osobistego zaangażowania Eugeniusz de Mazenod stawał mi się ciągle bliższy. Podobnie miała się sprawa z historią i duchowością zgromadzenia.

Gdy w 1977 r. wróciłem do kraju, aby podjąć posługę w naszym Wyższym Seminarium Duchownym w Obrze, w pracy z klerykami chętnie przemycałem różne wątki związane z życiem i duchowością bł. Eugeniusza. Zapraszano mnie też na dni skupienia i konferencje związane z tą tematyką. To wszystko dopingowało mnie do ciągłego kontaktu z oblatyką. Gdy na zachodzie ukazywały się nowe opracowania z tej dziedziny, prosiłem, aby mi je przesyłano. Skutek był taki, że w pewnym momencie zaproponowano mi, abym oprócz wykładów z mojej działki, tj. z filozofii, podjął się również zajęć z historii i duchowości zgromadzenia. I tak zostałem uznany za znawcę, a nawet eksperta w dziedzinie oblatyki. Niesłusznie, ponieważ uważam się co najwyżej za amatora czy dyletanta, tzn. oblata kochającego swojego założyciela oraz jego charyzmat i duchowość. W tym sensie – wracając do pytania – beatyfikacja była czymś naprawdę ważnym w moim życiu i miała wpływ nie tylko na początek mojego kapłaństwa, ale miała i ma wpływ na moje życie zakonne i kapłańskie.

Rozmwiała: Karolina Binek

Za: www.oblaci.pl

Wpisy powiązane

Kraków: sesja kolbiańska „Śmierć. Między teologią a doświadczeniem”

Abp Przybylski do osób konsekrowanych: Nie jesteś znajomym Boga, ale Jego dzieckiem

Sosnowiec: Jak dziecko w ramionach Boga – rozmowa z s. Jurandą od Królowej Aniołów