O. Z. Kijas OFMConv: Krzyże św. Franciszka

Screenshot

Jarosław Dudała: Św. Franciszek bywa postrzegany jako wyluzowany hipis, pląsający na łące i przemawiający do zwierząt, człowiek pogodny, beztroski. Ale można się także spotkać z opinią, że jego duchowość to naśladowanie Chrystusa ukrzyżowanego i cierpiącego. Która z tych wizji jest prawdziwa?

o. prof. Zdzisław J. Kijas OFMConv: Postać Franciszka niesie ze sobą wiele różnych narracji. Być może każda z nich ma coś w sobie, ale żadna nie zawiera całego Franciszka. Zresztą te narracje bardzo często zależą od kultury i czasu, w którym się pojawiają. Były na przykład momenty, w których Franciszek stawał się jakby naczelnym ekologiem, świętym ruchu ekologicznego bez odniesień do Pana Boga. Myślę, że nawet mówienie, że Franciszek naśladował Ukrzyżowanego, też nie jest do końca prawdziwe. Znając teksty i życie Franciszka, byłbym raczej zdania, że nie należy go tak mocno wiązać z krzyżem.

Dlaczego?

To pewnie zaskakujące, bo w ikonografii często widzimy Franciszka obejmującego krucyfiks, ale krzyż nie był dla niego punktem centralnym. Mnie samego zawsze to zaskakuje, że kiedy Franciszek – poszukując swojego miejsca w świecie i w Kościele – klęka pod krzyżem w kościółku San Damiano, to nie płacze nad cierpieniem Chrystusa, nie współczuje cierpiącemu Jezusowi, który umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. Wręcz przeciwnie, wypowiada wtedy modlitwę niezwykle ważną, ale zupełnie inną od tej, którą wielu z nas wypowiada, kiedy klęczy u stóp krzyża, na którym wisi Zbawienie świata.

Jaką modlitwę?

Franciszek modli się:
„Najwyższy, chwalebny Boże, rozjaśnij ciemności mego serca. Daj mi, Panie, prawdziwą wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą miłość, jak również zdolność jasnego odczuwania i poznawania, abym mógł wypełnić Twą świętą i nieomylną wolę”.

Franciszek, który klęczy pod krzyżem w San Damiano, nie współczuje z cierpieniem Chrystusa, nie wylewa łez, nie obwinia siebie, że przez jego grzechy Chrystus umarł na krzyżu. Nic z tego! On prosi Go o światło, życie, rozjaśnienie ciemności swego serca poszukującego sensu. Zwraca się do Chrystusa na krzyżu, który jawi mu się jako zwycięzca wszelkich ciemności. Dlatego uważam, że krzyż nie jest dla Franciszka centralnym punktem uniżenia Boga.

A co nim było?

Boże Narodzenie. W nim Franciszek najmocniej widzi pokorę Boga, Jego ubóstwo, uniżenie, a stąd również cierpienie. Można powiedzieć, że w grocie betlejemskiej Bóg jakby „umierał” dla swojej boskości, przyjmując kruchość człowieczeństwa. Niestety, z szopki w Greccio zrobiliśmy wydarzenie ciepłe, bardzo sielankowe. Tymczasem dla Franciszka to był moment największego uniżenia Boga.

Krzyż był dla niego raczej symbolem miłości, która zwyciężyła wszystko – zwyciężyła słabość i grzech człowieka, zwyciężyła śmierć. Betlejem – przeciwnie. Widać to nawet w scenie otrzymania przez Franciszka stygmatów. To nie cierpiący Chrystus pojawia się wtedy przy Franciszku, ale serafin niosący Jezusa Ukrzyżowanego, który na krzyżu pokonał wszystko swą miłością. I ten Bóg czyni Franciszka uczestnikiem zwycięstwa swojej miłości, ofiarowując mu stygmaty jako Jego znaki.

To rzadki dar, wyróżnienie. Wiąże się z nim jednak cierpienie nie tylko fizyczne, ale także to wynikające z niezdrowej ciekawości ludzi żądnych sensacji.

To bardzo trudny dar. A najtrudniejsze dla Franciszka było to, że otrzymał go, czując się niegodnym tak intensywnej miłości Chrystusa. Był nią wręcz zakłopotany, zażenowany, dlatego starał się ukrywać stygmaty przed braćmi. Nie obawiał się bólu fizycznego – był na niego przygotowany. Wielka była jego pasja, lecz nie w sensie męki, a bardziej w sensie pragnienia zjednoczenia się z Chrystusem.

W dokumencie ogłaszającym Franciszka świętym nie ma mowy o stygmatach. Czy to znaczy, że nie były autentyczne? A może były autentyczne, ale z punktu widzenia wiary Kościoła to nie jest sprawa istotna? Pytam o to Ojca Profesora jako wieloletniego pracownika Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

O stygmatach mówi w „Liście okólnym” brat Eliasz, informując współbraci o śmierci Franciszka. Są pewne problemy z jego autentycznością, tym niemniej w środowisku naukowym jest on powszechnie uznawany za Eliaszowy. Papież Grzegorz IX, który dwa lata po śmierci Franciszka dokonał jego kanonizacji, w bulli kanonizacyjnej nie wspominał o stygmatach. Natomiast kiedy zaczęto podważać ich autentyczność, w sześć dni wydał trzy bulle, które potwierdzały ich prawdziwość: dwie bulle z 31 marca 1237 r. – Usque ad terminum i Non minus dolens – oraz trzecią z 5 kwietnia 1237 r. – Confessor Domini.

Franciszek jest jedynym stygmatykiem, którego stygmaty weszły do kalendarza liturgicznego i mają swoje oddzielne święto liturgiczne (17 września). A przecież stygmatyków w historii Kościoła i innych tradycjach religijnych były setki. Wystarczy wspomnieć św. o. Pio czy św. Katarzynę Sieneńską. Można też wyliczać dziesiątki osób, których stygmatów Kościół nie uznał za autentyczne. Stygmaty bardzo często – np. w przypadku o. Pio – były bardziej przeszkodą, utrudnieniem w procesie beatyfikacyjnym niż pomocą, rękojmią świętości.

Dlaczego?

Dlatego, że one mogą być dziełem Boga, ale mogą być również dziełem szatana. Mogą być także efektem autoagresji osoby, która je nosi. Kościół nigdy nie wiązał świętości z fenomenami duchowymi czy nawet mistycznymi, ale zawsze z heroicznością życia, cnót danej osoby.

Dla Franciszka stygmaty były ważne, lecz nie prosił o nie. Był świadomy, że taki dar może stać się pokusą – przyczyną chlubienia się, wywyższania. Dlatego skrzętnie ukrywał go. Wielu jego nawet najbliższych braci nie było świadomych, że posiada stygmaty.

Bardzo popularny jest krzyż z San Damiano. Twarz Pana Jezusa na nim nie wyraża cierpienia.

Tak. Myślę, że współcześnie mamy dość poważny problem ze sposobem przedstawiania Chrystusa Ukrzyżowanego. Wiele wymaga tu gruntowego przemyślenia. Chodzi o to – o czym wspominał Jan Paweł II w Watykanie w roku 1999 – aby z krzyża emanowała radość zwycięstwa nad wszelkiego rodzaju złem. Papież mówił, że dla nas, wierzących, krzyż nie jest znakiem śmierci, ale życia. Nie rozczarowania, ale nadziei. Nie klęski, ale zwycięstwa. I to jest głęboka prawda o naszym krzyżu. Taki właśnie jest ikoniczny krzyż z San Damiano.

Chrystus nie wisi, ale jakby „siedzi” na krzyżu, który jest Jego tronem. Nie widać na Nim oznak męki czy cierpienia. Jego ramiona nie są napięte od bólu. Głowa nie opada. To nie jest głowa osoby martwej. Oczy nie są zamknięte, lecz pełne życia. Patrzą na świat, którego On jest Panem. Jest uśmiechnięty, wszak pokonał największego wroga człowieka – śmierć. Z Jego oblicza emanuje radość paschalna, radość zmartwychwstania. Osoby umieszczone pod ramionami Zbawiciela są obmywane z grzechów Jego zwycięską krwią.

W dodatku Chrystus na tym krzyżu ma podnóżek – jak król na tronie.

Tak, jak imperator! Jego stopy nie są przebite jednym gwoździem, są rozłączone. Myślę, że do około XIII w. takie właśnie były kanony przedstawiania Ukrzyżowanego. Był On „zasiadającym” na tronie krzyża. Nie miał korony cierniowej, ale koronę królewską wysadzaną drogimi kamieniami. Krzyż emanował światłem.

Z czasem to się zmieniło, co widać już w początkach renesansu, m.in. w malarstwie Cimabue czy Giotta. Na krzyżu pojawia się wtedy Chrystus cierpiący, pełen bólu. Jego ciało zaczyna się coraz bardziej wić w bólach agonii, stając się w końcu ciałem Chrystusa umarłego. O krzyżach współczesnych szkoda nawet wspominać. Często, patrząc na nie, nie wiemy, kto właściwie wisi na krzyżu… Jest to postać spowita bólem, przerażającym cierpieniem, zmiażdżona porażką. Można mieć wrażenie, że zło i śmierć odniosły zwycięstwo nad Chrystusem.

To nie jest krzyż chrześcijański. W tajemnicy naszego zbawienia krzyż nie jest elementem centralnym. W centrum jest zmartwychwstanie. Samo zawiśnięcie Chrystusa na krzyżu i śmierć nie zbawiają. Apostoł Paweł będzie nauczał, że jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest nasza wiara. Zbawienie dokonało się bowiem nie tylko przez śmierć, ale także – a może przede wszystkim – przez zmartwychwstanie i zesłanie Ducha Świętego.

Sposób przedstawienia Chrystusa na krzyżu z San Damiano jest więc dla nas rodzajem rachunku sumienia. Postać Zbawiciela na krzyżach – o które nieraz walczymy, by były w miejscach publicznych, w szkołach czy zakładach pracy – często nie niesie już w sobie przesłania o zwycięstwie odniesionym nad śmiercią. Te krzyże nie ukazują lub ukazują słabo Syna Bożego, który przyniósł zbawienie i nadzieję na nową, lepszą przyszłość. Ze współczesnych krzyży rzadko płynie światło dobrej nowiny, że nawet w śmierci czy w trudnościach jest nadzieja na nowe życie. A przecież to jest najważniejsze.

Jest jeszcze jeden franciszkański krzyż – ten w kształcie litery tau (T).

Tym znakiem podpisywał się św. Franciszek. Umieścił go m.in. w tekście błogosławieństwa, które przesłał bratu Leonowi. Tau to ostatnia litera alfabetu hebrajskiego. W Księdze Ezechiela prorok mówi, że wybrani bojownicy Boga zostaną oznaczeni na czołach literą tau.

Innocenty III – jeden z najważniejszych papieży średniowiecza, który zwołał niezwykle ważny Sobór Laterański IV w 1215 roku – mówił, że tak właśnie wyglądał krzyż Zbawiciela, zanim Poncjusz Piłat przybił do niego tabliczkę z napisem: „Jezus Nazarejczyk, król żydowski”, o czym informuje Ewangelia według św. Jana w rozdziale 19. Również historycy mówią, że Chrystus niósł podczas drogi krzyżowej tylko poziomą belkę. Belka pionowa była palem osadzonym na Kalwarii.

Tau – jako ostatnia litera alfabetu – symbolizuje Chrystusa, który nadaje sens historii, jest jej zwieńczeniem. Ci, którzy są z Nim zjednoczeni, oznaczeni są tą właśnie literą. Ona jakby wieńczy wszystko, spina w jedną całość ich życie, daje im prawo do wiecznej radości.

Sposób, w jaki przedstawiamy Chrystusa na krzyżu, jest niezwykle istotny. I nie chodzi wyłącznie o estetykę, bowiem o wiele ważniejsza jest teologia – sens tego, co i Kto jest przedstawiany. Tymczasem przedstawienie Ukrzyżowanego wymknęło się – jak sądzę – spod teologicznej kontroli. Wyszło poza kanony biblijne, teologiczne, poza wrażliwość duchową.

Współczesny Chrystus na krzyżu rodzi grozę cierpienia i współczucie, gdy tymczasem winien nieść nadzieję na zwycięstwo, dawać pewność, że On i tylko On jest przyszłością świata, ostatecznym Zwycięzcą. Oczywiście, krzyż jest znakiem chrześcijanina, ale musi to być krzyż – powiedziałbym – pełen życia, pełen nadziei na zwycięstwo nad tym, co jest złe, co sprzeciwia się Bogu, co pomniejsza człowieka, co zabiera mu radość życia.

Na krzyżu Chrystus zwyciężył dosłownie wszystko. On rozświetla ludzkie trudności, daje mądrość i przywraca odwagę.


Prof. dr hab. Zdzisław Józef Kijas OFMConv – wykładowca w Szkole Głównej Mikołaja Kopernika oraz w Pontificia Facoltà Teologica San Bonaventura – Seraphicum w Rzymie, a także w Instituto de Estudios Teológico Seminario San Lorenzo de Santa Cruz de la Sierra (Boliwia). Członek The Franciscan Study Center at Tilburg School of Catholic Theology. Postulator rzymski, relator Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, rekolekcjonista i autor licznych publikacji naukowych.

Źródło: Gość  Niedzielny

Wpisy powiązane

„Obecna w ciszy” – Paulińskie Dni Młodych

Wałbrzyskie niepokalanki znów zaskakują

Wyniki obrad XXXIV Kapituły Prowincjalnej Bonifratrów: brat Paweł Kulka OH nowym Prowincjałem