REPORTAŻ: Nawet jeśli tylko jedno z naszych dzieci wyjdzie na prostą, to będzie sukces

Niektóre dzieci dopiero tutaj uczą się wiązać buty, odczytywać godzinę czy mówić o emocjach. W Placówce Opiekuńczo-Wychowawczej Insieme-Razem w Toruniu wychowawcy każdego dnia pomagają odbudować podopiecznym poczucie własnej wartości, a założyciele tego domu – ojcowie somascy – przypominają dzieciom, że Bóg je kocha.

Placówka Opiekuńczo-Wychowawcza Insieme Razem w Toruniu powstała na podstawie ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej z 2011 r. To właśnie wtedy w Polsce rozpoczęto proces przekształcania dużych domów dziecka w mniejsze, bardziej kameralne placówki – do czternastu miejsc. W Toruniu była to również okazja dla członków Zakonu Kleryków Regularnych z Somaski, by zrobić coś w duchu swego charyzmatu i swego założyciela – św. Hieronima Emiliani (patrona sierot i opuszczonej młodzieży). W wielu krajach świata służą oni dzieciom ubogim i potrzebującym, a wejście w system pieczy zastępczej w Polsce stało się naturalnym krokiem w realizacji tej misji.

Dlaczego właśnie Toruń?

Wybór tego miasta nie był przypadkowy. Pierwszym biskupem nowo utworzonej diecezji toruńskiej był bp Andrzej Suski. To właśnie wtedy przełożeni zakonu ojców somaskich nawiązali kontakt z hierarchą, a nowa diecezja zgodziła się na obecność zgromadzenia. Ojcowie osiedlili się w Toruniu w 1996 r. i od tego czasu prowadzą tu swoją działalność. Początkowo funkcjonowała świetlica oraz boisko dla dzieci z osiedla Bielawy. Ojcowie pomagali również w parafiach oraz uczyli religii w szkołach. Z czasem jednak dom, który służył jako świetlica, został przekazany na potrzeby całodobowej placówki opiekuńczo-wychowawczej. Trzeba było oczywiście dostosować go do wymogów prawnych i mieszkaniowych, by mógł przyjąć czternaścioro młodych ludzi.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Jak w domu

Życie w placówce przypomina życie w zwyczajnym domu. Dzień zaczyna się od pobudki, śniadania i przygotowania do szkoły. Wychowankowie kończą lekcje o różnych godzinach, dlatego rytm dnia dostosowany jest do planów lekcji. Po powrocie ze szkoły przychodzi czas na obowiązki – takie jak odrabianie lekcji, wizyty u lekarza, rozmowy o problemach, jakie dzieci przeżywają. Kluczowe jest, by podopieczni czuli się bezpiecznie, odzyskiwali wiarę w siebie, poczucie własnej wartości i krok po kroku mogli „rozwinąć skrzydła”. To proces długi, wymagający cierpliwości i indywidualnego podejścia.

Do placówki kieruje sąd rodzinny oraz Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Toruniu, pod którego nadzorem ona działa. To właśnie miasto zleciło powstanie tego domu, odpowiadając na potrzeby lokalnej społeczności.

– Większość dzieci, które do nas trafia, ma przynajmniej jednego rodzica. I jeśli nie zostały mu odebrane prawa do dziecka, to nadal je ma. Ale podstawowe prawa przejmujemy my. Dotyczą one między innymi tego, gdzie dziecko będzie chodziło do szkoły lub opieki lekarskiej – wyjaśnia o. Tomasz Pelc CRS – dyrektor ośrodka.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Trudności się zmieniają

Gdy placówka rozpoczęła swoją działalność w 2014 r., większość dzieci pochodziła z rodzin ubogich, borykających się z biedą materialną. Jednak w ciągu dziesięciu lat charakter problemów uległ zmianie. Dziś to często kwestie znacznie bardziej złożone: zaburzenia emocjonalne i psychiczne, zaniedbania, brak realizacji obowiązku szkolnego, uzależnienia od internetu, substancji psychoaktywnych czy innych używek. Czasami dziecko w wieku nastoletnim trzeba uczyć podstaw higieny, odczytywania godziny, czytania i pisania, a nawet wiązania butów. Każde dziecko niesie ze sobą własny bagaż doświadczeń, dlatego tak ważne jest indywidualne podejście, diagnoza potrzeb i wsparcie psychologiczne oraz terapeutyczne.

– Nieważne, czy dziecko ma dziesięć, czy siedemnaście lat – do każdego z nich trzeba podejść indywidualnie, żeby dobrze odpowiedzieć na jego potrzeby. To konieczne, żebyśmy my jako opiekunowie znali historie naszych wychowanków i wiedzieli, w jaki sposób możemy im pomóc oraz do jakich specjalistów ich skierować. Czasami dzieci potrzebują terapii, czasami wizyty u jakiegoś lekarza. Staramy się im to wszystko zapewnić – opowiada mój rozmówca.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Równie ważny jak kontakt ze specjalistami, jest dla dzieci kontakt z rówieśnikami. Choć trafiają do placówki z trudnymi historiami, bardzo szybko tworzą relacje między sobą. Wielu z nich zna się jeszcze sprzed przyjęcia do domu, bo pochodzą z podobnych środowisk. Przyjaźnie, wspólne spędzanie czasu, granie w piłkę czy rozmowy są czymś naturalnym i bardzo potrzebnym. Równie istotne jest świętowanie urodzin czy świąt. Każde dziecko ma tort, prezenty, jest wspólne wyjście na pizzę czy na lody. W zależności od tego, jak dziecko chce spędzić ten wyjątkowy czas.

Boże Narodzenie i Wielkanoc są organizowane tutaj w domowej atmosferze. Jest choinka, prezenty, wspólna wieczerza. Nigdy jednak placówka nie była w święta zamknięta. Zawsze kilkoro dzieci spędza ten czas właśnie w niej, gdyż warunki w rodzinie biologicznej nie pozwalają na bezpieczny pobyt.

– Przez dziesięć lat prowadzenia ośrodka jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, że zamknęliśmy placówkę na święta – opowiada dyrektor. – W tym czasie zawsze mamy też dyżur pod telefonem i gdyby coś wydarzyło się u kogoś w domu rodzinnym, to jesteśmy do dyspozycji i możemy przywieźć dziecko do nas. Chcemy, żeby nasi podopieczni byli w tym czasie bezpieczni, zadbani i nie doświadczali żadnej przemocy.

Zmotywować pomimo trudności

Jednym z największych wyzwań jest odbudowanie poczucia własnej wartości u dziecka, które doświadczyło przemocy czy odrzucenia ze strony najbliższych członków rodziny i rówieśników. Proces ten zaczyna się od małych kroków, od dostrzeżenia najmniejszych sukcesów, nawet od oceny dostatecznej w szkole, do której wcześniej dziecko niemal nie chodziło. Ważne jest chwalenie, docenianie, zauważanie talentów i zainteresowań – czy to sportowych, czy związanych z grami komputerowymi lub planszowymi. Każdy ma w sobie potencjał dobra, a zadaniem wychowawców jest pomóc dziecku go odkryć i rozwijać.

– Motywowanie dzieci do nauki i rozwijania pasji oraz budowanie w nich poczucia własnej wartości jest bardzo trudne.  Szczególnie, kiedy na przykład trafia do nas nastolatek, który do tej pory nie był przez nikogo zauważany. Wtedy małymi krokami trzeba docenić to, co jest w dziecku dobre i sprawić, że poczuje się ono chciane oraz zaakceptowane – opowiada ojciec Tomasz.

Wiara w codzienności

Większość dzieci w placówce jest ochrzczona, choć nie zawsze praktykowała później wiarę. Mimo że Ośrodek Opiekuńczo-Wychowawczy prowadzony jest przez zgromadzenie zakonne, nie narzuca się tutaj wiary, ale proponuje i zachęca do niej. Wspólne uczestnictwo we mszy świętej, modlitwa przed posiłkami, nabożeństwa drogi krzyżowej oraz wspólne odmawianie różańca to element codzienności.

– Czasem zdarza się, że ja lub któryś z wychowawców zapomni o modlitwie przed posiłkiem. Wówczas dzieci pytają: „A modlitwa?”. To cieszy, że jest ona dla nich ważna, że chcą się modlić. Wieczorami podczas kolacji albo gdy mamy czas wolny i rozmawiamy, też często pojawiają się tematy związane z wiarą. Czasem nasze rozmowy nawiązują do Pisma Świętego. Bo wystarczy przecież mówić o szacunku do drugiego człowieka i już mamy wspomnienie Ewangelii według świętego Mateusza: „Wszystko cokolwiek uczyniliście jednym z tych moich najmniejszych, mnieście uczynili” – wyjaśnia duchowny. –  Oczywiście w kwestii wiary też potrzeba wyrozumiałości oraz metody małych kroków. Czasem spotykamy się z oporem. Dzieci mówią, że nie będą chodziły do kościoła. Trzeba zrozumieć, że dziecko, które straciło rodzica albo ze względu na swoich rodziców trafiło do placówki opiekuńczo-wychowawczej, może wychodzić z założenia, że jego życie zostało zrujnowane i mieć przez to żal do Pana Boga oraz pretensje. Ale są też takie dzieci, które przygotowują się u nas do sakramentów, na przykład do przyjęcia pierwszej Komunii świętej lub do bierzmowania. Nie zdarza się to często, ale staramy się razem z wychowawcami przekazywać tutaj wartości w prosty i zrozumiały sposób, pokazując przy tym, że wiara może być źródłem siły i nadziei.

fot. Karolina Binek/misyjne.pl

Powroty do domu

Placówka działa dopiero od dziesięciu lat, więc trudno jeszcze mówić o powrotach wychowanków, którzy opowiadają o swoim dobrym życiu lub też o własnych dzieciach, które przez liczne problemy również trafiły do tej samej placówki. Jednak, kiedy któryś z dorosłych już podopiecznych, niemieszkających w placówce, spotka przypadkiem na mieście ojców lub wychowawców, zazwyczaj zatrzymuje się na chwilę rozmowy i wspomnień. Chociaż bywa i tak, że po opuszczeniu placówki młodzi wracają do swoich dawnych środowisk oraz marnują szanse na usamodzielnienie. Mimo to personel toruńskiego ośrodka zawsze stara się podać im pomocną dłoń.

– Praca tutaj jest źródłem wielu wyzwań. Ale jednocześnie daje dużo radości i poczucia sensu. Najważniejsze jest przeświadczenie, że nawet jeśli tylko jedno z czternaściorga dzieci wyjdzie na prostą, zdobędzie zawód i rozpocznie samodzielne życie, to już ogromny sukces. Placówka staje się dla dzieci drugim domem, miejscem, w którym nie chodzą głodne, mają dach nad głową i mogą rozwijać swoje pasje. Choć najlepszym rozwiązaniem zawsze jest rodzina biologiczna lub adopcyjna, to w realiach współczesnej Polski placówki takie jaka nasza są wciąż przepełnione i potrzebne. A uśmiech ich mieszkańców dla mnie jako dla dyrektora to najlepszy widok. Szczególnie kiedy dziecko mierzące się nie tak dawno z wieloma problemami, dziś dzięki naszej trosce i cierpliwości zaczyna wierzyć w siebie, podejmuje naukę i rozwija skrzydła. To właśnie w takich drobnych sukcesach odnajduję misję w tej pracy – podsumowuje o. Tomasz Pelc CRS – dyrektor ośrodka.

Za: www.misyjne.pl

Wpisy powiązane

Kraków: sesja kolbiańska „Śmierć. Między teologią a doświadczeniem”

Abp Przybylski do osób konsekrowanych: Nie jesteś znajomym Boga, ale Jego dzieckiem

Sosnowiec: Jak dziecko w ramionach Boga – rozmowa z s. Jurandą od Królowej Aniołów