Tożsamość życia konsekrowanego – wykład ks. Dariusza Kowalczyka SJ z Sympozjum Przełożonych Wyższych w Krakowie

Pewien jezuita stwierdził kiedyś z niewątpliwą dozą złośliwości, że jezuici to 20 tys. mężczyzn, którzy nieustannie pytają się, kim są, skąd przychodzą i ku czemu zmierzają, czyli pytają się o swoją tożsamość. To prawda, że czasami można odnieść wrażenie, że w zakonach mnożymy zebrania, dyskusje, publikujemy mnóstwo dokumentów, i im bardziej oddajemy się tej działalności, tym większe mamy problemy z naszą tożsamością. Z drugiej jednak strony, w tak złożonej i szybko zmieniającej się rzeczywistości nie sposób nie zadawać tych samych pytań o to, kim jesteśmy i co powinniśmy robić. Tego rodzaju pytania wciąż na nowo zadają sobie nie tylko zakony, ale różne inne kościelne podmioty. Zauważmy na marginesie, że pytania o tożsamość są coraz bardziej palące w odniesieniu do naszej ojczyzny, Polski, czy też w odniesieniu do Europy. Ponadto te różne tożsamości w niektórych punktach się przecinają i nawzajem na siebie wpływają.

Bycie, działanie, historia

W jaki sposób określamy naszą zakonną tożsamość? Można by tu wskazać 3 podstawowe perspektywy: jak żyjemy? co robimy? jaka jest nasza historia?

W perspektywie „jak żyjemy?” chodzi o styl naszego życia. Gdyby ktoś ustawił kamery w jakimś klasztorze, sfilmował jak zakonnicy modlą się, jedzą, rozmawiają, odpoczywają, to miałby materiał, na podstawie którego dałoby się coś powiedzieć o zakonnym życiu. Przypomina się tutaj nie tylko film „Wielka cisza”, ale także początek ewangelii Jana, w której uczniowie pytają: „Nauczycielu – gdzie mieszkasz?”. A Jezus odpowiada „Chodźcie, a zobaczycie” (1,38-39). Właśnie! co powiedzieliby ludzie, którzy by przyszli i zobaczyli od wewnątrz nasze wspólnoty? Czy byłaby to „nowa ewangelizacja”, czy też raczej „nowe rozczarowanie”, jeśli nie „nowe zgorszenie”. W nurcie źle rozumianej odnowy soborowej pojawiło w niektórych środowiskach zakonnych przekonanie, że osoby zakonne powinny upodabniać się w stylu życia do świeckich, a wtedy będą bliżej ludzi. Tylko dlaczego młodzi ludzie mieliby chcieć wstępować do takich zakonów, które starają się jak najmniej różnić od środowisk świeckich?

Do sposobu bycia można by zaliczyć duchowość, przejawiająca się m.in. w sposobie modlitwy, w akcentowaniu tych, a nie innych elementów Ewangelii. Mówimy o duchowości dominikańskiej, franciszkańskiej, kamedulskiej itd. Ale napotykamy tutaj na różne problemy. Pamiętam pewną sesję, jaka odbyła się w latach 80-tych na temat duchowości ignacjańskiej. Padło wówczas pytanie o to, co jest istotą tejże duchowości. Specjaliści od św. Ignacego z Loyoli udzielali różnych odpowiedzi: chrystocentrym, wymiar trynitarny, rozeznawanie duchów… Ktoś jednak zauważył, że wszystko to w gruncie rzeczy jest, albo powinno być, cechą każdej zdrowej duchowości chrześcijańskiej. Zapadła cisza i nie wiadomo było, jak wyjść z impasu. Kiedy zajrzymy do „Leksykonu zakonów w Polsce”, to możemy tam znaleźć takie np. sformułowanie, że fundamentem duchowości danego zakonu jest głębokie zjednoczenie z Jezusem Chrystusem w Duchu Świętym. Zdanie piękne i słuszne, ale trudno uważać je za wyraz tożsamości odróżniającej się od innych. Na internetowych stronach jednego z zakonów znalazłem teksty na temat jego charyzmatu. Pośród wielu prób uchwycenia owego charyzmatu znalazło się też zdanie: „Krótko mówiąc, uważam, że nasz charyzmat, to śmiałość w podejmowaniu nowych idei”. No cóż! Śmiałość odkrywania „nowych lądów” jest rzeczą ważną, ale byłoby jednak trudno obronić tezę, że stanowi ona wyróżnik czyjejś tożsamości zakonnej.

Wydaje się, że najłatwiej jest nam się określić zarówno jednostkom, jak i wspólnotom życia konsekrowanego, poprzez to, co robimy, poprzez nasze apostolstwo. Oczywiście ta perspektywa określania swej tożsamości jest bliższa tzw. zakonom czynnym; zakonny kontemplacyjne bowiem określają się bardziej przez styl życia, szczególnie rytm modlitwy. Mówimy, że charyzmatem danego zakonu jest służba ubogim, albo szkolnictwo, albo kaznodziejstwo itd. To prawda, że zakony różnią się obszarami apostolskich zainteresowań, ale mam wrażenie, że różnią się coraz mniej, ponieważ wszyscy robią po trosze wszystko, to znaczy, robimy, co się da. W naszych dokumentach potrafimy znaleźć potwierdzenie ważności prawie każdego rodzaju działalności: misje zagraniczne, służba ubogim, parafie, apostolat intelektualny, edukacja dzieci i młodzieży, media.

Dlatego sądzę, że najlepiej określa życie zakonne i poszczególne zgromadzenia to, co można by nazwać opowieścią zakonów. Jesús Álvarez Gómez, znawca historii życia zakonnego, stwierdził , że to, czym konkretne życie konsekrowane jest, wyjaśnia jego własna historia. Charyzmatu zakonnego, istoty duchowości danego zakonu nie da się ująć w jakiejś definicji, w kilku syntetycznych zdaniach, ale o tym trzeba po prostu opowiadać. Na ostatniej Kongregacji Generalnej jezuitów, wśród różnych dokumentów, powstał także dekret zatytułowany: „O ponownym odkryciu naszego charyzmatu”.

Czytamy w nim m.in.: „W świecie, który zasypuje ludzi różnorodnością sensacji, idei i obrazów, Towarzystwo stara się zachować żywy ogień pierwotnych inspiracji w taki sposób, aby ogrzewał i dawał światło ludziom nam współczesnym. Dokonuje tego opowiadając historię, która przeszła próbę czasu, mimo niedoskonałości swoich członków, a nawet całego ciała, co było możliwe dzięki nieustannej dobroci Boga, który nigdy nie pozwolił, aby ten płomień zgasł. Postaramy się tutaj raz jeszcze ukazać to jako żywe opowiadanie, które – gdyby połączyć je z dziejami życia współczesnych osób – mogłoby nadać im sens i wskazać kierunek w naszym tak bardzo rozbitym świecie”. Można by powiedzieć, że fundamenty, hasła różnych podmiotów życia w Kościele, w tym zakonów, bywają podobne, ale kiedy zaczynamy opowiadać naszą historię, to widać, czym różni się życie konsekrowane od innych form życia w Kościele, i widać także, czym różnią się między sobą poszczególne zakony. Tożsamość odkrywamy i zarazem budujemy opowiadając historię, dawną i współczesną, naszych wspólnot.

Krótka historia życia konsekrowanego

Kiedy spojrzymy w wielkim skrócie na historię życia konsekrowanego, to widzimy, że jego różne formy były odpowiedzią na konkretną sytuację Kościoła. Wraz z nowymi zakonami pojawiały się jakieś nowe formy ewangelizacji i duszpasterstwa.

W IV wieku, po Edykcie mediolańskim (313), chrześcijaństwo zaczęło rozwijać się swobodnie w przestrzeni publicznej. Kilkadziesiąt lat potem stało się religią oficjalną. Negatywną konsekwencją tych procesów było to, że Kościół w pewnej mierze utracił ducha męczeństwa oraz świadomość eschatologicznego napięcia i zaczął wchodzić w kompromisy ze światem. Wtedy właśnie Bóg wzbudził w Kościele nową formę życia, monastycyzm pustynny, który pozwolił jakby przechować i przekazać następnym pokoleniom radykalizm Kościoła pierwszych trzech wieków. Nie bez powodu mnichów nazywano męczennikami okresu pokoju. To właśnie w duchowości monastycznej znajdujemy korzenie różnych form życia zakonnego. W V-VI wieku, kiedy kultura grecko-rzymska i cywilizacja chrześcijańska wydawały się być zagrożone przez tzw. barbarzyńców, Boża Opatrzność powołała Benedykta, który swoją „Regułą mniszą” położył podwaliny pod Europę. Rzeczywiście, Europa pierwszych wieków średnich zawdzięcza swoją kulturę klasztorom mniszym, poza którymi rozciągała się kulturowa pustynia. W XII wieku pojawiają się trzy problemy: bogactwo kleru, herezja albigensów, duża ilość niewolników saraceńskich. Odpowiedzią na te problemy jest działalność św. Franciszka, św. Dominika i św. Piotr Nolasco (założyciel zakonu NMP Miłosierdzia do wykupu niewolników). Kiedy w XVI wieku pojawiają się protestanccy reformatorzy, to Opatrzność powołuje Towarzystwo Jezusowe, które jest także odpowiedzią na wyzwania nowych odkryć geograficznych oraz potrzebę nowoczesnego szkolnictwa. Ktoś powiedział, że historię zakonów „można by porównać do symfonii i fugi: w jednym oznaczonym momencie nowe głosy, nowe instrumenty, które przez chwilę wydają się dominować nad pozostałymi, lecz później jednoczą się w nieprzerwaną całość”.

Patrząc na historię zakonów, niektórzy doszli do wniosku, iż w IV wieku doszło do historycznie zrozumiałego, ale w istocie niewłaściwego podziału na tzw. zwyczajne życie chrześcijańskie mas, które weszły do Kościoła nie-ewangelizowane, oraz jakby wyższy stopień wtajemniczenia, czyli życie radami ewangelicznymi, życie konsekrowane. Po Soborze Watykańskim II, który położył nacisk na wspólne wszystkim wierzącym powołanie do świętości, masy odchodzą, a zostaną ci, którzy rzeczywiście chcą żyć ewangelią. To uproszczony obraz, ale w pewnym stopniu tłumaczy fakt, że w zderzeniu z radykalnymi wyborami osób świeckich życie konsekrowane wydaje się dzisiaj tracić swoją profetyczną rolę i radykalizm. W nowej sytuacji katoliccy rodzice, którzy decydują się na wielodzietną rodzinę, zdają się być z pewnego punktu widzenia bardziej radykalni, niż osoba wybierająca zakonną czystość i posłuszeństwo. Wydaje się, że przy okazji różnych dyskusji o nowej ewangelizacji więcej mówi się o roli laikatu i nowych ruchach w Kościele, niż o zakonach. Odnowa Soboru Watykańskiego II wiąże się nie z rozkwitem nowych form życia konsekrowanego, ale z rozwojem nowych ruchów w Kościele, których liderami są często osoby świeckie. Czy rzeczywiście problemy z tożsamością życia konsekrowanego zaczęły się od Soboru Watykańskiego i jego recepcji?

Życie konsekrowane po Vaticanum Secundum

Abp Joseph Tobin, do niedawna sekretarz Kongregacji ds. Życia Konsekrowanego, a obecnie nowo-mianowany arcybiskupi Indianapolis w USA, stwierdził, że to właśnie Sobór Watykański II stoi u początku przemian, jakie dokonały się w życiu konsekrowanym ostatnich 50 lat. Sobór – jego zdaniem – opisał życie zakonne bardziej w kategoriach teologicznych, niż w odniesieniu do reguł. Zauważył ponadto, że po Soborze nastąpiła w zakonach zmiana akcentów: z posłuszeństwa i reguł na wspólnotę i życie Ewangelią. Trzeba przyznać, że reguły były niekiedy tyleż drobiazgowe, co skostniałe, a posłuszeństwo rozumiane w sposób nieprzystający do odnowionego rozumienia godności człowieka. Potrzebna była więc odnowa, nowe spojrzenie. Tyle że zdarzało się, iż wylewano dziecko z kąpielą: reguły zostały zastąpione indywidualistyczną dowolnością, a posłuszeństwo zinterpretowano w taki sposób, że właściwie przestawało być posłuszeństwem. Przy czym życie Ewangelią niekoniecznie się pogłębiło.

Sobór Watykański II bardzo umocnił pozycję biskupa oraz dał impuls ku odkrywaniu przez świeckich swej roli w Kościele. Są to niewątpliwie pozytywne owoce Soboru, tym niemniej na tym tle soborowe teksty na temat zakonów nie stanowiły jakiegoś nowego powiewu. Sądzę, że Dekret o przystosowanej odnowie życia zakonnego (Perfectae caritatis) nie należy do szczególnie inspirujących dokumentów. Lecz nawet jeśli tak jest, to żadną miarą z tego nie wynika, że zakony mogłyby upatrywać w tekstach soborowych przyczyny swoich obecnych trudności. Wszak Sobór powiedział jasno, że choć stan zakonny, „który opiera się na profesji rad ewangelicznych, nie dotyczy hierarchicznej struktury Kościoła, należy on jednak nienaruszalnie do jego życia i świętości” (Lumen Gentium, 44). Wskazał też na fundamentalną zasadę odnowy życia zakonnego: „ustawiczne powracanie do źródeł wszelkiego życia chrześcijańskiego i do pierwotnego ducha ożywiającego instytuty, jak też ich dostosowanie do zmieniających się warunków epoki” (Perfectae caritatis, 2).

Wydaje się, że w recepcji Soboru przez niektóre środowiska zakonne skupiono się na drugiej części tej zasady, a zaniedbano jej część pierwszą. Innymi słowy, zachłyśnięto się hasłem aggiornamento, które zaczęto wykorzystywać do usprawiedliwiania różnych dziwacznych nowinek, czy też po prostu niewierności. Tymczasem Benedykt XVI, podczas spotkania z ostatnimi uczestnikami Soboru podkreślił, że aggiornamento nie oznaczało zerwania z tradycją, ale stałą aktualność wiary. W aggiornamento nie chodzi o równanie wiary do modnych trendów, do tego, co się podoba opinii publicznej. A w przemówieniu do uczestników procesji na rozpoczęcie Roku Wiary Papież wypowiedział znamienne słowa: „W tych 50 latach nauczyliśmy się i doświadczyliśmy, że grzech pierworodny istnieje i przekłada się wciąż od nowa na grzechy osobiste, które mogą się stać także strukturami grzechu. Zobaczyliśmy, że na polu Pana jest też zawsze kąkol, a w sieci Piotra są też złe ryby”. Słowa te można by przyłożyć do różnych sytuacji w życiu zakonnym po Soborze. Optymizm posoborowy osób zakonnych okazał się niekiedy naiwnością, a nawet ideologicznym lekceważeniem rzeczywistości grzechu. W konsekwencji tzw. wychodzenie ku światu prowadziło niekiedy do rozmycia się w modnych ideach i utraty własnej tożsamości.

Mija czas zakonów?

Zakony wciąż prowadzą bardzo wiele ważnych dla Kościoła powszechnego i Kościołów lokalnych dzieł, ale pomimo to możemy powiedzieć, że nie żyjemy w czasach rozkwitu życia konsekrowanego. Jest to raczej czas kryzysu, którego przejawami są m.in.: skandale finansowe i seksualne, które uderzają wprost w wiarygodność życia ślubami; brak powołań i wymieranie różnych zakonnych prowincji, ambiwalentny stosunek niektórych biskupów i kręgów Stolicy Apostolskiej do życia zakonnego.

Nie sądzę jednak, abyśmy mogli mówić, że mija czas różnych form życia konsekrowanego, w tym zakonów. To prawda, że zakony będą odgrywać mniejszą rolę w Kościele, niż to miało miejsce w minionych wiekach. Ale nadal będą miały swe miejsce w Kościele, którego nikt inny nie będzie mógł wypełnić. Żadna konkretna forma życia konsekrowanego nie ma obietnicy, że istnieć będzie do końca czasów. Tym niemniej możemy mieć ugruntowane przeświadczenie, iż zawsze będzie istnieć w Kościele życie konsekrowane, oparte na ślubach. Być może niektóre zgromadzenia, a na pewno niektóre prowincje zakonne, muszą przyjąć do wiadomości, że po prostu wymierają. Jeśli taka sytuacja rzeczywiście ma miejsce, to zwróciłbym uwagę na słowa Oto Màdra, czeskiego kapłana, który stwierdził, iż w obliczu śmierci trzeba dokonywać rachunku sumienia z popełnionych grzechów, ale jeszcze bardziej trzeba uświadomić sobie, wydobyć z siebie to, co najlepsze i najprawdziwsze. Chodzi o to, aby pozostawić po sobie autentyczny zaczyn, który pomoże tym, co przyjdą po nas, by tworzyć Kościół. Pamiętajmy o słowach św. Pawła: „Jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana” (Rz 14,8).

Nie chcę oczywiście powiedzieć, że pozostała nam jedynie duchowość dobrej śmierci. Wręcz przeciwnie! Obecny kryzys jest dla nas wyzwaniem, byśmy podejmowali życie zakonne z odnowionym entuzjazmem. Odpowiedzią na skandale, zgorszenia winno być nawrócenie i dążenie do świętości m.in. poprzez wierność ślubom zakonnym i zakonnemu oraz kościelnemu prawu. Odpowiedzią na brak powołań powinien być wysiłek rozeznania znaków czasu, aby dany kiedyś charyzmat mógł zabłysnąć nowym blaskiem. Natomiast odpowiedzią na nieporozumienia w relacjach z biskupami (i dodajmy: a także ze świeckimi ruchami w Kościele) powinna być duchowość Komunii, aby pokazać, iż nie jesteśmy zazdrosnymi konkurentami, ale współpracownikami we wspólnej misji Chrystusowego Kościoła.

Tożsamość życia zakonnego jest ściśle związana z tożsamością całego Kościoła. Dlatego nie możemy przeżywać swego powołania jedynie w perspektywie naszego instytutu, zakonu, do którego należymy. Powinniśmy je przeżywać w perspektywie całego Kościoła, w duchowości komunii. Wtedy nasze lokalne problemy zobaczymy w innej perspektywie. Być może zobaczymy to, co zobaczył Aleksander Mień, prawosławny duchowny zabity przez KGB: „Tylko ludzie ograniczeni mogą wyobrażać sobie – stwierdził Mień – że chrześcijaństwo już się urzeczywistniło. W rzeczywistości chrześcijaństwo postawiło zaledwie swoje pierwsze kroki, kroki nieśmiałe, w dziejach ludzkości. Wiele słów Chrystusa jest dla nas niezrozumiałych… Historia chrześcijaństwa dopiero się zaczyna”. Być może jest tak, że również historia życia konsekrowanego dopiero się zaczyna. Nie wiemy, co przyniesie przyszłość. Ale przecież wierzymy, że ona już należy do Zmartwychwstałego Pana.

W obliczu laicyzacji i kulturowej rewolucji

Jednym z niebezpieczeństw dla życia konsekrowanego jest to, co nazywamy kulturową rewolucją i laicyzacją. Amerykański franciszkanin, Benedict Groeschel, uważa, że życie konsekrowane poszło w niewłaściwym kierunku i padło ofiarą tej samej rewolucji kulturalnej, która od lat 60-tych ubiegłego wieku zrujnowała rodzinę i szkolnictwo wyższe.

Co robić, by życie zakonne się odrodziło? O. Groeschel stwierdza, że trzeba mu przywrócić autentyczny rys, którym jest tzw. graniczność. Od początku swego istnienia życie konsekrowane cechowało się granicznością, gdzie życie rodzinne stanowiło normę, granicznością była czystość, ubóstwo i posłuszeństwo przełożonym. O. Groeschel stwierdza: „Każdy człowiek obeznany z upadkiem życia konsekrowanego wie, że – z małymi wyjątkami – obecnie owa graniczność została dzisiaj w USA prawie całkowicie utracona. Miejsce Pisma świętego i Tradycji zajęły niepewne teorie psychologiczne. Zabójcze okazało się zastosowanie psychoterapii z założeniami Freuda skoncentrowanymi głównie na niszczeniu wszystkiego, co postrzegano jako elementy represyjne. W psychoterapii zabrakło całkowicie zdrowego rozsądku. Miejsce wiary w niezbędność łaski Bożej zajęły różne pomysły na tzw. samorealizację. Zdaniem o. Groeschela kryzys życia zakonnego wiąże się także z upadkiem liturgii. Franciszkanin zauważa ponadto, że we wspólnotach zakonnych zaczęły się pojawiać elementy filozofii marksistowskiej, która przecież wyrządziła niepowetowane szkody milionom ludzi. Groeschel pisze z sarkazmem: „Biednemu Engelsowi nigdy by do głowy nie przyszło, że ostatnimi ludźmi, którzy go traktują poważnie są zbłąkane zakonnice katolickie”. O. Groeschel uważa, że życie konsekrowane musi się poddać radykalnej reformie, musi powrócić do radykalizmu Ewangelii i mądrości Tradycji. Ale jak dotąd nie ma – jego zdaniem – przykładu starego zgromadzenia, które zdecydowałoby się na taką reformę. Zazwyczaj w łonie starych zgromadzeń istnieje zdecydowany opór powiązany z obroną przeciętności i letniego sposobu życia, które nie odbiega wiele od życia w świecie.

Nawet jeśli ta ocena amerykańskiego zakonnika jest zbyt ostra, to niewątpliwie trzeba się zgodzić z tym, że laicyzacja zagraża życiu zakonnemu nie tylko z zewnątrz, ale tu i ówdzie wtargnęła już do wewnątrz wspólnot zakonnych. Czy w obliczu laicyzacji potrzeba na nowo zdefiniować misję osób konsekrowanych? I tak, i nie. Nie, w tym sensie, w jakim Jan Paweł II napisał w „Novo millennio ineunte”: „Nie ulegajmy bynajmniej naiwnemu przekonaniu, że można znaleźć jakąś magiczną formułę, która pozwoli rozwiązać wielkie problemy naszej epoki. Nie, nie zbawi nas żadna formuła, ale konkretna Osoba oraz pewność, jaką Ona nas napełnia: «Ja jestem z wami!».” (nr 29). Z drugiej strony proces laicyzacji stawia nas niewątpliwie przed pytaniem: Co i w jaki sposób mamy czynić? Jacy powinniśmy być, by wypełnić misję?

Zlaicyzowany świat paradoksalnie bardzo jest wyczulony na zgorszenia. Będąc dalekim od Boga, gorszy się (z pewną satysfakcją) grzechami tych, którzy deklarują wiarę w Boga. Potrzeba zatem wiarygodnego świadectwa. Drogą zakonnego świadectwa są m.in. śluby zakonne: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Najbardziej niszczą życie konsekrowane grzechy nieczystości, chciwości i pokusa wygodnego życia. Możemy słusznie krytykować niedobre media, ale one będą bezlitośnie, ponad miarę, obnażać grzechy i niekonsekwencje kościelnych instytucji i osób. Dlatego najlepiej nie dawać im pretekstów.

Osoby konsekrowane żyją najczęściej we wspólnotach. Trzeba powiedzieć, że wspólnota nie tylko służy naszej misji, ale sama jest misją. Jeśli wspólnota jest dobra, tj. taka, w której panuje Duch Boży, to sama w sobie jest świadectwem czytelnym również dla osoby zlaicyzowanej. Świat zlaicyzowany potrzebuje nie tylko świętych jednostek, ale jeszcze bardziej świętych wspólnot. Nawrócenie osoby zakonnej jest nawróceniem ku wspólnocie albo w ogóle nie jest nawróceniem.

Najbardziej niebezpieczna laicyzacja to taka, która dotyka rodziny. Nie bez powodu współcześni ideolodzy laicyzacji mówią o nadmiernym rodzino-centryzmie. Chcą rozmyć pojęcie rodziny, osłabić tradycyjną rodzinę. Dlatego jest niezwykle ważne, aby zakony umiały wprząc swe charyzmaty w służbę katolickim małżeństwom, rodzinom.

Odnowić gorliwość

Soborowy Dekret o przystosowanej odnowie życia zakonnego stwierdza: „Niech wszyscy pamiętają, że nadzieje odnowy należy budować raczej na gorliwszym zachowaniu reguły i konstytucji, aniżeli na mnożeniu ustaw” (nr 4). W zdaniu tym znajduję klucz do odbudowywania tożsamości życia konsekrowanego: gorliwość. Nowa ewangelizacja, to przede wszystkim nowa gorliwość. Co uderza, kiedy czytamy opowieści o św. Franciszku, św. Dominiku, czy też św. Ignacym Loyoli? Uderza ich gorliwość. Duch Święty zapewne przygotował dla osób konsekrowanych wiele darów. Ale niech mi będzie wolno powiedzieć, że jednym z najważniejszych darów jest prawdopodobnie odnowiona gorliwość: być gorliwym zakonnikiem, kapłanem, być gorliwą zakonnicą.

W jednym z listów byłego Generała jezuitów, o. Kolvenbacha, czytamy: „Tym, co najbardziej nas zadziwia u św. Franciszka Ksawerego, jest jego żarliwe przekonanie o palącej potrzebie głoszenia Ewangelii, gdy tymczasem my wobec perspektywy ewangelizacji pozostajemy dość bierni. Fakt, że dzieło ewangelizacji wymaga dziś szacunku dla ludzkich sumień i różnorodności kultur oraz postawy dialogu, że musi brać pod uwagę religijny pluralizm i obojętność religijną, powinien skłaniać nas do dzielenia ksaweriańskiej żarliwości [gorliwości], a nie utwierdzać w rezygnacji, jak gdyby już nic nie było do zrobienia”. Franciszek Ksawery nie musiał zadawać sobie wciąż zasadniczych pytań: Kim jestem? Co mam robić? Bo z wielką gorliwością realizował raz rozeznane i przyjęte powołanie.

Odwołajmy się raz jeszcze do listu „Novo millennio ineunte”, w którym Jan Paweł II napisał: „Nie trzeba wyszukiwać «nowego programu». Program już istnieje: ten sam co zawsze, zawarty w ewangelii i w żywej Tradycji. […] Program ten nie zmienia się mimo upływu czasu i ewolucji kultur, chociaż bierze pod uwagę epokę i kulturę, aby możliwy był prawdziwy dialog i rzeczywiste porozumienie. Ten właśnie program jest naszym programem na trzecie tysiąclecie. […] Czeka nas zatem porywające zadanie – mamy podjąć na nowo pracę duszpasterską” (nr 29). To „na nowo” oznacza przede wszystkim „z odnowioną gorliwością”.

Ks. Dariusz Kowalczyk SJ