„Monsenior Andrea Canova. Pierwszy kapucyn misjonarz i biskup w Bułgarii (1841-1866)” – to tytuł książki Andreja Tyrnowalijskiego OFMCap, która ukazała się w ubiegłym miesiącu w przekładzie na język ojczysty autora. – Ta książka zmartwychwstała dla bułgarskich czytelników, a jej autor gorąco pragnął, by trafiła w ręce rodaków – mówił historyk, prof. Swetozar Ełdarów w czasie jej prezentacji, która odbyła się w mieście Rakowski – centrum katolicyzmu w Bułgarii.
Prezentując studium o. Tyrnowalijskiego prof. Ełdyrów nazwał o. Canovę budowniczym podwalin katolicyzmu w diecezji sofijsko-płowdiwskiej, na których można było stawiać kolejne „piętra”. O. Jarosław Babik OFMCap, delegat Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów w Bułgarii i wicepostulator procesu kolejnej grupy męczenników z czasów komunizmu podkreślił, że ukazanie się publikacji w bułgarskim przekładzie jest też ważnym wydarzeniem dla kapucynów, posługujących w Bułgarii. – Jest to bezcenne źródło informacji, nie tylko dla historyków katolicyzmu w tym kraju, ale również zapis dziejów narodu pod tureckim panowaniem.
Włoski kapucyn w Bułgarii
Urodzony w Garessio w Piemoncie Andrea Canova po wstąpieniu do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów marzył o pracy na misjach. Święcenia otrzymał w 1828 r., po czym posługiwał w Szwajcarii, ale po dwóch latach wyruszył jako misjonarz do Gruzji. Jednak w Konstantynopolu ciężko zachorował, więc wrócił do ojczyzny. Swoje marzenie zrealizował dopiero w 1841, gdy na prośbę Kongregacji Krzewienia Wiary wsiadł na statek i po przybyciu do Stambułu, po uzyskaniu pozwolenia na dalszą podróż, po dziesięciu dniach, dotarł do Filipopolis, czyli Płowdiwu. W mieście i okolicach znajdowała się enklawa katolików, licząca ponad pięć tysięcy osób, posługiwało im trzech księży diecezjalnych – Bułgarów. Wierni byli skłóceni, jedni popierali redemptorystów, którzy dopiero co opuścili tę trudną placówkę, inni księży – rodaków. Kościoły przypominały stajnie, były niskie, zbudowane z cegieł z błota, kryte słomą.
Ojciec Andrea nie zniechęcił się trudnościami, które się przed nim piętrzyły. Mimo braku środków w chwili jego śmierci w 1866 r. wspólnota katolicka w Bułgarii była dzięki niemu doskonale zorganizowana, ewangelizacja wiernych przebiegała wzorowo, prestiż katolików wzrósł, gdyż byli łącznikami rodaków z zachodnią cywilizacją.
Wbrew trudnościom
Z listów i raportów, które składał Kongregacji Krzewienia Wiary oraz przełożonym własnej prowincji w Turynie, wyłania się obraz pracy misyjnej, najeżonej trudnościami, niebezpieczeństwami, wymagającej wielkiego hartu ducha i zaufania Opatrzności. Pierwszą rzecz, jaką zrobił, gdy znalazł się na nowej placówce, to budowanie jedności wiernych, (pełnił urząd wikariusza apostolskiego Sofii i Płowdiwu), którzy byli podzieleni na „frakcje” i skłóceni. Do tego konieczna była znajomość języka i to udało mu się osiągnąć w pół roku (pobierał lekcje od starej służącej). Twierdził (słusznie), że bułgarski nie jest trudny, ubolewał, że brakuje w nim terminów z dziedziny teologii i liturgiki, jednak nie było to przeszkodą w rozpoczęciu intensywnej ewangelizacji.
Objechał wszystkie katolickie wioski (było ich wówczas sześć), interesował się życiem katolików. Był wstrząśnięty ubóstwem swoich wiernych i okrucieństwem Turków „w tym barbarzyńskim kraju”, w którym przemoc była codziennością. W listach opisywał „angariję”, czyli bezpłatną niewolniczą pracę Bułgarów na rzecz tureckich ciemiężycieli, przypadek porwania dziesięcioletniej dziewczynki przez Turka (próbował bezskutecznie przywrócić ją choremu ojcu), bezwzględnością pracodawców.
Znalazł się w zupełnie odmiennym świecie i musiał nauczyć się całkowicie odmiennych reguł, nieznanych lub dawno porzuconych w Europie. Katolicy byli pogardzaną mniejszością, wielu z nich było konwertytami z heretyckiej grupy paulicjan. Otaczającą ich większością stanowili Turcy, Grecy i prawosławni Bułgarzy, których zgodnie z przedsoborowymi standardami nazywał schizmatykami, rozłamowcami, następcami Focjusza. Na tych ostatnich skarżył się twierdząc, że „od rozłamowców cierpimy bardziej niż od Turków i obawiam się, że gdyby mieli w rękach pełnię władzy, prześladowaliby nas mieczem”. Ubolewał także nad ciemnotą i brakiem znajomości prawd wiary tej większości wyznaniowej.
W tej trudnej sytuacji o. Andrea nie dążył do konfrontacji, a starał się nawiązywać przyjazne relacje z innowiercami. „Dzięki pieniądzom tu, w Turcji, można wszystko załatwić, szkoda, że mamy je wciąż za mało” – pisał do swojego prowincjała w Turynie. Toteż ofiarował „prezenty”, np. w liście z 1856 r. informuje, że nim wybudował nowy kościół w wiosce Duwanlij, ofiarował po jagnięciu paszy, jego sekretarzowi, ekonomowi o przywódcy religijnemu. Dzięki takim prezentom otrzymywał „fermany”, czyli dokumenty, uprawniające do wznoszenia kolejnych świątyń w katolickich wioskach. Był zręcznym dyplomatą i dzięki temu doprowadził do tego, że pasza i mułła zaczęli składać mu wizyty, a prawosławny biskup przestał torpedować jego poczynania.
Niemal w każdym liście i sprawozdaniu zawarta jest prośba o pieniądze, o które zwracał się nie tylko do Kongregacji Krzewienia Wiary i przełożonych swojego zakonu, ale także do francuskich katolików i samego króla Karola Alberta. Z ofiarowanych funduszy rozliczał się z wielką dokładnością, ale nie poprzestawał na braniu dotacji, bo był także znakomitym menadżerem, miał zdolność do robienia interesów i pomnażania pieniędzy. To on zachęcił swoich wiernych do hodowli jedwabników, to kapucyni przywieźli do Bułgarii nieznane do tej pory truskawki. Kupował ziemię i na niej budował, choć miał tylko część funduszy, a na jednej z działek zorganizował wioskę dla najuboższych wiernych, którzy musieli pracować u Turków.
Niemniej gorliwie prosił przełożonych swojego zakonu żeby wysyłali mu misjonarzy – o nienagannych obyczajach, dobrze wykształconych, zdrowych. Chciał, i do tego doprowadził, żeby każda wioska miała swojego kapłana.
Poza troską o stałą katechizację i życie sakramentalne wiernych, w każdej wiosce wzniósł kościół, przy czym musiał on być zbudowany z solidnych materiałów, z kamieni i drewna, piękny, ozdobiony obrazami i figurami świętych, gdyż, jak pisał, podnosi to prestiż katolików. W Płowdiwie wybudował też katedrę pw. św. Ludwika, która stoi do dziś. Wydawał pieniądze na materiały budowlane i wykwalikowanych budowniczych, robociznę ofiarowywali jego wierni.
Innowiercy interesowali się życiem katolików, regularnie z ciekawością obserwowali procesje Bożego Ciała, interesowali się nowymi kościołami. Jednak prestiż katolików, a także abp. Canovy wzrósł z dwóch powodów – po stuleciach przerwy został pierwszym katolickim biskupem sofijsko-płowdiwskim – święcenia biskupie przyjął 26 marca 1848 r. w Konstantynopolu. Innym powodem, wzbudzającym szacunek i podziw, było sprowadzenie z Genui pierwszych na ziemiach bułgarskich organów. Wyjednał też przysłanie z Konstantynopola dominikanina, o. Dominka Marteletego, który miał grać, ale też nauczyć gry zdolnych młodych ludzi. Z satysfakcją później informował, że jest w dobrych stosunkach z przywódcami wszystkich narodowości i rządzącymi, „a jego ekscelencja pasza z przyjemnością słucha naszej muzyki organowej”. Być może dzięki tym ‘dobrym relacjom’ udało się abp. Canovie wznieść pierwszą dzwonnicę w mieście, a dźwięk dzwonów w pierwszych miesiącach zadziwiał mieszkańców Płowdiwu.
Doprowadził do otwarcia konsulatów Austrii i Francji w Płowdiwie i był to kolejny przyczółek kultury zachodniej i ochrona nie tylko wspólnoty katolickiej, ale wszystkich mieszkańców regionu.
Gorliwie popierał unię z Rzymem. Po swoim przyjeździe obserwował narastający konflikt między prawosławnymi Grekami i Bułgarami. Ci ostatni coraz gwałtowniej sprzeciwiali się narzuconej hellenizacji Cerkwi, narzucaniu języka liturgii i greckich biskupów. W cerkwiach Bułgarzy wzniecali tumulty „Ne iskame grycki” (Nie chcemy greckiego), w końcu dojrzała idea przyłączenia się do Rzymu. Pod koniec 1860 dwustu przedstawicieli Bułgarów, dwóch archimandrytów, trzech księży diecezjalnych, zwrócili się z prośbą o przyłączenie do Kościoła katolickiego uznając Ojca Świętego za „głowę Kościoła powszechnego i następcę św. Piotra”. Losy Unii toczyły się później rozmaicie, jednak abp Canova zawsze był oparciem w najwcześniejszych próbach Bułgarów uniezależnienia się od greckiej dominacji.
Owocne zmęczenie
Po dwóch dekadach intensywnej pracy prosił przełożonych o zgodę na powrót do ojczyzny. Miał problemy ze zdrowiem, był przemęczony. „Ja muszę głosić kazania, spowiadać, odwiedzać chorych, ponadto jestem kościelnym i sędzią. Dlatego nowy misjonarz jest absolutnie konieczny” – pisał do przełożonych. Uważał, że jego posługa nie była owocna, ubolewał, że nikogo nie nawrócił – ani Turka, ani „schizmatyka”, jedynie kilku żydów. W ostatnich latach pracowitego ćwierćwiecza starał się ściągnąć do Bułgarii zakonników z Braci Szkolnych i siostry józefitki. Szczególnie troszczył się o katechizację i wysoki poziom etycznych katolików, tępił pijaństwo i wszelkie występki. Wiernym powtarzał, że powinni być przykładem dla Turków i „schizmatyków”, postępowali tak, żeby oni także zostali pouczeni.
Kilka lat przed śmiercią pisał do papieża Piusa IX: „Z Bożą pomocą i przy wsparciu Kongregacji Rozkrzewienia Wiary, dzięki dobrowolnym datkom i współpracy katolików z tej misji, dotychczas mogłem wybudować dziesięć świątyń. Ponadto dla każdego kapłana tej misji był wzniesiony odpowiedni dom. Dla biskupa i jego wikariusza, jak również dla nauczyciela i nauczycielki były wykonane własne domy, zostały otwarte męska i żeńska szkoła oraz szpital”.
„Jeśli uda mi się zaprosić zakonników ze Zgromadzenia Braci Szkół Chrześcijańskich i wybudować katedrę, wówczas mogę umrzeć” – pisał trzy lata przed śmiercią. Oba zadania udało mu się zrealizować. Przełożeni nie zgodzili się na jego powrót do Włoch. „…Po życiu całkowicie oddanemu dobrym dziełom, budowaniu kościołów i szkół, jałmużnom dla ubogich i kształceniu duchownych wiernego ludu. Współczuciu w smutkach i nieszczęściach. Opłakiwany przez naród po śmierci w Płowdiwie 10 sierpnia 1866 po 68 latach cierpień na tym padole” – napisali na jego płycie nagrobnej wdzięczni wierni. Spoczął w katedrze św. Ludwika, którą budował z wielkim trudem i poświęceniem.
Po sześćdziesięciu latach
We wstępie prof. Ełdyrow podkreśla, że losy książek powiązane są z losami ludzi. W odniesieniu do studium o abp. Canovie twierdzenie to jest wyjątkowo prawdziwe. Urodzony w mieście Rakowski Franciszek Tyrnowalijski mając lat czternaście wyjechał do małego seminarium we Włoszech, sześć lat później wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, w 1950 przyjął święcenia kapłańskie. Do ojczyzny nie wrócił, gdyż po narzuceniu komunistycznego reżimu w Bułgarii zaczęły się bezwzględne prześladowania chrześcijan, zwłaszcza katolików, księża i biskupi byli wtrącani do więzień, bestialsko torturowani, mordowani po sfingowanych procesach (w tym biskup diecezji północnej, bł. Ewgeni Bosiłkow) lub bez procesów. Posługiwał we Włoszech, gdzie pracował jako wykładowca, później pełnił funkcję duszpasterza bułgarskich emigrantów w Niemczech. Cały czas pracował naukowo, w 1968 r. obronił doktorat na Papieskim Instytucie Wschodnim. Cały czas żył z nadzieją, że kiedyś wróci do Bułgarii. Chory na cukrzycę, na wózku inwalidzkim, po amputacji obydwu nóg, tracąc wzrok, wciąż pracował, cierpliwie znosząc swoje cierpienia. Zmarł w Monachium w 1988 roku.
Książka, poświęcona abp. Canovie zawiera krótki zarys historii katolicyzmu w Bułgarii oraz biografię pierwszego biskupa – kapucyna. Jej głównym trzonem są 139 dokumenty, przechowywane w archiwum Kongregacji Krzewienia Wiary, archiwum Kurii Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów oraz prowincji Turyn, z której pochodził ich autor. Analiza zasobów archiwalnych była również tematem pracy doktorskiej o. Tyrnowalijskiego, która ukazała się po niemiecku i włosku w 1968 r. W języku ojczystym autora jego studium ukazało się po pięćdziesięciu siedmiu latach.
Należy podkreślić, że przekład i publikacja dzieła o. Tyrnowaliskiego zostały sfinansowane w ramach stowarzyszenia „Lokalna Grupa Inicjatywna Grupa Rakowski” za pośrednictwem Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionów Wiejskich 2014-2020, według projektu, opracowanego przez kierownictwo szkoły „Chr. Smirnenski, m. Rakowski”.
D-r Andrej Tyrnowaliski, Monsenior Andrea Canova – pyrvijat kapucin, misioner i episkop v Byłgaria (1841-1866). Przekład z niemieckiego i włoskiego, Wydawnictwo Bojking, 2025.
Alina Petrowa-Wasilewicz/KAI