Antonio Spadaro SJ: Ignacjańskie korzenie reformy Kościoła papieża Franciszka

Duchowość św. Ignacego z Loyoli jest duchowością historyczną, powiązaną z dynamiką historii. Ona, co więcej, pomaga wzrastać historii oraz organizuje, strukturyzuje instytucję. Duchowa posługa Ignacego instytucjonalizuje się w konkretną służbę Kościołowi, nadając formę Towarzystwu Jezusowemu i jego zdolności do dialogu z kulturą i z historią. W rzeczywistości jest to tło, na którym odmalowuje się bardziej złożony portret, mający zasadnicze znaczenie dla zrozumienia sposobu postępowania papieża Bergoglio podczas jego pontyfikatu. Zauważa on, że w życiu Ignacego można stwierdzić wewnętrzną spójność jego zamysłu. Ale czym jest ów „zamysł” Ignacego? Czy może teoretyczną wizją, którą można od razu zastosować do rzeczywistości, wymuszając na niej zmieszczenie się w wyznaczonych granicach? Czy ten zamysł jest jakąś abstrakcją, który należy zniżyć do konkretu?

Nic z tych rzeczy. „Zamysł św. Ignacego nie jest planowaniem funkcji, nie jest dobieraniem możliwości. Jego zamysł polega na ujednoznacznianiu i konkretyzowaniu tego, co sam przeżył w swoim wewnętrznym doświadczeniu”, pisał Bergoglio w książce Kim są jezuici? (Bologna, 2014). W ten sposób można zrozumieć, że pytanie, na czym polega „program” Papieża Franciszka, nie ma sensu. Papież nie ma jasnych i wyraźnych idei do zaaplikowania do rzeczywistości, lecz porusza się w oparciu o doświadczenie duchowe i modlitwę, którymi dzieli się poprzez dialog i konsultacje.

Ten sposób postępowania nazywa się „rozeznawaniem”: jest to rozeznawanie Bożej woli w życiu codziennym. Chociaż dokonuje się ono w przestrzeni serca, w wewnętrzności, jego pierwszą materią jest zawsze echo, jakim odbija się w tej intymnej przestrzeni powszednia rzeczywistość. Jest to wewnętrzna postawa, która popycha do otwartości na dialog, na spotkanie, na znajdowanie Boga wszędzie tam, gdzie On chce zostać znaleziony, a nie tylko w ograniczonym kręgu spraw, a w każdym razie spraw dobrze określonych i odgrodzonych. Co się tyczy tej kwestii, papież Franciszek prosił biskupów Stanów Zjednoczonych: „Nie lękajcie się dokonania wyjścia niezbędnego dla wszelkiego autentycznego dialogu. W przeciwnym razie nie można dogłębnie zrozumieć racji drugiej osoby ani pojąć, że brat, do którego trzeba dotrzeć i uratować mocą i bliskością miłości, znaczy więcej niż stanowiska, które uważamy za dalekie od naszych prawdziwie pewnych” (23.09.2015, KAI).

Dlatego też działaniom i decyzjom musi towarzyszyć uważna, medytacyjna, modlitewna lektura znaków czasu. Dla Bergoglio, świat jest w ciągłym ruchu: zwykła perspektywa i jej kryteria osądu i klasyfikowania tego, co jest ważne, a co nie jest ważne, nie funkcjonuje. Życie ducha posiada inne kryteria.

A nie przeprowadza się rozeznawania na podstawie idei, także idei dotyczących reformy, ale w oparciu o to, co rzeczywiste, o historie, o konkretną historię Kościoła. Dla Papieża rzeczywistość jest zawsze większa od idei (por. Evangelii gaudium n. 231-233). Z tego powodu punkt wyjścia ma zawsze charakter historyczny i polega przede wszystkim na rozpoznaniu, że „Bóg działa i pracuje dla mnie we wszystkich rzeczach stworzonych na obliczu ziemi” (Ćwiczenia duchowe n. 236), a więc że świat jest Bożym placem budowy.

Otwarty i historyczny proces

Zadanie reformatora polega więc na tym, aby inicjować lub towarzyszyć procesom historycznym. Jedna z fundamentalnych zasad wizji bergogliańskiej głosi: czas jest ważniejszy od przestrzeni (por. EG n. 222-225). Reformować znaczy uruchamiać procesy otwarte i nie „iść na skróty” czy też zdobywać przestrzenie władzy. To dokładnie jest ów duch rozeznawania, w którym Ignacy i jego pierwsi towarzysze stawili czoło wyzwaniu Reformacji.

Papież jasno zdaje sobie sprawę z kontekstu, z sytuacji wyjściowej: jest poinformowany, wysłuchuje opinii; mocno przywiera do teraźniejszości. Jednak droga, którą zamierza przebyć, jest dla niego naprawdę drogą otwartą, nie jest to teoretyczna mapa dróg: raczej droga otwiera się, w miarę wędrówki. Dlatego też jego „zamysł” jest, w rzeczywistości, przeżytym doświadczeniem duchowym, które przyjmuje swój kształt stopniowo, i które jest przekładane na konkretne kategorie w działaniu. Nie jest to wizja, która czyni odniesienia do idei i pojęć, ale przeżycie, które zależy od „czasów, miejsca i osoby”, a więc nie od ideologicznych abstrakcji. Dlatego też ta wewnętrzna wizja nie jest przez Papieża narzucana historii, on nie próbuje jej organizować według współrzędnych tej wizji, ale dialoguje z rzeczywistością, włącza się w historię ludzi, rozwija ją w czasie.

Franciszek jest papieżem procesów, „ćwiczeń”. Jest jak przełożony wspólnoty, który winien być „przewodnikiem procesów, a nie jedynie administratorem” (J.M. Bergoglio, Nel cuore di ogni padre. Alle radici della spiritualità). To jest, w jego rozumieniu, forma prawdziwych „rządów duchowych”. Pontyfikat Bergoglio i jego wola reformy nie są i nie będą realizowane wyłącznie w porządku „administracyjnym”, lecz raczej będą uruchamianiem i towarzyszeniem procesom: niektórym szybkim i gwałtownym, innym niezwykle powolnym.

Proces jest więc naprawdę otwarty: jedynie Bóg zna jego rezultat i owoc. Jest czym innym i czymś o wiele więcej niż ludzki plan, i „jest czymś więcej niż nasze oczekiwania”. Nawet gdyby były to oczekiwania papieża. (…).

Papież żyje w nieprzerwanej dynamice rozeznawania, która otwiera go na przyszłość; także na przyszłość reformy Kościoła, która nie jest jakimś projektem, ale ćwiczeniem ducha, który nie widzi jedynie czarnych i białych, jak to widzą ci, którzy chcą zawsze prowadzić „bitwy”. Bergoglio widzi odcienie i stopniowość; stara się rozpoznać obecność Ducha w ludzkiej i kulturowej rzeczywistości, już zasadzone ziarno Jego obecności w wydarzeniach, we wrażliwości, w pragnieniach, w głębokich napięciach serc i kontekstów społecznych, kulturowych i duchowych. A ziarno nie jest drzewem: często jest zagrzebane, a przez to niewidoczne dla oka, które jest mało uważne. To właśnie zostało wyrażone przez 34. Kongregację Generalną Towarzystwa Jezusowego, która odbyła się w roku 1995: „jezuici, spełniając posługę kapłańską, starają się najpierw dostrzec to, czego Bóg dokonał w życiu jednostek, społeczeństw i kultur oraz rozeznać, w jaki sposób będzie kontynuował to dzieło” (Dekrety 34. Kongregacji, n. 177).

Jest to wewnętrzna postawa, która pobudza do otwartości na dialog, na spotkanie, na znalezienie Boga, gdziekolwiek pozwoli się znaleźć i nie tylko w zamkniętych przestrzeniach, a przynajmniej dobrze określonych i odgrodzonych. Przede wszystkim jest to postawa, która nie obawia się dwuznaczności życia i stawia mu czoło z odwagą. Nie jest to wiedza intelektualna, ale wiedza, która integruje wartości serca i umysłu. Stąd działania i decyzje należy głęboko zakorzenić i towarzyszyć im poprzez uważną, medytacyjną, modlitewną lekturę znaków czasu, które znajdują się wszędzie.

Odkryć największe w najmniejszym

Zasada, która syntetyzuje ewolucyjną wizję papieża Franciszka, wyraża się w motcie: Non coerceri a maximo, contineri tamen a minimo, divinum est, które można przetłumaczyć: „Boską rzeczą jest nie być ograniczonym przez to co największe, a mimo to być zawartym w tym, co jest najmniejsze”. Jest to część długiego literackiego epitafium ułożonego przez anonimowego jezuitę na cześć Ignacego z Loyoli. Tak bardzo spodobało się ono niemieckiemu poecie Hölderlinowi (1770-1843), że umieścił je jako motto dla swojej najgłośniejszej powieści lirycznej Hyperion albo eremita w Grecji. A wiemy dobrze, jak bardzo Bergoglio ceni Hölderlina, do tego stopnia, że zacytował go w oryginale, kiedy przyjmował kardynałów w Sali Klementyńskiej dwa dni po swoim wyborze.

Co chce powiedzieć papież Franciszek, cytując to epitafium? To, że patrząc w horyzoncie królestwa Bożego, rzeczy najmniejsze mogą być nieskończenie wielkie, a ogrom może być klatką. Wydaje się to paradoksem, lecz nie dla Boga, który stał się ciałem. Wielkie przedsięwzięcie reformy realizuje się w najmniejszym geście, w małym kroku: Bóg ukryty jest w tym, co małe i w tym, co wzrasta, chociaż nie jesteśmy w stanie tego zobaczyć. Jest to myśl, która towarzyszy Bergoglio przynajmniej od czasu, kiedy był prowincjałem, jak to poświadcza jeden z jego esejów pod tytułem „Conducir en lo grande y en lo pequeño”. Jest to być może najbardziej znaczący jego tekst, zważywszy na to, że papież przywoływał mi kilka razy refleksje w nim zawarte.

Postrzeganie boskości zawartej w najmniejszej przestrzeni i nieograniczonej przez przestrzeń największą jest więc podstawowym kryterium. Bez tego będzie się „księdzem szarlatanem, który w swoim wałęsaniu się ukazuje niezdolność do pozostania zakorzenionym w Bogu i konkretnej historii, z którą jest zbratany”; lub też będzie się miało „opracowane wielkie plany pozbawione jakiejkolwiek uwagi dla konkretnych pośrednictw, które powinny je realizować”; albo można spowodować zatrzymanie się „w każdym momencie na drobnostkach bez umiejętności przekroczenia ich na poziomie Boga”. To paradoksalne motto staje się kryterium pastoralnego działania, lecz także kryterium przywództwa i wydawania sądu o rzeczywistości.

Uwzględniać granice, konflikty i problemy

Bergoglio jednak nie mówi nigdy o jakimś heroicznym i wysublimowanym pragnieniu, odległym od codziennego przemijania dni. Nie jest „maksymalistą”. On nie wierzy w sztywny idealizm ani w jakiś „etycyzm”, ani w „duchowościowe 'abstrakcje’”.  Duchowa droga nie ma nic wspólnego z jakąś „pseudo-mistyką”, która promuje bajki wynalezione przez nasze zalęknione i nieoczyszczone serca. Prawdziwa droga duchowa mieści w sobie wzięcie odpowiedzialności za naszą epokę, naszą biedę, naszą historię. Z tego powodu integralnymi częściami drogi duchowej są granice, konflikty i problemy.

We wnętrzu wzrostu wręcz nie należy „źle obchodzić się z granicami”. Za pomocą tego wyrażenia Bergoglio ma zamiar ponownie wyczulić uwagę na agresję ze strony idealizmu, „który ma zawsze pokusę, aby projektować na rzeczywistość idealny schemat, bez brania pod uwagę granic tej rzeczywistości (jakakolwiek by ona była). To niebezpieczeństwo może pojawić się także na poziomie ascetycznym: złe obchodzenie się z granicami poprzez nadmiar (domagając się w nieznoszący sprzeciwu sposób), lub przez brak (ustępując, nie obstając przy palikach, które byłyby umieszczone)”.

Relacja pomiędzy pragnieniem a granicą jest korzystna, realistyczna, humanizująca: uwydatniając naszą małość, otwiera nas na „coraz większą” wielkość Boga. Bergoglio pisze: „Postać przewodnika, który nie boi się ustalić granic, a jednocześnie powierza się dynamice nadziei wyrażonej w oczekiwaniu na działanie Pana w procesach, jest dla członków jakiejś instytucji obrazem silnego człowieka, który stoi na czele czegoś, co nie jest jego, lecz ‘jego Pana’, obrazem człowieka, który nie daje się przestraszyć przez horyzont wielkich przedsięwzięć, a jednocześnie nie narzeka gardząc małymi rzeczami”. Raczej to sam Bóg nam pomaga przyjąć nasze granice, ponieważ on sam „wyraża siebie w granicach”, a zatem jest konieczne „zaakceptować granice naszego pastoralnego wyrażania (tak odległe od koncepcji tego, który dzierży klucz świata, który nie zna ani oczekiwania ani zmęczenia, który żyje popychany przez histerie i złudzenia)”.

Nie należy lękać się nawet konfliktów, które czasami wstrząsają i przerażają. Papież Franciszek użył pięknego obrazu przemawiając do przełożonych zakonów męskich w listopadzie 2013 roku: „pieścić konflikty”. Dla Bergoglio najbardziej charakterystyczną cechą Towarzystwa Jezusowego jest „uczynienie możliwym harmonizowanie sprzeczności”. Zestawia na poczekaniu listę takich sprzeczności: „My, jezuici, byliśmy zarazem kontemplatykami i ludźmi działania; ludźmi rozeznawania i ludźmi posłuszeństwa; ludźmi ‘dobrze utrwalonych’ dzieł oraz ludźmi misji, które wydają się wdzieraniem się; ludźmi, którzy poświęcają się temu, co robią z całkowitym zaangażowaniem i, z drugiej strony, są ogromnie dyspozycyjni (ludźmi, którzy byli w tym samym stopniu jezuitami, kiedy kształtowali ludy i kiedy ich mieszkanie redukowało się do ręcznego wózka: takimi byli nasi misjonarze)”. Sprzeczności stanowią część płodnej historii.

W rzeczywistości tak jest też z problemami. I to do tego stopnia, że nie zawsze jest korzystne by je rozwiązywać, pisze Bergoglio. Nie jest powiedziane, że problem należy zawsze rozwiązywać natychmiast, bezzwłocznie. Potrzeba rozeznawania, które zawiera historię i sprawdza czasy i momenty. Niekiedy problem rozwiązuje się bez potrzeby natychmiastowego roztrząsania go. Potrzeba zatem rozumieć procesy w toku, wyrzekając się też spraw o chwilowym znaczeniu. Prawdziwą i właściwą pokusą jest „chcieć oddzielać przed czasem ziarno od kąkola” (J. Bergoglio). Są to słowa ważne dla zrozumienia postawy Franciszka w kwestii dobrego wyczucia właściwego momentu reformatorskiego procesu.

Proces, który stawia czoło pokusom

Lecz także pokusy i walka przeciw pokusom jest częścią tego procesu. Dla Bergoglio proces reformy jest procesem agonijnym. Papież ma „bitewną” wizję rzeczywistości. Tę dramatyczność przejmuje on od św. Ignacego z Loyoli i z jego Ćwiczeń duchowych, w szczególności z medytacji „O Dwóch Sztandarach” (Ćd 136-148). Trzeba ją czytać spokojnie. Ignacy przedstawia pole bitwy, na którym stają naprzeciw siebie „Chrystus, najwyższy Wódz i Pan nasz” oraz „Lucyfer, śmiertelny wróg natury ludzkiej”. Dla Bergoglio w chrześcijańskim modus vivendi istnieje nieunikniony wymiar prowadzenia wojny. „Życie chrześcijańskie jest sztuką wojenną”, krótko mówiąc, i „nasza wiara jest rewolucyjna, jest zbudowana na sobie. Jest wiarą wojowniczą” (J. Bergoglio).

Lecz uwaga: rzeczywiście, nie można być naiwnym, tym niemniej – pisze Bergoglio, być może raz jeszcze burząc stereotypy – trzeba posiadać „bojową czułość, ujawniającą się w powadze dziecka, które czyni znak krzyża, i w głębi staruszki, która recytuje swoje modlitwy: oto jest wiara, oto jest szczepionka przeciw duchowi klęski”. „Rozeznawanie jest narzędziem walki”. Co więcej: „Kiedy w naśladowaniu Pana brakuje walki lub czujności, często przychodzi uśpiona wcześniej pokusa idolatrii: pokusa uczynienia z darów Pana albo i z samego Pana przedmiot zredukowany do naszych egoistycznych kategorii” (J. Bergoglio). Brak zaakceptowania wojennego charakteru naszego powołania prowadzi, z powodu lęku przed konfliktem, do uciekania się „do wszelkiego rodzaju dopasowywania się i pogmatwania… pod warunkiem, żeby tylko nastał pokój. Przez co się rozumie: aby tylko nie pojawiła się żadna sprzeczność. Rezultat: mężczyźni i kobiety, którzy nic nie wiedzą o prawdziwym pokoju, lecz żyją w tchórzostwie, lub, jeśli tak chcemy powiedzieć, w pokoju grobowców” (J. Bergoglio).

Przekł. O. Jacek Poznański SJ
Fragmenty z: Antonio Spadaro SJ, „La riforma della Chiesa secondo Francesco. Le radici ignaziane”, La Civiltà Cattolica, 24 października 2015, s. 114-131.
Posłaniec Serca Jezusowego 9(2016), s. 30-33.

Za: www.jezuici.pl

Wpisy powiązane

Ziarno życia wiecznego. List ministrów generalnych Rodziny Franciszkańskiej na 800.lecie śmierci św. Franciszka

Rozpoczynają się Dni Duchowości Rodziny Salezjańskiej 2026

Redemptoryści: Villa Ángela: misja święta 2026 – „Słuchaj, ludu mój”