Węgry: po franciszkańsku wśród bratanków

Prowincja węgierska franciszkanów została założona jeszcze za życia św. Franciszka – mówi, opowiadając o historii prowincji węgierskiej oraz o swojej posłudze wśród Węgrów o. Bogdan Adamczyk z krakowskiej prowincji franciszkanów.

Większość życia zakonnego spędził Ojciec na Węgrzech. Jak Ojciec się tam znalazł i jak wspomina ten czas?
Motto mojego obrazka prymicyjnego brzmi „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę.” (Rdz 12, 1) i można powiedzieć jest streszczeniem posługi kapłańskiej i życia zakonnego. Opuścić ziemię rodzinną, dom ojca i pójść do ziemi, która Bóg mi wskaże. To jest droga każdego kapłana, a w szczególności misjonarza, który poza granicami ojczyzny spełnia posługę duszpasterską. W myśl tego biblijnego cytatu chcę tak pokierować moim życiem, aby było ono zgodne z planami Bożymi i wolą moich przełożonych. Być tam, gdzie poprzez moją pracę najlepiej mogę służyć darami, które otrzymałem od Pana.

15 lipca 1991 r. po ukończeniu czterech lat studiów w naszym seminarium w Krakowie wyjechałem na Węgry, aby tam, ukończywszy formację kapłańską, włączyć się do pracy nad reorganizacją struktur prowincji węgierskiej. Kontynuowałem studia teologiczne w seminarium diecezjalnym w Eger. 20 czerwca 1993 r. zostałem wyświęcony na prezbitera w Miszkolcu. W prowincji węgierskiej pracowałem do 2011 roku przez 19 lat. Pracowałem w wielu klasztorach prowincji węgierskiej, najwięcej, bo 10 lat pracowałem jako proboszcz w Miszkolcu. Z 25 lat życia zakonnego aż 20 przeżyłem na Węgrzech. Poniekąd stałem się częścią historii tej zasłużonej dla całego Zakonu prowincji.

Jak wyglądało odtwarzanie prowincji węgierskiej?
Może warto najpierw spojrzeć na jej korzenie. Prowincja węgierska została założona po pierwszej misji zakonu, jeszcze za życia św. Franciszka. Na początku kustodia węgierska należała do prowincji niemieckich, ale gdy się usamodzielniła, była bardzo prężną prowincją, aż do czasu podziału zakonu, w 1517 roku. Okres panowania tureckiego oraz silnego rozwoju protestantyzmu na Węgrzech właściwie zmiótł tę prowincję z ziemi. Na początku XVI wieku prowincja węgierska miała 52 klasztory, po prawie stu latach został tylko jeden klasztor w Transylwanii. Można powiedzieć, że prowincja przestała istnieć.

Na początku XVII wieku, w 1606 roku, (inne źródła podają, że w 1617) w klasztorze w Stropkó na Słowacji, została utworzona wspólnota z braci, którzy przybyli z Krosna. Polacy stanowili podwaliny pod odnowę prowincji w XVII wieku. Do późniejszego ich rozwoju przyczyniła się szczególnie działalność sługi Bożego o. Dydaka Kelemena w XVIII. Początek XX wieku był również bardzo pięknym okresem w życiu prowincji węgierskiej, aż do momentu jej kasaty w roku 1950.

W czasie od 1950 do 1990 r., zakony na Węgrzech właściwie nie mogły oficjalnie działać. Istniały tylko dwa zgromadzenia męskie, które miały swoje szkoły i jeden zakon żeński. Inne zgromadzenia skazane były na powolne wymarcie. W momencie kasaty bracia byli obecni w czterech węgierskich klasztorach. Najwięcej naszych braci kapłanów z tej starej prowincji przeszło do diecezji i posługiwało jako księża diecezjalni, a bracia zakonni odeszli do stanu świeckiego. Prowincja przestała istnieć.

Dopiero w 1990 roku zostały stworzone możliwości do odbudowania tamtejszych struktur zakonu. Niestety żaden ze wspomnianych braci nie wrócił do prowincji. Przełomowym momentem była wizytacja generalna w 1990r., po której zaczął funkcjonować klasztor w Miszkolcu. Właśnie wtedy do tego miejsca przybyli bracia z Polski.

Z prowincji krakowskiej?
Z krakowskiej byłem tylko ja. Gdy byłem w seminarium powstała taka inicjatywa, żeby z każdej prowincji wysłać na Węgry jednego kleryka. Wyjechało nas więc trzech. W 1991 roku, po skróconym kursie języka węgierskiego, zaczęliśmy kontynuować tam naukę w seminarium. Trwało to dwa lata. W 1993 przyjęliśmy w Miszkolcu święcenia kapłańskie. Później przez półtora roku pracowałem w Nyírbátor, to jest na wschodnich rubieżach Węgier, niedaleko granicy rumuńskiej. W latach 1995 do 2000 pracowałem w Miszkolcu, a w 1998 roku zostałem tam proboszczem. Następnie przez rok pracowałem w Eger. Był to wówczas świeżo odzyskany klasztor. Pracowałem tam m.in. razem z o. Zbigniewem Kubitem, który wtedy przyjechał z Polski. Później wyjechałem na cztery lata do Arad. To jest ta część, nazywana Parcium, zaraz za granicą węgiersko-rumuńską. Nie jest to jeszcze Transylwania, ale cząstka, która wcześniej należała do Węgier a później stopniowo, poprzez napływ ludności rumuńskiej, uległa rumunizacji. Obecnie szacuje się, że w Arad jest ok. 12 % Węgrów. Po pracy w Arad, wróciłem na krótko do Polski, przebywałem w klasztorze w Radomsku. Jednak w międzyczasie sytuacja personalna na Węgrzech pogorszyła się brakowało braci, dlatego w 2006 roku wróciłem do pracy w prowincji węgierskiej. Tam posługiwałem do 2011 roku.

Czy myśli Ojciec, po wielu latach pracy w tym kraju, że, Węgry można nazwać krajem misyjnym?
Jak najbardziej. Tylko nie w tym znaczeniu, jak misje w Afryce czy Ameryce Południowej. Właściwie obecnie cała Europa, kraje Europy Zachodniej, jak Holandia, Francja, Hiszpania to też już kraje misyjne. Na Węgrzech są struktury Kościoła, ale brakuje księży. Praca parafialna związana jest z reorganizacją, odbudową struktur Kościoła lokalnego. Potrzeba również oczywiście ewangelizacji, ale głównie takiej prowadzonej przez misje ludowe, przez głoszenie Słowa Bożego, odprawianie mszy świętej, nabożeństwa, spotkania z różnymi grupami, przygotowania do sakramentów…

Jak liczny jest Kościół Katolicki na Węgrzech?
Dane statystyczne podają, że około 60% Węgrów należy do Kościoła Katolickiego, ale z liczenia przeprowadzanego jeszcze w latach 90 –tych wyszło, że wówczas tylko 15% chodziło do kościoła. Obecnie to jest chyba nawet poniżej 10%. Przykładem może być Miszkolc, gdzie jest sześciotysięczna parafia, a tylko 15% parafian chodzi w niedzielę do kościoła.

A inne religie w kraju?
Inne religie to obecnie protestanci – szczególnie kalwini oraz grekokatolicy. W tym miejscu, gdzie byłem na pierwszej parafii to podział był mniej więcej równy – 30% katolików, 30% kalwinów i tyle samo grekokatolików.

Gdzie Ojciec obecnie pracuje?
W tej chwili pracuję na Słowacji w ramach struktur kustodii słowackiej. Obecnie jestem przełożonym w Brehovie, gdzie część parafii stanowi duża wspólnota węgierska – ok. 70-80% parafian. Można więc powiedzieć, że czuję się jak w domu.

Czy praca tam również wygląda podobnie jak na Węgrzech?
W klasztorze jest nas dwóch – ja i proboszcz, o. Marek, który jest Słowakiem. W tygodniu odprawiamy mszę święte na zmianę: raz po słowacku, raz po węgiersku. Podobnie jest z niedzielnymi Eucharystiami – w pierwszą niedzielę miesiąca jest msza w języku słowackim, a w pozostałe w węgierskim. Oprócz tego pomagam księdzu, który jest proboszczem na dwóch parafiach, więc to jest takie duszpasterstwo objazdowe, misyjne. W niedzielę wsiadam w samochód i jadę odprawić mszę świętą w dwóch czy trzech różnych miejscach, po czym wracam do Brehova. Tam też zajmuję się wspólnotami Trzeciego Zakonu. Na Węgrzech od 2006 byłem asystentem świeckiej rodziny franciszkańskiej całego regionu wschodnio-północnych Węgier. Zajmowałem się również miejscową wspólnotą. Na Słowacji również jestem asystentem czterech wspólnot węgierskojęzycznych.

To jest jedna część, jeden z terenów naszej pracy. Dla mnie drugim polem działania była praca związana z moim doktoratem, prezentującym proces beatyfikacyjny Sługi Bożego o. Dydaka Kelemena (1683-1744). Trzecim terenem jest praca duszpastersko-ewangelizacyjno-franciszkańska. W dużej mierze jest to działalność ewangelizacyjna wśród Węgrów. Można powiedzieć, że sam częściowo czuję się Węgrem, przekonałem się nieraz, że jestem czasem bardziej prowęgierski niż sami Węgrzy. Zależy mi na tym, aby jak najwięcej dać tamtejszej mniejszości. Stąd na przykład wynika to staranie o msze święte w języku węgierskim. Można w sumie powiedzieć, że przecież oni – mieszkając już tam wiele lat – przyzwyczaili się i rozumieją język słowacki – po co więc promować ich ojczysty węgierski? Jednak to nie jest to samo. Ci, którzy czują się w sercu Węgrami, wolą słuchać Mszy świętej czy spowiadać się w swoim języku ojczystym. Wiem, że to dla nich ważne, dlatego staram się im służyć właśnie w taki sposób.

Nie wykluczam, że kiedyś wrócę do prowincji węgierskiej, na razie jednak przewiduję, że będę kontynuował pracę w tych obszarach, o których wspominałem.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska

misje.franciszkanie.pl

Za: www.franciszkanie.pl.